BellyBestFriend
Dodaj do ulubionych

Pamietniki / Tytuł: Marzenia są po to, aby je spełniać:)

Autor: lentilkaa
26 marca, 10:34



Oki juz wiecej Was nie męczę, bo to ma byc pamiętnik ciążowo-rodzicielski;)
Co tam u nas? Nic ciekawego, ciagle latam za Sarą - robi mi ręką "papa" i ucieka do innnych pomieszczeń. Ja nadal czuję zmęczenie materiału, chyba jakieś witaminy powinnam sobie kupić na wzmocnienie. Jem owoce, warzywa. Ale moze mi czegos brakuje. Albo to takie przesilenie.
Dziękuję za każde miłe słowa z Waszej strony:*


Wiadomość wyedytowana przez autora 31 marca, 23:11

1 komentarz (pokaż)
11 kwietnia, 15:17

Miałam pisać o wyjezdzie i co się działo przed, ale nie mam siły.
Mam kryzys, wczoraj aż się popłakałam.
Wiem, że moje dziecko to dośc łatwyegzemplarz, fajnie śpi, nie choruje itp. Ale jestem zmęczona i tak jakoś wszystko na mnie spadło
Jestem wiecznie zmęczon,a odżywiam się dobrze i nie wydaje mi się, żebym miała jakieś braki witamin,
Wiem, że aerobic i zumba dużo energii mnie kosztują, ale nie zrezygnuję z tego, bo mnie to fajnie resetuje i ratuje przed zwariowaniem. Sara śpi ładnie, potrafi 18-19 zasnąć i spać do 5:30 lub 6:00. I gdybym szła z nią spać, to pewnie byłabym wyspana..ale ja wiecznie cos chce zrobic i konczy sie tym ze idę spać po północy. Jak ona sie budzi to jeszcze biore ja do siebie i lezymy, czasem kimnie jeszcze 30 min, ale generalnie tak wczesne pobudki mnie jakos dobijają. Może dlatego, że zawsze byłam śpiochem -zawsze!I żeby być wyspaną potrzebuję sporo godzin snu. Rano czuję jakbym zmartwychwstawała..jestem zombie, pół dnia czuję jakby mnie ktoś w łeb walnął.
Do tego Sara ostatnio ma dni jojczka, to jojczenie wywierca mi dziurę w głowie.
Dobija mnie też to, że nie jestem w stanie zrobić prawie nic...Czasem obiad się uda na raty, dzisiaj upieklam najprostszy placek- od 2 dni próbowałam go zrobić. nie mogę spuścić jej z oczu..wszędzie raczkuje i wstaje, zazwyczaj zakazane miejsca typu kominek, telewizor, miska psa albo tam gdzie jak sie przewróci to bedzie niebezpiecznie. Spi w ciagu dnia mało bo zazwyczaj 2 razy po 30 min. Wszystko ją interesuje, wiec ciagle gdzies jest w ruchu. A mnie dobija to ze nie mogę jakos tak wiecej ogarnąć i niby jestem w domu a nic nie zrobione i mnie to flustruje. Do tego pokłocilam sie z mamą trochę, bo ciagle mówi ze mogłabym wiecej sprzatac, i dla niej od 6 to powinnam byc na pełny power a ja no nie bardzo... Z drugiej strony wiem, ze mama mi pomaga i jak mi ja przypilnuje to mam chwile zeby dokonczyc obiad. Takze szacun dla wszytskich, ktore w ciagu dnia nie maja zadnej pomocy, bo mnie ratuje nawet takie 30 min pomocy.
Do tego nie moge zgrac termin urodzin Sary, bo ciagle ktos ma wesele, inny wyjazd itp a zalezy mi zeby byli wszyscy, a moja mama jeszcze wyleciała ze swoim wyjazdem w weekend i zabrala mi weekend ktory akurat chcialam zrobic te urodziny;/
Do tego znajoma zaprosila nas na 25lecie slubu i wszytsko spoko tylko w formie prezentu chciala dekoracje sali..I ja chetnie bym to zrobila ale jak zwykle nie mamy nawet miesiaca czasu..a roboty sporo bo na 40 osob-winietki, podziekowania, ksiega gosci, baner itp takze finansowo nas to nie mało skasuje a wiadomo ze z pusta reka nie przyjde wiec i tak cos musze kupic.
Do tego juz teoretycznie sie z tym staram pogodzic i odpuszczam, bo nie wiem nic i nie mam na to wplywu, ale moj kuzyn juz 4 tydzien remontuje i nie wiem co knuja.Czy wynajem czy moze on tu? Mam to gdzies z tylu glowy taką niepewnosc i lekki strach, ale staram sie to odrzucac.
Do tego pogoda fatalna... i moj tata mial przyleciec jutro, a przyleci dopiero we wtorek bo jak zwykle w pracy obsuwe ktos mial i musza skonczyc;/ ehhh
I wiem, ze inni maja gorzej i nie mam co narzekac, ale mam wrazenie, ze moje zycie to teraz jedno wielkie pilnowanie dziecka i ogromne zmeczenie. I mam wrazenie, ze mam kryzys macierzynski i ze się nie nadaję na matkę..bo mi czasem nerwy puszczają, nie mam takiej cierpliwosci;/

Zeby chyba siebie dobic fizycznie, ale za to moze sobie poukladac cos psychicznie to idziemy jutro w nocy z kolezanka na ekstremalna droge krzyzowa...40 km w nocy, wyjscie o 21...Juz sie zapisałam takze nie ma wyjscia. Nie wiem czy dam radę. Trasa pokonywana w milczeniu przez całą noc. W sobotę mąż obiecał ze jak rano wróce to zajmie sie dzieckiem a ja odespie.. Potrzebuję tego, tak sie fizycznie dojechac, a psychicznie gdzies sobie wszystko poukladac.

Dodam jeszcze, ze im dziecko starsze to wydawalo mi sie ze jest latwiej. Ale teraz jest dla mnie najciezej chyba.... No oprocz moze pierwszych 6 tyg z baby blues.

6 komentarzy (pokaż)
24 kwietnia, 11:38

Mam tyle rzeczy w głowie, co chciałam napisać, a czasu brak. Wykorzystuje prawdopodobnie jedyne wolne 20-30 min w ciągu dnia dziś własnie na wpis. Drzemki są dla słabych, dlatego Sara wczoraj za cały dzień miała jedną drzemkę, która trwała 20 min... Masakra! W nocy jest za to ok, odsypia porządnie, wczoraj ją przetrzymałam do 18:00 - kąpiel i o 18:30 padła. W nocy się obudziła o 3 więc ja wziełam do siebie i wstała 5:45 ale podjełam próbę uspanią ją jeszcze, bo sama poszłam spać znowu po 24 i byłam padnięta i jakiś cudem się udało! Zazwyczaj nie ma na to szans, leżymy w łóżku, bawimy się, ona szaleje wstaje, chodzi przy tylnej obręczy łóżka itp a dzisiaj padła i spałyśmy do 7:30.

W niedzielę minęło 11 miesięcy! Szok, że tak szybko to zleciało <3
Zrobię jakieś podsumowanie, choć powiem szczerze, ze ja moje dziecko widzę w całości i ciężko czasem mi wyodrębnić jakieś elementy. Ale się postaram;)
W Wielki Czwartek przebiła się gorna lewa jedynk a w Niedzielę Wielkanocną, czyli na równe 11 miesięcy - prawa górna jedynka. Więc zębów łącznie ma 4.
Nauczyła się już dawno, ale nie wiem w sumie czy pisałam o tym- robić papa.
A ostatnio załapała i umie posyłać buziaka i robić kosi-kosi czyli bić brawo;)
Marti fajnie to określiła- jest krążownikiem domowym, wiecznie się przemieszcza, wstaje przy wszystkim - nawet jak się nie ma czego chwycić to i tak sobie radzi i wstaje nawet przy szybach balkonowych albo przy ścianie. Chodzi trzymając się czegoś- np chodzi wokół naszego niskiego stołu w salonie i bierze sobie z niego co chce. Trzyma się jedna ręką i stoi, a już kilka razy się zdarzyło, że odrywa się obydwoma rękami i stoi bez pomocy sekundę.
Jak ją chcę odłożyć na chwilę do kojca czy łóżeczka a ona nie chce to zaczyna wierzgac nogami.
Potrafi po wybiciu wody robić coś w stylu (aaa) czyli taki odgłos jaki czasami się wydaje po ugaszeniu pragnienia.
I potrafi robić "fuj" ustami - czyli np bierze do ust wode a potem robi coś w stylu pffff i wylewa z buzi.. hehe
Próbuje różnych smaków - lubi żurek i pierogi i ziemniaki pureee, kalafior i fasolkę szparagową - to takie ukochane dania;) Jest fanką jogurtów naturalnych i potrafi zjesc cały kubeczek i kocha banany- też potrafi zjeść prawie całego.
Wie, jak robi coś źle, piszczy wtedy z podekscytowania jak wie, że ja "krzyknę", że nie wolno albo idę ją zbrać, potrai uciekać przede mną raczkując i strasznie ją to cieszy.
I ostatnio mnie zszokowała- ma basen z kulkami 250 kulek w kilku różnych kolorach - białe, srebrne, szare, różowe. I ostatnio wywalała z basenu kulki i wyrzuciła ponad 30 kulek- same różowe. Potem jedna jej się zdarzyła biała. W jakis sposób zauwaza w takim razie różnicę między kolorami.
Potem znowu się z nią bawiłam to wyrzucała różowe- potem 3 razy wzięła inny kolor, ale wtedy cieszyła sie tak "szyderczo", jakby wiedziała, że wzięła inny kolor. Zszokowało mnie to.
Wszystko musi sprawdzić językiem - np mamy książeczkę z różnymi teksturami i ona oprócz tego, że pacami to sprawdza je językiem. Każdy paproch z dywanu też pcha do buzi- odkurzane jest 2-3 razy dziennie.
No to chyba tyle;) Szok jak ona się zmienia, jak dorośleje. Gdzie ta moja mała dzidzia?
Jeżeli chodzi np o noce i rozumienie dziecka to teraz jest łatwiej - o wiele łatwiej niż na początku. Ale teraz nie mam chwili dla siebie, bo cały czas muszę być przy niej, nie mogę spuścić jej z oka. W kojcu czy łóżeczku się chwilkę pobawi, ale jak np wejdę do pokoju, to koniec, wstaje i wyciąga ręce i chce do mnie na ręce i po zabawie. Teraz bardzo często pokazuje, że chce na ręce, siedzi i wyciąga ręce, albo przyraczkuje i wyciąga, ale wstanie trzymając się mnie i wyciąga. Także ten czas jest dla mnie mega dużym wyzwaniem, bo nie jest łatwo. Za to jeśli chodzi o kontakt z nią to jest to super, bo już powolutku potrafi coś zakomunikować:)

Jeszcze napiszę o świętach, minęły bardzo fajnie, ale strasznie szybko. Tata już poleciał, mąż w pracy, nastała szara rzeczywistość, Ale jak narazie wszystko jest w porządku;) Dziś u nas chłodno i od wczoraj jest straszny wiatr. Wczoraj jak byłyśmy na spacerze to zaraz koło nas z drzewa zleciał ogromny konar, wystraszyłam się. Dzisiaj jest jeszcze gorzej, więc nawet nie mam zamairu wychodzić. No i się obudziła, więc muszę kończyć.

5 komentarzy (pokaż)
26 czerwca, 10:43

Wróciłam, nie wiem czy na długo, ale jestem. Tyle się dzieje ciągle, że mogłabym pisac i pisać. Ale może napiszę coś, skoro ponad rok za nami.

Jest ciężko. Moje dziecko to wulkan energii, ona jest jak króliczek duracell, wiecznie naładowana. Śpi mało- bo często jest to 1 drzemka, czasem dwie, ciężko przewidzieć. Czasami jedna 30 min, czasami jedna godzinę. Za to zazwyczaj idzie wcześnie spać i nie bardzo da się ją przeciągnąć, a wstaje wcześnie- tzn ostatnie 2 dni to jeszcze jeszcze, bo o 6, ale ostatnio np o 4:30 również...

Ona nie tyle, że chodzi, bo chodzi już długo, ponad miesiąc, ona zaczyna biegać :0 Jak chcę jej załozyc con na głowe- jakas chusteczke, czy turban jak wychodzimy na słonce to zaczyna uciekać. Ciągle się smieje, wie co jej nie wolno ale to kusi najbardziej. Wspina się na kanapkę w salonie, chwyta się półek na ścianie i się podciąga (jak na drążku). Uwielbia tańczyć, ale ma swoje ulubione piosenki. Jak się jej muzyka nie podoba to zaczyna płakać (np w kosciele jak koscielny zaczął śpiewać "Jesteś królem"). Ciągle podchodzi do kuchenki i do zmywarki. Wkłada nogi do miski psa, próbuje zamoczyć ręce w toalecie. Dzisiaj lizała ścianę.A i dzisiaj weszła na łóżko w sypialni (jest wyższe niż kanapak) i wyszła ze swojej huśtawki...- przełożyła nogi i się spućiła w dół na podłogę.
Czasami mam już dość, bo muszę mieć ją cały czas na oku. Nie mogę na sekundę jej zostawić. Zrobienie obiadu to jakis komiedio-dramat. Odrywam się milion razy. Wkładam ją do krzesełka ale długo tam nie usiedzi. I moze jakbym mieszkała w kawalerce to byłoby łatwiej, ale ja latam cały czas po wszystkich pokojach za nią plus balkon..
Ciężko mi jest zrobic cokolwiek, co trochę mnie flustruje... Bo latac caly dzien za nią a nic nie zrobic, nie ugotowac i nie posrpzatac, jest ciezko.
Jest strasznie ciekawa świata, poznaje go kazdym zmysłem. Co do obcych to jest o wiele lepiej, choc za duzo osob na raz na poczatku ją troszke przeraza, ale za chwile sie przyzwyczaja (na urodzinach miała 20 osób). Bardzo się garnie do dzieci. Zapisałam ją od wrzesnia do klubu malucha- zajęcia raz w tygodniu dla dzieci 1,5-3 lata. Jestesmy pierwsze na liscie rezerwowej. Mam nadzieje ze się dostanie. Zajecia są darmowe. Moja mama bedzie z nią chodzić. A co do pracy to tez sie porobiło, generalnie wracam tam gdzie pracowałam, ale w jendym miejscu mnie mega zawiedli a w drugiej pracy sie wkurzyłam... Napisałabym Wam więcej, ale niestety nie mogę. Jakby ten pamietnik był tylko dla przyjaciółek to tak, no ale nie ma tu takiej opcji.
Roczek Sary się udał, było super, mimo upału, ale 2 wiatraki plus klimatyzator dały radę jako tako;)Dekoracje nam wyszły, jedzonko tez, tort był boski, taki jak chciałam;) Prezenty bardzo Sarze przypadły do gustu;) Plus dostała pieniazki, wiec jej kupiłam troszke ciuszków plus bidon i niewysypek na chrupki. A resztę jej wplaciłam na jej konto;)

Je fajnie, juz w sumie nie ma co pisac o rozszerzaniu diety, bo jest na to za duza;) Ostatni hit to arbuz - kocha, truskawki i poziomki. Nie lubi jedynie zielonego groszku. A np bób lubi;) I nie jest jakąś fanką mięsa, ale przemycam jej go;)Za to pierogi i kluski kocha- no cała ja;p;p

4 komentarze (pokaż)
18 lipca, 23:02

Tyle miałam pisać, ze już zapominam o czym w ogóle chciałam napisać...Ale wiecznie nie mam czasu. A jakby tak przeanalizować to ile danego dnia zrobiłam, to wychodzi na to ze prawie nic...masakra. Mocno mi to przeszkadza, codziennie po dniu w domu padam na twarz, a jednoczesnie wiem, ze tak mało zrobiłam. Jak wrócę do pracy to nie wiem co to będzie, jak ja to wszystko połączę? Praca, po pracy tez praca, bo muszę się przygotowywać, dziecko, dom..nie wiem sama, skoro wykonczona jestem mocno bez pracy.

Ale ja w sumie nie o tym chciałam! Wróciliśmy z wakacji i było mega!!!!<3
Byliśmy tydzien na Zakynthos. Było cudownie. Tam odpoczęłam. Może ten urlop nie był taki jak zazwyczaj - mniej zwiedzania, wcześniej w pokoju hotelowym, mniej opalania, ale i tak się zrelaksowałam. Byliśmy z moimi rodzicami, więc rąk do pomocy przy dziecku więcej. Choc i tak mam wrazenie, ze sie ciagle nią zajmowałam, a jeśli nie fizycznie to mój mózg tak.
Lot mielismy o 3 w nocy. 2 godz jechalismy na lotnisko-to spała, potem od 1 odprawa, kontrola i czekanie ok, przed wejsciem do autobusu, ktory podwozi pod samolot zaczęła strasznie plakac- bo była juz mocno zmęczona i chciała spac a tu sie nie dało. Ale udało sie ją uspokoic, weszlismy do samolotu i znowu ryk jak zobaczya ze ją przypinam pasem - ale udalo się ją uspokoic butelką i jak ruszylismy to juz luz- przespała cały lot;) Potem krótki transfer to hotelu - było ok, obserwowała krajobraz przez okno. Hotel piękny. Opinie były słabe- okazalo sie ze wczesniejsze opinie odnosnie obslugi, jedzenia dotyczyły innego biura podrózy- zmieniło sie biuro i menadzer hotelu i wszystko było pięknie. 4 gwiazdowy hotel, dostalismy pokój z widokiem na morze, obsluga super, jedzenie-boskie, przepyszne, baseny super, darmowe lezaki, mysmy chodzili na lezaki przy morzu, a nie przy basenie. Sarze kupilismy zolwika - dmuchanego i siedziała w nim- fajny bo siedzenie płytkie było a nie takie głębokie ze dziekcu ledwo glowa wychodzi. Usypiała nam na tym zolwiku i ją przekladalismy na lezak na plazy i tak spała;) Kto mnie na insta oglada to widzial filmiki haha;)
Potrafila tez siedziec dlugo na lezaku sie bawic zabawkami do piasku. Generalnie mialam czas i sie poopalac i troche poczytac i sie wykąpać w morzu;) Popołudniami orgazniwalismy sobie czas- czasem wracalismy na plaze, ale zazwyczaj albo chodzilismy sobie na inna plaze gdzie zolwie caretta caretta skladają swoje jaja, albo do centrum miasta pochodzic po straganach i sklepach z pamiatkami. Raz pojechalismy autobusem do stolicy wyspy i sobie ją zwiedzalismy-Sara prawie całe to zwiedzanie rpzespala. Na wyjezdzie miala 2 drzemki, dluzsze niz w domu, jedna zazwyczaj 30-60min, a druga 1-2 godziny. Chodzila spac pozni bo kolo 22 ale dzieki temu przeyspiala albo calą noc i budzila sie o 7 albo budzila sie raz, dawalam jej mleko-usypiala nam na lozku i ją przenosiłam do łożeczka jej. Ale strasznie sie cieszyłam, ze codziennie o 7 wstawała a nie ja w domu czyli o 6 a czasami o 5..
Wybralismy sie tez raz statkiem na godzine zobaczyc na zywo na morzu żólwie caretta caretta- cudownie przezycie! Jedno z najpiekniejszych w moim zyciu. Raz pojechalismy na pol dnia na wycieczke do Zatoki Wraku - statkiem i do niebieskich grot- wskakiwalam do wody ze statku i sama wplnełam do groty: To tez było przecudowne! Tylko Sara została wtedy z moimi rodzicami, bo nie chciałam jej brac na taki dlugi rejs -dalaby rade, bo moglibysmy wziac wozek i byc na dolnym pokladzie, ale dziadkowie sie zaoferowali, wiec skorzystaismy i poczulismy sie jak kiedys podrozujac bez dziecka.
Ostatniego dnia pogoda sie zepsula wiec wynajelismy auto, nawet sie udalo dostac fotelik do samochodu i pojechalismy z moimi rodzicami do Zatoki Wraku-zobaczyc ją od góry, potem bylismy w parku, w ktorym wiekszosc zwierzat chodzi sobie swobodnie, moglismy je karmic. Sarze się strasznie podobało;))
Co do jedzenia mielismy maly problem- bo zrobila sie wybredna i np w domu je jajecznice, tak w hotelu nie chciała. Na obiad i kolacje tez nie chciala ani ryzu, ani warzyw na parze, na szczescie byl makaron z pomidorami wiec jadla to a potem obowiazkowo duzo arbuza. Ona kocha arbuza i je go nieprzywoicie duzo;) Teraz w domu znowu je duzo fajniej, znowu ziemniaczki i warzywa są ok, chlebek tez a tam nie chciała, mimo, ze jedzenie bylo wysmienite.
Zawsze po wyjazdach odkrywam jakąś umiejętność nową. I tym razem jest to to, ze stała sie odwazniejsza. Zaczepia innych ludzi, staje koło nich, uśmiecha się. Dawniej tego nie robiła, a teraz chętnie zaczepia. No i zaczęła mi uciekać, biega już powoli i jak widzi, ze ja przyspieszam to ona tez. Tka w ogóle nie zdawałam sobie sprawy ze z takim 13miesiecznym dziekciem czasem idzie sie dogadac. Pytam ją czasami o cos, czy chce jakas konkretna zabawke czy jedzenie i potrafi odpowiedziec tak, nie. Zazwyczja mowi tak, nie rzadziej- wtedy milczy;p Pokazuje i mowi "to" i "daj" i daj mowi jak cos chce ale "daj" to tez dla niej "masz" bo np podaje mi cos i mowi "daj" :)
Kocha ksiażeczki, muszę jej czytac czasami np po 10 razy jedną i tą samą ksiażeczkę. Niektóre znam na pamięć np o delifnie albo o owieczce. Wspina się na wszystko - wchodzi na kanapę, na łożko w sypialni i schodzi - na szczęście tyłem, więc bezpiecznie. Wchodzi na swoje zabawki, kombinuje. Ma rozne pomysly i musze caly czas ją miec na oku. Ale uwazam, ze i tak jest lepiej niz bylo wczesniej. Najgorszy etap był jak zaczynała chodzic, bo była niestabilna i czesto zaliczala straszne upadki i doslownie msialam stac koło niej. Teraz tez sie wywala, ale glownie upada na kolana, wiec juz nie jest to az tak niebezpieczne. Chociaz jak chodzi ze mna po chodniku czy po ulicy, albo zaczyna biec to mam serce w gardle, ze zaryje o beton... Łatwo nie jest.
Ma tez swoje preferencje, np kto ma ją wziąć na ręce i drugą osobe odepchnie, bo sobie wymysli ze np tylko do dziadka na rece chce. Moj tata przylecial zaraz przed naszymi wakacjami wiec nadrabia nieobecnosc i czesto sie bawi z Sarą.Więc mam wiecej luzu, ale i tak jestem padnieta wieczorami.
Aaaa i największa zabawa teraz to chodzenie po schodach za rękę. To jest mega męczące dla mnie, a ona ma radochę. Niedawno jeszcze dlugo mogla jezdzic w wozku, teraz jest etap- wozek tak, ale na troche, a potem wyciagnac, bo ona chce chodzic. Ostatnio byłam w biedronce i tak- była w wózku, wiec wziełam ten jezdzacy koszyk, a tu nagle koniec siedzenia, ona chce wyjsc i lata po biedronce, ja za nią, żeby niczego nie zwalila i zeby nikt jej nie przydeptał a do tego jej wozek i koszyk. W koncy ten koszyk polozylam na wozku, Sare za rękę chwycilam i jakos ogarnęłam.
Na wakacjach mialam tyle energii, a teraz nawet jak dluzej spię, to jestem zmęczona. Np ostatnia noc: Sara zasnęła o 18 (bo oczywiscie w domu juz 2 drzemka nie bardzo jej pasuje..) Ja rowno o 22 usnęłam. Sara obudziła się o 5:15 na mleko, wzielam ją do siebie i chwile popila i zasneła a ja razem z nią i spalysmy do 6:30. Czyli w sumie mozna powiedziec ze spalam 8 godzin z malym hakiem i co? Dalej czuje sie niewyspana. Takze strasznie podziwiam dziewczyny tu, ktore pisza ze im sie dzieci budzą co pół h...ja nie wiem czy bym to przetrwala, soro po dobrych nocach ja nadal jestem padnieta i jak Sara budzi sie 2 razy w nocy to dla mnie jest to juz "gorsza noc"...także szacun. Bo ja to chyba jestem jakis kiepski zawodnik a moze to juz starość?

3 komentarze (pokaż)
22 lipca, 19:00

Hedgehog - ten bidon to prosta sprawa dla dziecka. Ja kupilam najtanszy w Pepco za 6 czy 8 zł i ją uczyłam i jak załapała to juz Bbox, bo ma tendecję do rzucania wszystkim i przynajmniej z niego się nie wylewa:) Ten sen to chyba masz rację, mi się śpi najlepiej nad ranem, może dlatego jestem zombie ciągle.

A co do grzeczności mojego dziecka, to muszę zdementować te plotki. To znaczy Sara jest grzecznym dzieckiem jako tako, choć ma próby wyłudzania, np chce dostać do ręki telefon a ja jej odmawiam, więc wtedy płacze. Ale jestem konsekwentna, uczę ją, że nie dostaje tego co chce tylko dlatego, że chce.
Jest bardzo BARDZO żywiołowa. Ciężko jej usiedzieć w miejscu. Jeśli już chwile usiedzi to jak dorwie ksiażeczki - lubi wszystkie, i te z okienkami, z przesuwanimi elementami, z różnymi fakturami, ale tez te nazwyklejsze klasyczne. Dłużej zajmie się też klockami drewnianymi- alfabetem z lidla. Tylko najczęśniej roznosi w różne miejsca, no ale potrafi sie zająć. Bawi się też klockami- ma Mega Bloks ze Smyka. Ma tez Duplo-dostała na urodziny, ale jeszcze jej ich nie dałam, bo dawkuję zabawki.
Bardzo lubi się bawić kartonową piramidą- z Little Dutch - szczególnie jak ja układam wieżę z pudełek, a ona może ją rozwalić. I hitami u nas jest Arka Noego- wyciaga te zwierzątka, naciska i slucha odgłosów i wierszyków. I jeszcze 2 zabawki są ulubione- dostała na urodziny - taki plastikowy stoliczek co sie naciska, kręci itp (ja jej w sumie nie miałam zamairu tego kupowac, zeby troche plastiku ograniczyc, ale dostała w prezencie i bardzo lubi) i tak na dłużej to siądzie z kostką-pudełkiem edukacyjnym z Dumela - obraca, naciska, przekręca, puszcza muzyczkę i robi "tany tany". W ogóle lubi jak coś gra, wtedy się cieszy, klaska, zaczyna się bujać, machać rękami. Takze to takie nasze hity. A tak to rozrabia cały czas.
Napiszę kilka przykladów z ostatnich dni:
-kojec zawklekłam do kuchni i dałam jej kilka zabawek do środka- między innymi ten stoliczek i kostkę. Ona zaczeła się bawić, więc ja happy gotuje zupę. I nagle kątem oka patrze a ona wyspinała się na ten stoliczek i nachyla się...masakra! Sekunda i by wyleciała na podłogę. W życiu bym nie pomyslala, że się wyskrobie na ten stolik i że przez to mogłaby wylecieć z kojca.
-W foteliku do karmienia musi byc zapięta, bo inaczej od razu wstaje w nim
-to, że wchodzi na kanapę i łóżko i schodzi to standard, ale robi to bezpiecznie tyłem. Ale ostatnio weszła na łóżku i nagle stanęła na krawędzi...normalnie zawsze wchodzi na łóżko, siada na środku, turla się, a tu stanęła na samej krawędzi ledwo sie trzymając, bo materac miękki..
-uwielbia podchodzić do kuchenki i do zmywarki i naciskać, kręcić, mimo miliona moich upomnień...
-uwielbia maczać ręce w misce psa- najlepsza zabawa, tłumaczę, ale na razie nic z tego
-kibelek to bardzo ciekawe miejsce..i podnosi deskę i zagląda do środka..
-no i hit, moja mama była u mnie i wzięła drabinę, żeby wyciagnac cos z góry szafy (mam szafę zabudwaną do sufitu) - stała na samej górze i krzyczy zebym Sarę wzięła, ja lecę a Sara weszła - nie na pierwszy, ale na drugi szczebelek drabiny i stoi i się trzyma a moja mama uwięziona wyżej i ani zejść ani zareagować.
Takich sytuacji jest milion. Mając oczy wokół głowy i tak nie jestem w stanie przewidzieć czasem jej pomysłów.

4 komentarze (pokaż)
29 lipca, 12:13

Anemic - jeśli chodzi o psa, to zawsze jak gdzieś wyjeżdżamy na dłużej niż kilka godzin to przyjeżdża do niej moja babcia, która kocha psy:) I chodzi z nią na spacery, karmi, głaska itp;) Gdyby nie babcia to byśmy się na psa nie zdecydowali, bo nie miałby kto z nią zostać, a do jakiś psich hoteli bym jej nie oddała. Jak nas nie ma ona strasznie tęskni, chodzi smutna, czasami dzień lub dwa nic nie je, mimo, że babcia moja ciągle z nią jest i ię z nią bawi itp. Także dobrze, że jest babcia, bo pies jest w bezpiecznych rękach. A i nie ma opcjo, żeby to psa do babci zawieść, bo wtedy stoi przy drzwiach, drapie, szczeka itp, ona musi być u siebie.

Mam chwilkę czasu to piszę;)

Ja często boję się o czymś pytac, żeby "nie zapeszyć" choć w sumie w takie coś nie wierzę, ale czasami boję się, że jak powiem o moim szczęściu to ono nagle zniknie. Ale w skrócie powiem;) Od miesiąca mamy lokatorów pod nami - i słuchajcie - odżyłam !!
Super ludzie, rodzina, normalni, sympatyczni. Moja psychika jest w o niebo lepszym stanie.
Są zwyczajni, prawie nie wiem, że są;) Cichutko, bardzo sporadycznie słyszę jakieś głosy stłumione- bo mają dużo mebli i rzeczy i nie ma echa, jak przy tych wcześniejszych, wieczorem od 20-21 cisza jak makiem zasiał;) Od czasu do czasu ich synka usłysze, ze przebiegł, ale jest to normalne i całkiem w porządku, a nie jak tamcy, którzy latali jak stado koni o 22.. Nawet z paleniem się dogadaliśmy i tylko wieczorami przez 3 godz zamykam balkon w salonie, bo wtedy tam sobie zapalą, a tak to przy swoich drzwiach wejsciowych palą czyli do nas nie dochodzi nic i moge miec okna otwarte i w dzien i w nocy;) Wręcz nie mogę uwierzyć we własne szczęście, że trafiliśmy na kogoś fajnego i normalnego. Po tym jak Wam tu opisywałam co przechodzilismy wczesniej, to chyba rozumiecie moje obawy. A no i będą 2 lata, więc mamy 2 lata spokoju. A za 2 lata mam nadzieje, ze u nas też dom juz bedzie stał i się wykańczał i będzie bliżej niż dalej z wyprowadzką.
A tylko wspomne, ze gdyby nie oni to chcieli wynjąc 6 studentów..nie wiem skad u nas studenci, pewnie jacys zaoczni, bo u nas jedna "a'la" uczelnia mini, na którą nikt nie chce iść, bo to taka ostateczność. Nie mówie, że byłaby masakra, bo ja tez jako studentka wynajmowałam i tez nas było raz 4 raz 6 osób, a nikt nigdy nie narzekał na nas. No ale, wiadomo róznie mogłoby byc, ale nie chcę gdybać tylko cieszyc się ze jest jak jest:)

A druga sprawa to nastąpił jakiś przełom w macierzyństwie i jest tak odrobinkę łatwiej - serio! Biorę poprawkę na to, że może za dzień dwa znowu będzie gorzej, ale też cieszę się chwilą;) Co się zmieniło? Ostatnio w nocy znowu raz się budziła, a dzisiejszą noc przespała do 6:20 po czym wzięłam ją do siebie do łóżka i spałyśmy do 7:30! A wcześniejsze noce też - fakt, że się budziła raz, ale przesypialiśmy do 7 - 7:30 czyli rewelka! Do tego stała się bardzo kumata i mimo, że muszę ciągle mieć ją na oku to już nie tak strasznie. Ostatnio więcej zaczyna się bawić sama, bierze książeczki i sama przegląda a nie że mam być ja i czytać po sto razy. Tak samo jak jej mówię, że idziemy myć zęby to leci do łazienki i myjemy, albo jak jej mówie, że idziemy spać na drzemkę to leci do tipi i się kładzie i czeka. ALbo jak proszę, że pantofle gdzies zostawiłam to mi przynosi, albo klocki. Przez to odrobinkę mniej psoci. I z kanapy i z łóżka schodzi juz bezpiecznie, więc się tak bardzo nie boję, przez to mam czas np usiąść i napisać coś na necie itp. Mam nadzieję, ze idziemy w stronę większej samodzielności;) Fajne jest to, że ją zawołam to sama przyjdzie, albo gdzies pójdzie a nie, że ja muszę ją tylko nosić lub asekurować. Także nie wiem czy to kwestia psychiki, ale jest mi dużo łatwiej z takim już ogarniajacym dzieckiem;) Co nie znaczy, ze nie zrobi histerii, czy nie marudzi itp, bo oczywiscie ze tak robi, ale jest tego zdecydowanie mniej. I pracuję nad tym, żeby się własnie sama pobawiła i coraz lepiej nam to wychodzi;)


Dziś stołuję się u mamy, ale idę ogarnąć co mam w lodówce, portfel prawie pusty i konto, więc nie chcę robić zakupów, no dobra nie mam za co haha, czekam na wypłatę;) Ubranka muszę powystawiać, fajnie schodzą ciuszki, także odłozonych dla dziecka nr 2 lub na pamiątkę mam tylko 2 szuflady w komodzie, reszta idzie w dalszy obieg;)

A za niecałe 2 tyg idziemy na wesele do mojego kuzyna;)) Jets to też chrzestny Sary. Ostatnio strasznie nas zaskoczył! Nie udało mu się zjechać z Niemiec na jej urodziny i teraz w końcu zjechał sobie przed ślubem i nas odwiedził i zaskoczył nas prezentem - kupił sarze czerwony kabriolet na akumulator do jeżdżenia!! Szok! Extra jest;) I Sarze się podoba;) Narazie my sterujemy autkiem a ona siedzi, trąbi albo puszcza muzykę- jest kilka piosenek, ale jest też wejscie na pendrive i mozna swoją składankę puszczac, jak bedzie starsza to sama moze prowadzić autko;) Strasznie fajny i bardzo trafiony prezent, byłam w szoku:) Oczywiscie teraz to najlepsza zabawka mojego meza, bo wsadza Sare i steruje sobie autem haha;)

2 komentarze (pokaż)
30 lipca, 13:56

Czuję się jak młody Bóg booooo spałyśmy dziś do 8:09 !!!
Nie pamiętam kiedy tak długo spała, chyba jak była bobaskiem rok temu to się udawało do 8 pospać.
Takze mam siły, mimo tych upałów. Choc nie ukrywam, że czekam na deszcz. Wczoraj popadało 5 minutów ledwie. Sucho jest strasznie..
Spontanicznie wyjeżdżamy na długi weekend sierpniowy;) Także mam na co czekać:))

A i jeszcze jedna sprawa. Nauczyłam się już, ze można być hejtowanym o wszystko i że matki w każdej dziedzinie życia prowadzą jakiś wyścig ze sobą.. Ale ostatnio czytałam spontanicznie coś o wózkach i kolejny szok - nie wiedziałam, że jest wyścig która pierwsza pozbędzie się wózka. I o ile matki pisały, że wózka nie używały w wieku 2,5-3 lat to taki spoko czas wydaje mi się i bardzo odpowiedni, a np 5 lat to już dla mnie trochę dziwne wozić jeszcze w wózku, tak jak się szczyciły niektóre, że w wieku 10 miesięcy (to jest hit i rekord), 12 miesięcy, 14 miesięcy. To już takie dla mnie lekko podejrzane. Bo ja rozumiem, że są dzieci, które nie lubią jeździć w wózku - tak jest. Ale jeśli 10 miesięczne nie jezdzi już w wózku to dla mnie opcje są 2/3. ALbo nosi się je w chuście/nosidle, więc szczycenie się, że się wózka wtedy nie używa jest bez sensu, bo dziecko i tak jest noszone, albo nie wychodzi się na długie spacery, gdzieś daleko tylko np wokól bloku, albo ktoś spacer rozumie tak, że wsiada w auto i jedzie pod sklep, robi zakupy, potem podjezdza pod plac zabaw, dziecko się bawi i wracają autem. Bo ja innej opcji nie widzę.
Sara chodzić zaczęła tak klasycznie na roczek, dokładnie 3 dni po pierwszych urodzinach. Sa dzieci co wczesniej np w wieku 10 miesięcy albo później zaczynają. Ale mimo tego, że chętnie chodzi i całkiem dobrze, to nie byłaby w stanie iść ze mną bez wózka na miasto i spowrotem do domu. No nie doszłaby. Mimo, że mieszkam w niewielkiej miejscowości, to jednak taki dystans dla dziecka które chodzi od niedawna jest za duży. Jedyne co to mogłaby kawałek pójśc, potem na ręce i znowu mogłaby iść, trwałoby to chyba ze 2 godziny no ale doszłybyśmy.
Dlatego dziwi mnie ten trend traktowania wózka w okolicy roku niczym używanie smoczka czy kubka niekapka. Wiadomo, ze chodzi o to, żeby dziecko nie zrobiło się leniwe, ale według mnie to wozek dziecku krzywdy nie robi jeśli się go wozi w wieku roku czy dwóch idąc na długi spacer. Także trochę się zszokowałam, że nawet z taką rzeczą babki potrafią rywalizować;/

2 komentarze (pokaż)
31 lipca, 18:16

Pójdę za wpisem Anakin i powiem tak: nie sądziłam, że przeżyję ten rok a jednak.

Macierzyństwo – to jest strasznie dziwny twór. Większość kobiet o nim marzy, jedne wcześniej, inne później, te którym nie wychodzi traktują je jak największe marznie i cel, który chcą osiągnąć.
Jak już dotknie się tego tematu, to w moim odczuciu zaczynają się mieszać ze sobą 2 uczucia: depresja i euforia. Depresja – nie taka tradycyjna, ale chwile gdzie zmęczenie, strach i bezradność tworzą koktajl emocji, który zwala z nóg. A z drugiej strony euforia, ze to ten mały człowiek, którego tak pragnęłyśmy jest z nami i jest taki cudowny.

Macierzyństwo zaskoczyło mnie, ojjj zaskoczyło bardzo. Mimo, że wydawać by się mogło, że jestem przygotowana. Ciąża mocno chciana, wyczekana, decyzja podjęta świadomie, swoje lata też już miałam. A może jakby to było inaczej, to bardziej naturalnie bym to przyjęła? Nie wiem sama. Może bym miała więcej sił, więcej cierpliwości, ale jakoś tak ciężko było mi sobie siebie wyobrazić jako matki w wieku 20 lat. Studiowałam, imprezowałam i podróżowałam. I doceniam mocno te lata swobody. Ale może jakbym ich nie miała, to bym inaczej podeszła do macierzyństwa? Nie czuła, że mi tak brakuje tej swobody dawnych lat? Nie wiem.

No ale do brzegu: co mnie zaskoczyło?

-KP – wiedziałam, że może boleć, ale nie wiedziałam, że moje piersi nie są do końca dobre do kp a do tego moje dziecko też nie chciało współpracować..

-Piersi - nie wiedziałam, że zaraz po porodzie wszystko kręci się wokół cycków, wiecznie na wierzchu, ogromne, bolące, zastoje, leje się nich i każdy przychodzi i patrzy w szpitalu. Uczucie wstydu i skrępowania poszło do kieszeni, kiedy po raz milionowy wyciągałam laktator i odciągałam mleko. Ale generalnie przez pierwszy miesiąc ciągle czułam się jak chodzące cycki..

-Nie wiedziałam też, że w momencie gdy urodzę to każda inna matka będzie pytała mnie po wstępnym „jak się czujesz”, czy karmię piersią. Nie sądziłam, że tyle razy będę musiała w ciągu kilku pierwszych miesięcy odpowiadać. Nie posiadając dziecka nie przypominam sobie momentu, żebym jakąkolwiek koleżankę po porodzie pytała jak karmi dziecko

-Nie wiedziałam też, że odtąd wszyscy będą lepiej wiedzieć co mojemu dziecku potrzeba i bez skrępowania o tym mnie informować. Na szczęście nie mój mąż czy moja mama. Ale babcie czy ciotki niektóre to owszem…”Chyba jej za zimno”, „Oj za gorąco jej na pewno”, „Nie założyłaś czapeczki”, „Ma miesiąc i ją w góry zabieracie- zobaczysz, rozchoruje się”. I znowu nie przypominam sobie, żeby spotykając kogoś z dzieckiem zaczynała rozmowę takimi tekstami….

-Nie sądziłam, że jest tak wiele wrednych matek, że czasem to aż strach wyjść na spacer, bo się tylko doszukują co zrobisz źle. Za wcześnie w spacerówce, czemu bez czapki, a czemu z czapką, oj za zimne mleko dajesz, eeee chyba za ciepłe. Źle trzymasz, nie sadzaj, ten strój krępuje ruchy, złe buty kupiłaś, dajesz mu gotową tubkę, zamiast sama zblendować owoce itp. itd.

-Internet dla młodej matki to dopiero zło - generalnie wiedziałam, że grupy na fb za dobre nie są, więc intuicyjnie nie zapisałam się do żadnej nowej. Ale w pierwszych dniach po porodzie, gdy miałam mega problem z piersiami to szukałam porad, czytałam popularna stronę H. i komentarze i płakałam a raczej wyłam godzinami. Baby blues zrobił swoje i na komentarze typu „Nie rozumiem jak matka nie chce dać dziecku to co najlepsze. Jak widzę matkę karmiącą butelką- plastik i silikon to żal mi dziecka”. Wyłam tak, że aż do dziś to pamiętam. Wtedy to było dla mnie jak cios w samo serce, teraz bym ją w duchu wyśmiała i stwierdziła, ze laska serio musi mieć coś z głową i nie mieć własnych problemów skoro takie coś wypisuje.

-Nie wiedziałam, że zabronione jest reklamowanie butelek, mm1 i smoczków

-Zaskoczyło mnie to, że wyprawa do sklepu to jak wyprawa na weekend w góry – obliczanie godziny kiedy wyjść – przed drzemką a może po?, co ze sobą zabrać, ile czasu to zajmie i ile jestem w stanie unieść lub pomieścić w koszu

-To jest jedno z bardzo dziwnych zaskoczeń, ale zaskoczyło mnie uczucie i świadomość, że moje dziecko zostanie ze mną na zawsze. Serio mnie to mocno zdziwiło i wręcz przeraziło. Na szczęście to szybko minęło. Ale ta presja, żeby wychować na dobrego człowieka jest odczuwalna cały czas.

-Nie wiedziałam, że rozszerzanie diety to w gruncie rzeczy nie taka prosta sprawa a do tego jakże kontrowersyjna

-Nie wiedziałam, że kąpiel lub gotowanie obiadu bez dziecka będzie chwilą spokoju i relaksu

-Nie wiedziałam, że będę tak mocno przeżywać to, że nie mogę nic w domu zrobić a jednocześnie być taka zmęczona opieką i zabawą z dzieckiem

-Nie wiedziałam, że można funkcjonować wstając prawie każdej nocy do dziecka (choć moja aż taka trudna w tym temacie nie była/ nie jest, ale mimo to wydawało mi się, że może być tak ze nie będę wstanie wstać a jednak wstaje jak trzeba)

-Myślałam, za to, że człowiek jest się w stanie przyzwyczaić do mniejszej ilości snu- stwierdzam, ze ja nie jestem w stanie…ja odczuwam mniejsza ilość snu i jestem zombie i ewidentnie brakuje mi snu. Nie mogę stwierdzić że „przyzwyczaiła się i już tyle spać nie muszę”.

-Nie wiedziałam, że tak łatwo zapomina się trudne chwile – łapię się na tym, że dużo nie pamiętam już, wiem że na początku wstawałam co 3 godz., plus w nocy odciągałam pokarm, ale jakoś tak mgliste mam te momenty. Tak samo już nie pamiętam niektórych ważnych momentów jak nabywała różnych umiejętności. A co gorsza- ostatnio stwierdziłam, że nie pamiętam jak to jest mieć na rękach takiego maluszka np. miesięcznego i w ogóle jak go trzymać na tych rękach

-Nie wiedziałam, że będę jednocześnie chciała tak bardzo wrócić do pracy i jednocześnie tak bardzo chcieć zostać i widzieć jak się rozwija i czego się nauczyła

-Nie wiedziałam też, że zatęsknię za maleństwem. Cały czas chciałam, żeby była starsza, żeby już cos rozumiała, siedziała, chodziła itp. I jak teraz tak jest to łapie się na tym, że mi ciężko i smutno. Jak przeszła z gondoli do spacerówki- to sobie myślałam, gdzie ten maluszek, potem jak np. już nie lezała tylko pełzała czy raczkowała to to samo. Troszkę mam do siebie żal, ze chciała to przyspieszyc bo w tamtych chwilach było mi ciężko, a ze to jakos tak szybko minęło i mam wrazenie, ze mi to tak za szybko minęło i że nie wyciągnęłam z tego 100%.

-Nie wiedziałam, że niezależnie co zrobię – czy coś dobrze czy źle to zostanę skrytykowana. Daję kaszki bez cukru- oj biedne dziecko je takie bezsmakowe. Dawałam kawałki owoców do rączki- np. jeszcze się zadławi. Ubrałam czapeczke- no za gorąco. Nie dajesz soków- no jak możesz. Używasz pampersów- no przecież powinnas wielopielo…Karmisz mm – wygodna! Never ending story!

-Nie wiedziałam, że jak będzie starsza to będzie równo trudnie, tylko w innych kwestiach, już nie kolki czy słabe spanie, ale wspinanie się, bieganie itp.

-Nie wiedziałam, że jest taka rywalizacja, porównywanie, wręcz wyścigi, które dziecko co zrobi szybciej..

-Nie wiedziałam, że bawienie się z dzieckiem może tak męczyć. Ciężko też jest z taką biernością. Stałam się leniwa- wiem, że pewnych rzeczy nie zrobię przy dziecku i z jednej strony mi to przeszkadza, z drugiej zaczynam olewać, bo co innego zrobić i wychodzi na to, że jestem padnięta a nie zrobiłam nic

-Słyszałam „nie pamiętam jak to było przed tym jak mieliśmy dzieci” – szczerze? Ja tam pamiętam, wiem jak wyglądały leniwe weekendy i nasze wspólne podróże, jak to było wychodzić spontanicznie do sklepu. Od ponad roku tego nie ma już, już nie jest tak leniwie, podróżujemy nadal ale troszkę inaczej i do sklepu wyprawy są nadal planowane, a jak robie cos bez dziecka to mi „tak dziwnie”, ale mimo wszystko pamiętam jak było przed;)

-Nie wiedziałam, że w oczach innych zostaję wrzucona w konwenanse „bycia matką” i pewne rzeczy w opinii innych nie wypada mi robić, mimo, że sama nie widzę różnicy w tym, że coś rok temu było ok a teraz tylko dlatego, ze urodziłam dziecko to już nie bardzo…

-Nie wiedziałam, że to że macierzyństwo jest takie trudne to jest jakiś sekret – ale chyba tak jest. Mówię czasem np. mojej cioci ze jak ona dokonała tego, ze wychowała 4 dzieci i to na fajnych ludzi i mowie ze mi z jednym ciężko a ona się uśmiecha i tak jakby tym uśmiechem mowi „oj tak było ciężko, ale nie wolno było mi narzekac, teraz rozumiecie dopiero jak ja miałam ciężko”.Z drugiej strony spotykam się z reakcją – ze wcale nie jest ciężko i niektórzy mówią np. „Ja nie pamiętam, zebym nocy nie przesypiała, było całkiem ok” -tylko dziwne jest to, ze slysze to od osob, które na jednym dziecku poprzestaly..

-Nie wiedziałam, że zakupy dla dziecka będą mnie cieszyć bardziej niż kupienie sobie czegoś. Że każdy prezent czy miły gest w stosunku do mojego dziecka będzie tak miły dla mnie.
-Nie wiedziałam, że część koleżanek (mająca dzieci), nagle nie będzie mieć dla mnie czasu, mimo, że ja zawsze miałam dla nich i nadal mam, bo potrafię się tak zorganizować, że jeśli nie w danym dniu to w kolejnym lub za 2 dni jestem w stanie się spotkać. Na niektóre spotkania czekam odkąd się Sara urodziła czyli 14 miesięcy..

-Nie wiedziałam, że wiecznie będę coś ścierać, wycierać, przecierać i że zawsze muszę mieć ze sobą chusteczki nawilżające, które ratują w chwili gdy właśnie muszę coś zetrzeć.

-Nie wiedziałam, że tyle będę się chylać i wiecznie coś podnosić, porozrzucane książeczki, klocki, inne zabawki, podnoszę układam a za 5 minut to samo..

-Nie miałam tej świadomości, że już długo nie zaznam dnia takiego jak był przed dzieckiem – przespanie całej nocy i wstanie dopiero kiedy się chce np. o 10, picie leniwie kawy do południa, potem jakieś zakupy, wyjście, książka, relaks i seriale. Oczywiście mogę sobie pozwolić na większość z tych rzeczy, ale nie w ciągu jednego dnia. Jakoś tak nigdy o tym nie pomyślałam, że taki dzień „panieński bezdzietny” długo się nie powtórzy.

-Nie wiedziałam, że będę recytować z pamięci część książeczek dla dzieci..

-Nie wiedziałam, że mm takie drogie i tyle tego idzie w tych pierwszych miesiącach

-Nie wiedziałam, że zabawa z dzieckiem aż tak męczy a place zabaw to miejsce spotkań gangów mam;)
-Nie wiedziałam, że to jak karmie, co daję do jedzenia, czy szczepię i jak ubieram może wywołać tyle emocji u innych i wręcz skłócić 2 strony. Nie do pomyślenia, że takie rzeczy potrafią poróżnić dwie matki

Ale żeby nie było tak negatywnie, to nie było i nie jest tak strasznie jak czasami słyszałam i przygotowywałam się na większy hardcore. Myślałam, że nie będę miała w ogóle czasu dla siebie, żaden fryzjer czy paznokcie, ze będzie masakra. Ze noce będą nieprzespane. I nie jest łatwo, oj nie ale nie ma też masakry. Nie rzygam tęczą, ale potrafię gadać o wszystkim i żyć, a nie godzinami o kupkach tylko czy rozszerzaniu diety. I wyjeżdżam i mam chęci spotykać się ze znajomymi i zostawiam Sarę z mężem i się nie boję i piję ciepłą kawę. Ale czasem chodzę w tłustych włosach i bez makijażu, bo na to czasu nie starczyło;) I wlaśnie takie jest macierzyństwo, trudne, strasznie trudne, krew, pot i łzy a z drugiej strony jest tak piękne, że mimo tego nie zmieniłabym zdania, nie wycofałabym się, bo daje mi to tez ogromną satysfakcję. Szczególnie jak ten mały człowiek potrafi przyjść, pogłaskać mnie, przynieść mi klapki – wtedy koniecznie musze je założyć, a potem karmi mnie chrupkiem kukurydzianym;)
Macierzyństwo to jest najbardziej skomplikowana rzecz na świecie, koktajl emocji i coś w co jak już wjedziesz, to będziesz chciała uciekać czasami… a czasami nawet i każdego dnia, ale mimo chęci ucieczki zostaniesz i nawet nie poruszysz nogą w stronę drzwi, bo wiesz, że masz największy skarb przy sobie.

5 komentarzy (pokaż)
1 sierpnia, 13:53

Hedgehog - oj tak, faktycznie o tym nie wspomniałam. To martwienie się, ale staram się o tym nie myśleć, bo jak dojdą takie myśli do mnie to paraliżuje mnie strach - o zdrowie! Po każdym szczepieniu się boję, boję się, że nagle wyjdzie jakaś choroba, bo życie takie kruche.

Przyszłość - na samą myśl, że może jakieś dziecko coś jej powie na placu zabaw, że jakieś dzieci odrzucą ją w szkole, że ktoś ją skrzywdzi słowem czy czynem - serce mi się łamie na samą myśl...

I to zwracanie się "mama zrobi" na szczęście mówi tylko moja mama przy Sarze i sporadycznie mój mąż ale też tylko przy dziecku. Jak słyszę koleżankę, która mówi "cześć mamuśka" do mnie to mi się nóż w kieszeni otwiera

4 komentarze (pokaż)
4 sierpnia, 19:28

Naszła mnie dzisiaj taka refleksja, więc piszę póki mam chwilkę.
Jestem przerażona i podłamana w jakim świecie przyjdzie dorastać Sarze:/

Doceniam też to jak jest teraz - wiem, że nie trwa wojna, jest bezpiecznie, mamy dach nad głową, mamy co nosić i co jeść, co jest ogromnym dobrem,a mocno niedocenionym. Wiem też, że ma szersze horyzonty, więcej możliwości. Np dawniej w naszej miejscowości marzyłam o tym, zeby był basen, niestety nie było, teraz już jest od dawna, nowoczesne kino, jest dużo więcej wydarzeń kulturowych i rozrywkowych, różne pikniki, koncerty, atrakcje dla dzieci - dawniej mogłam o tym pomarzyć - 2 razy do roku impreza w mieście tylko. Łatwiej jest podróżować - wszędzie są busy, autobusy, prawie każdy ma samochód. A i wycieczki zagraniczne są coraz bardziej dostępne dla szerszego grona - kiedyś miałam 2 koleżanki, które leciały na wakacje z rodzicami np na Kretę. Reszta siedziała w domu, ewentualnie jechała do babci lub jak się miało szczęście to nad polskie morze (pamiętam jak się cieszyłam tygodniami jak rodzice oznamiali, że w tym roku pojedziemy nad morze), o wakacjach zagranicznych mogłam właściwie pomarzyć tylko przez bardzo długi czas. A teraz można znaleźć w miarę tańszą ofertę i pojechać. Dawniej żeby coś znaleźć, przygotować referat do szkoły, trzeba było wertować milion książek, latać do ksera itp, a teraz wystarczy parę razy kliknąć i mieć w domu drukarkę. To wszystko jest super, technologia, świadomość społeczeństwa na temat np odżywania, dostępność produktów - jak byłam np w gimnazjum to chyba nawet nie wiedziałam, że jest sushi, a krewetki kojarzyłam z gazet. Ciuchy kupowało się w zwykłych sklepach, a dopiero w liceum jechało się 60 km żeby dojechać do niedawno otwartego HM;) A teraz mozna kupic ciuszki za grosze na wyprzedażach, a dawniej tylko słyszałam o słynnych wyprzedazach np w Niemczech. Płacenie rachunków online, płatność blik. To jest mega!

Ale, no właśnie ale...

Dawniej nie doceniałam żywności zdrowej, wtedy nie mówiło się bio, dostawaliśmy od rodziny jajka, ziemniaki, maliny, truskawki itp - bez oprysków, bez nawozów i to było takie normalne, ot jedzenie. A teraz właściwie nie ma dobrego, zdrowego jedzenia. Nawet jak coś jest bio/organic, to zazwyczaj i tak nie jest idealne a ceny z kosmosu.. W glebie, wodzie i powietrzu jest tyle syfu...
Dawniej nikt nie słyszałm o smogu, teraz w zimie jest masakra..
Dawniej jako dziecko na wakacjach na wsi biegałam po łąkach i lasach a teraz? Nie ma szans, wysyp kleszczy i konsekwencje po ugryzieniu skutecznie odwodzą od takich pomysłów.
Dawniej może nie było jakoś super bezpieczniej, ale nie bałam się tak chodzić po zmroku sama a teraz człowiek jednak bardziej sie boi.
Technologie są super, ale.. nagrywanie ukradkiem, robienie zdjęć żeby kogoś ośmieszyć i publikowanie. Standardem jest, że klasy robią sobie gruby ukryte na fb i nawzajem się obrażają, albo wybierają sobie kozła ofiarnego i obrażają go, czują się bezpiecznie, bo nikt wiecej nie widzi tych wpisów. Robienie memów z cudzymi zdjęciami.. Wszechogarniający hejt w internecie o wszystko...

Już za moich czasów było nastawienie na wygląd - szczupłe, jędrne i wysokie.. Teraz wydaje mi się, ze nie jest dużo lepiej. Ludzie wylewają wiadro pomyj na siebie, bo nie wygląda się tak jak "ideał". Tylko teraz jeszcze dodatkowo swoją opinie wyrażaja w necie..

Konsumcjonizm - dawniej też był, ale nie taki. Każdy zazdrościł jak ktoś dostał adidasy firmowe czy jakies super spodnie, ale to było coś takiego wow. Jedna czy 2 osoby z klasy miały, a reszta to była "szara masa" więc to tak nie bolało i byliśmy taka grupą co w sumie dużo nie miała, ale to było normalne, wiec było ok. Większość nie miała za dużo, wiec nie było aż takich podziałów, choć Ci którzy mieli więcej wtedy "królowali". teraz mam wrażenie, ze tych co mają jest dużo, a tylko pojedyncze jednostki należą do "szarej masy" i łatwo nie mają.
Najnowszy telefon, super buty za 500zł, spodnie tylko markowe... Byłam przerażona jak koleżanka mi powiedziała, że jej syn mówi że: "innych butów niż markowe nie ubierze"... Ja pamiętam jedne jedyne markowe dostałam raz w gimnazjum i to był prezent juz na urodziny, imieniny i dzień dziecka. Kolejne markowe kupiłam sobie za własne zarobione pieniadze na studiach.

I ja też lubię Sarę stroić, kupować fajne rzeczy, ale.... chcę, żeby potrafiła doceniać też rzeczy zwykłe. Że ok mogę jej kupić markowe, ale niemarkowe za 30zł jeśli są fajne to czemu nie? Chcę żeby tak samo doceniała wakacje za granicą, jak i wycieczkę pociągiem 60 km do Krakowa. Żeby tak samo czuła te emocje i szczeście, ze zobaczy polskie morze. Mam nadzieję, że mi się to uda, bardzo bym chciała... Wiem, że będzie to trudne. Ja żeby kupić sobie spodnie musiałam zbierać pieniądze kilka miesiecy - myślę, ze mnie to ukształtowało, ze zwracam uwagę na to co kupuję, ile wydaję, doceniam, ale i jestem przerażona co ile kosztuje. (Kto mnie czyta od niedawna pewnie nie wie, ale kiedyś oberwało mi się tu za to, że stwierdziłam, że kobiety w ciaży powinny mieć za darmo badania i leki - wiem, ze na nfz są darmowe wizyty, ale chciałabym, żeby tak opieka darmowa była taka jak prywatna. Argument był taki - że skoro mam na to, żeby sobie zaplacic za wizyte prwyatną u gina (a dodatkowo u diabetologa i za mnóstwo badan i tonę leków) to powinnam nie narzekać, bo "Ci co mają to chcą więcej). Otóż mam, ale nie aż tyle, wszystko co mam to moja ciężka praca i to, że dawniej nie miałam.. I nie chcę z jednej strony, żeby Sara czuła się jak ja jako nastolatka - czasami czułam się troszkę "gorsza", bo nie mogłam mieć miliona ciuchów czy zagranicznych wakacji. Oczywiście nie mówie,że była masakra, bo było ok, miałam ciuchy, czasami mama mi coś droższego kupowała, wyjezdzalan na kolonie i wycieczki szkolne, na wakacje nad morze. Ale przy niektórych osobach czułam się tak trochę jak "uboga krewna" ;)Tylko, że nie było to takie cieżkie, bo większość była takim przeciętniakiem jak ja;) Więc nie chcę, żeby Sara sie tak czuła, a z drugiej strony wiem, ze dzięki temu bardziej by doceniała wszystko. Mocno chcę w niej to wypracować - żeby potrafiła się cieszyć z drobnostek. Chce żeby miała, żeby nie czuła się gorsza, ale jednocześnie nie chcę żeby była roszczeniowa.. Muszę dobrze to rozegrać, żeby nie skończyła jako "zblazowana nastolatka z telefonem, zerowym kontaktem z rodzicami, pofarbowanymi włosami, wiecznymi dąsami do rodziców i świata". Chciałabym dla niej tej beztroski, żeby mogła bawic się z dziećmi godzinami na podwórku, wybrudzić się, jeść poziomki z lasu albo maliny prosto z krzaka, bez technologii, bez patrzenia kto co ma i za ile... Czy mi się uda? Oby..

2 komentarze (pokaż)
14 sierpnia, 14:07

Dziecko w końcu zasnęło - o tej porze to jakieś dziwne, no ale mam chwilę czasu dla siebie. Ostatnie dni łatwe nie były dla mnie psychicznie. Strasznie mnie umęczyła. Od środy do piatku miała gorączkę - do lekarza nie szłam, bo to tylko gorączka, zbijałam regularnie. Ale przez to była marudna, płaczliwa i osłabiona. W piatek goraczka zaczęła spadać. Obstawiałam zęby. Bo ręce do buzi pcha itp. A tu w sobotę wesele- a ona cała wysypana-cały brzuch i plecy, lekko uda i trochę na twarzy-masakra! Czyli klasyczna trzydniówka;/ Pech, że akurat przed weselem i na weselu ta wysypka;/
Ale ogólnie ma teraz gorsze dni. Częściej marudzi, sama nie wie czego chce. Ale najgorsze zrobiło się wymuszanie. Coś chce a jak powiem, ze nie to płacze okropnie i przez łzy znowu mówi "daj", ja na to, że nie i oa jeszcze bardziej płacze. No nic, testuje mnie, muszę być twarda. Jak coś chce to może to jasne, ale np jak chce moją kawę no to wiadomo, że jej nie dam, a jej nic innego nie interesuje, zaden inny kubeczek ani nic tylko musi byc dokladnie to. Muszę ptrzetrwać. Do tego często robi tak, ze np widzi mus owocowy na stole i mówi "daj" no to jej daję a ona nagle macha rękami i kręci głową i się złości, że nie. No to ja zamykam mus, a ona znowu "daj" i jak jej podaję to je. I tak ma często, ze cos chce, potem zaraz ze nie a potem znowu ze chce. Idzie oszaleć.

Na weselu miałam stycznosc z dzieckiem mojej kuzynki. Poł roku i ja dosłownie nie pamiętam jak Sara była tak mała. I takie dziecko (7kg) mam wrażenie, że nie waży nic;) Sara ma 10,7 kg i ją to zawsze czuję a tego maluszka w ogóle. I powiem szczerze, że mi sie zatęskniło za takim maluchem..;)

4 komentarze (pokaż)
20 sierpnia, 15:14

Piszę, żeby wylać całą swoją żółć i złość. Aż sobie muzykę puściłam, żeby mi lepiej było..
Za niecałe 2 tyg powrót do pracy. Ale już pierwsze telefony, ustalenia, musiałam dzownić do gminy, musze kupić książkę, ćwiczenia, kalendarz.
Cały czas tęskniłam za pracą i chciałam wrócić a teraz nie chcę. Tak to zleciało...15 długich miesięcy a minęło tak szybko.

Może lepiej byłoby jakbym nie miała niesmaku i jakby nie było mi zwyczajnie przykro..

W jednej pracy ok, wracam, ale jak zwykle mam tylko pół etatu plus prowadze projekt. I już wiem, że będę miała ostatnie godziny - bo są ważniejsze przedmioty rano. Czemu ja zawsze muszę się czuć jak gorszy sort? Wiem, że z jednej strony tak musi być, ale nie w każdy dzień.. a tu jak zwykle są ważni i ważniejsi i tak mnie to boli. Boli, bo jestem dobrym pracownikiem-tak jestem dobra! Jestem solidna, angazuję się, zawsze można na mnie liczyć, nie zawalę nic, angażuję się w 100% i robię wiele rzeczy których robić bym nie musiała. A co z tego mam? Nic. Często angażuje jeszcze swoje środki finansowe żeby było lepiej. Nie narzekam na każdym kroku, jestem uśmiechnieta i gotowa do działania. Nie pokazje moich gorszych dni czy humorów. I wszystko ok w pacy, tylko już wiem, że nie pójdą mi na ręke z podziałem godz - ale liczyłam się z tym. Tylko, ze chciałam być wcześniej dla dziecka;/ No ale są wazniejsi - bo maja wiecej lat, lepsze znajomości.. Boli mnie też to, ze wiem, że była szansa, zebym pracowała tylko tam na pełen etat ale nie....bo znowu są ważniejsi, więc ja mam tyle ile mam.

Praca nr 2 - narazie cisza. Nie wiem czy dzownic czy sami zadzwonią bo tez pwiedzieli ze mam wracac. Tylko mam niesmak - niesmak, ze chca dzielic moje godziny...;/

I przez to ze tak wszystko łącze to musze dorabiać lekcjami. Czemu? Bo moja wypłata jest hmm słaba. Serio, to wiem, ze idac na kase do znanych supermarketów miałabym więcej. Dlatego łapie się wszystkiego, dorabiam, zeby wyjsc na swoje.
Nie wiem jak to pogodzic z opieka nad dzieckiem i domem. Wiem, ze nie siedz ebite 8 godz w pracy (to mnie tylko powstrzymuje przed zwolnieniem sie i pojsciem do korpo - praca jest ciezka ale stabilna, tylko mnie doszlyby dojazdy - mniej wiecej 1,5 godz w jedna strone wiec nie byłoby mnie w dom jakieś 11-12 godz... a to słaba perspektywa). Więc wybrałam mniej, niepewnie ale wiecej dla dziecka czas. I wybrałam to co kocham. Bo ja jestem takim nauczycielem z powołania. Kocham pracę z dziećmi i młodzieżą, daje mi to niesamowitą satysfakcję<3
I mie bardzo polało i nadal boli cała nagonka i to co czytałam podczas strajku. Ja rozumiem, ze nie kazdy zasluguje, ze nie kazdy jest dobry. jestem za tym zeby Ci co sie starają dostali wiecej a reszta nie. Ale zeby nie było jak to widze teraz- albo po równo, albo te co starszy to dostaje wiecej. Czytam ze zarabiam 5 tys? Serio to chciałabym taka sumę zobaczyc, nawet jakby to byłaby suma brutto to tez. A tu niestety, jakas fikcja, moze w innych wojewodztwach, gdzie dodatki sa wyzsze albo cos. I rozumiem złosc ludzi, ale ja tez mam prawo do tej złosci. Bo mam wykształcenie, mam kwalifikacje, wiecznie sie doksztalcam, robie kursy, jezdze na szkolenia. Staram sie, siedze wieczorami i po nocach bo to ze nie siedze bite 8 godz w pracy to nie znaczy ze tyle nie pracuje, bo pracuje, ukladam materiały, poprawiam sprawdziany, kartkówki, wypracowania. Czasem pracuje 7 godzin innym razem łacznie z tym co w domu to 10. Przygotowuje akademie, prowadzę samorząd, organizuje konkursy, wyjazdy, zmieniam gazetki tematyczne itp. To jest mnóstwo roboty, ale czasami mam dosc. Np dzis jak wiem jz ze z jednej pracy milczą a jelsi sie odezwa to podziela mi godziny, w drugiej ok ale juz wiem ze są ważniejsi i jak jeszcze zobacze wyplate to juz mi sie odniechciewa wszystkiego. I ja nie potrzebuje wakacji, wole wybrac urlop we wrzesniu albo maju i pojechac w fajne miejsce bez tlumow, chce normalnie umawiac sie do lekarza a nie zawsze tylko w godz po pracy bo dnia wolnego nie dostane - nie ma czegos takiego. I świadomie wybralam zawód i godzę się na to wszystko, znam te plusy i minusy, ale dobija mnie to ze po tyl latach pracy dalej muszę łączyć etaty na 2 szkoły, przez to wszystkie rady, wywiadówki, akademie itp mam razy 2, a osoba majaca etat w jednej szkole ma to wszystko tylko raz. Co roku mam wielka niewiadomą ile godzin bedzie itp I wiecznie czuje jak są ważni i ważniejsi i mogę się starać i stawać na głowie a i tak to nie wiaze sie z wiekszym wynagrodzeniem a co gorsze Ci co nie robia nic - nawet oficjalnie olewaja wszystko co jest dodatkowe to dostaja wiecej bo są przed emerytura. Wtedy mam serio dość. Tak jak dzisiaj. I chcę się zwolnić. Ale wiem, że mi serce by wtedy pękło, bo ja kocham to co robię, mimo ze czasami czuje sie jak wolontariusz. Dlatego też na l4 poszlam dopiero tydzien przed porodem, bo chcialam byc fair, wykonac do konca obowiazki..Ale czasami taka uczciwosc nie poplaca, bo nikt tego nie docenia, nikt nie docenia dorego pracownika.
I jeszcze sie denerwje jak polacze godziny w 2 pracach o ile bede pracowac w dwoch i lekcje popoludniem i dojazdy i mnie to martwi, ze dziecko bede widziec 2 godzinki dziennie... a tu za jakis czas chcemy wziac kredyt i wiem ze kazdy gorsz sie przyda, zeby dochody wykazac ok..
Sorki, ale musiałam wylać to z siebie wszystko..troche mnie przerosło wszystko i strasznie mnie boli to wszystko i jest mi zwyczajnie przykro.......

5 komentarzy (pokaż)
22 sierpnia, 11:31

Mam do Was pytanie;) Jakie są wasze sposoby na oszczędzanie - mam trochę przemyśleń w tej dziedzinie i chciałabym poznać wasze zdanie i wasze doświadczenia w tym temacie. Nie chodzi tylko o jedzenie, ale o wszystko;)

9 komentarzy (pokaż)
23 sierpnia, 11:11

Dzięki dziewczyny za każdy komentarz, kolejny wpis zrobię właśnie o tym, bo mam sporo przemyśleń w tym temacie.

Ale dzisiaj muszę o czymś innym, miałam pisać wczoraj, ale nie była w stanie, płakałam po kątach pół dnia. Skutkiem płaczu jest dzisiaj potworny ból głowy.. Czy dziś mi lepiej? Nie.. może tak 5 % lepiej niż wczoraj, bo nie płaczę ale duszę wszystko w sobie.

Jakbym była zła to ok, wkurzona, wkur%$#, to by mi przeszło. Ale mi jest tak cholernie przykro, tak strasznie przykro, że nie mogę sobie z tymi emocjami poradzić. 3 razy w życiu się tak czułam, tak było mi przykro.
Czuję jakby mi ktoś wbił nóż w plecy i rozdarł serce na pół...chodzi o pracę
Z jednej się nadal nie odezwali, zadzwonie w poniedziałek, bo chce wiedzieć na czym stoje, wiem, że ta osoba która była na zastepstwo zostanie i nam podzielą moje godz - ale ok, niech tak bedzie, moze fkatycznie jakbym miała sama ciągnąć godziny w 2 dni to byłoby ciężko, bede miec wiecej czasu dla dziecka.

Ale chodzi o tą moją ukochaną pracę w miejscu gdzie mam umowe na czas nieokreslony. Tak mnie zawiedli jak nigdy. Pisałam Wam, że przez zmiany kadrowe pojawił się cień szans, ze dostane godziny, które zapewniłyby mi to, ze nie musiałabym pracować w dwóch miejscach. Miałabym stałą pracę, poczucie bezpieczenstwa i w koncu nie byłabym rozdarta na 2 miejsca. Mogłabym sie skupic na wszystkim i wykonywac moje maximum, a nie byc rozdarta ze tu rada i tu, tu wywiadowka i tu, tu gazetka, tam samorzad i podwójne akademie do zrobienia. Bo pracowałabym w jednym miejsc. pisałam tez, ze chyba osoby pewnie 2 rozdziela to miedzy siebie i było mi przykro no ale cóz zrobic.
Otóz nie, tzn jedna z tych osób zeby dopełnic etat bierze kilka godzin,a le to jest dosłownie kropla. A całą resztę godzin dostała całkiem inna osoba.....i tu moje serce pękło....
Jest to tak niesprawiedliwe....ta osoba ma pracę gdzie indziej, u nas pracuje dodatkowo ma pare godzin i teraz dzieki tym godzinom ma ponad etat plus ta inna praca... Ta osoba pracuje tu zaledwie 3 lata....a ja od 8.... jestem na 99% pewna, ze to nie była decyzja mojego rpzelozonego- bo on zawsze o mnie mysli, tylko ze tez nie potrafi zawalczyc lub postawic na swoim. Jestem pewna ze była to decyzja osoby wplywowej, ktora w tym momencie juz odeszła i była to jej wola... Bo przy przyjmowaniu tej osoby to tez bylo dziwnie-zwolnili osobe, ktora miala umowe na czas okreslony i nagle pojawil się on...
Tak wczoraj płakałam, bo jest mi tak kur%467 przykro!
Od 8 lat dawałam z siebie wszystko, starałam sie, zawsze mozna było na mnie liczyc, zawsze mila, profejsonalna. I nagle zostaje z niczym;/ tzn zostaje z tym co byłam..Jakby chociaz rodzielili te godz na nas 2 to ok, on by miał sporo i ja prawie etat i tez by mi to sporo dało i byłabym happy a tu takie cos.
Wiem, ze wiekszosc moze nie rozumie tego mojego rozczarowania ale mozna to porownac do czegos takieo: pracujecie w swojej ukochanej pracy, dajecie z siebie wszystko, nagle pojawia sie okazja zebyscie awansowaly i ten awans da wam poczucie stabilnosci, bezpieczenstwa i ten awans to taka "nagroda" za wszystko co robilyscie i dowod uznania. I nagle sie dowiadujecie ze ktos pracujący duzo krocej od Was - robiacy co do niego nalezy, ale tez nie wiecej dostaje go....
Jestem również zła, ale złosc mi przechodzi, mi jest przykro, tak strasznie czuje sie skrzywdzona tą decyzją, ze gdyby nie to ze kocham to co robie i wizja kredytu to bym złozyła wypowiedzenie..serio.. bo czuje pustke w sercu, czuje straszny ból no i znowu placze...

2 komentarze (pokaż)
UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do BellyBestFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)