BellyBestFriend
Dodaj do ulubionych

Pamietniki / Tytuł: Marzenia są po to, aby je spełniać:)

Autor: lentilkaa
29 marca, 16:43

Wyprawka prawie ogarnięta ufffff!!!
Spędzało mi to sen z powiek, bo tyle, firm, rodzajów nie wiedziałam, co, jak i ile, ale z pomocą koleżanek się udało. Wydałam milion monet w samej aptece internetowej... plus w kilku miejscach i teraz czekam tylko na kurierów;) Dziś było dwóch;) - jeden przywiózł kokon a drugi śpiworek do spania rosnący razem z dzieckiem;)

Co mi zostało kupić? Niewiele już.
-fotelik samochodowy plus lusterko do obserwacji dziecka - mamy już upatrzone wszystko, tylko kupić
-kilka par majtek bawełnianych jak juz w domu będę - niby mam, ale chcę kilka wygodnych kupić sobie
-odebrać laktator od koleżanki, bo ona prawie nie używała, a za 50zł to jak najbardziej się opłaca
-mata edukacyjna- mam zarezerwowaną od znajomej też używaną, ale to wyśle mi dopiero maj/czerwiec

Kilka rzeczy na liście mam pt. "Kupię po porodzie jeśli będzie trzeba", a są to:
-miś szumiś - zobaczymy na aplikacji na tel czy mała będzie reagować na to, jeśli tak to kupimy
-wszelkie rzeczy na laktację- herbatki, saszetki, osłonki na piersi- jeśli okaże się to potrzebne to kupię
-kosmetyki na bliznę po cc, jeśli dojdzie w ogól do cc to wtedy kupię
-podgrzewacz do butelek - dużo osób mówi, że zbędne, zobaczymy w praktyce

I jedna rzecz jest na liście - kupię jak mała będzie mieć około roku- czyli pościel i poszwa na pościel. Panicznie boję się śmierci łóżeczkowej. Dlatego na początku z racji lata będę ją przykrywać otulaczami bambusowym albo muślinowym albo kocykiami cieniutkimi, a na chłodniejsze dni, a potem jesień/zimę kupiłam śpiworek rosnący razem z dzieckiem 0-24 miesiące. I będę testować.

Także poczułam dużą ulgę, rozłożyłam zakupy na kilka dobrych miesięcy, ogarnęłam firmy, ilości potrzebne. Posłuchałam wielu rad mam i w końcu udało mi się dostosować wyprawkę pod nas, żeby było to co nam jest potrzebne;)

Święta przed nami, ostatnie w dwójkę;) Posprzątałam 2 salony i kuchnię. Została sypialnia i łazienka. Pokój małej prawie nie używany, więc właściwie nie ma co tam sprzątać;)
Do spowiedzi byliśmy, jutro ostatnie zakupy i piekę sernik z musem z mlecznej czekolady. Moja mam też coś tam piecze plus robi sałatkę jarzynową i żurek. W pierwszy dzień świat jedziemy do babci, w drugi na zjazd rodzinny. Także nie ma co przesadzać z ilością jedzenia:) Maż kupił wędlinki, więc będzie na śniadania wielkanocne;)
Życzę Wam radosnych Świat w rodzinnej atmosferze;)

13 komentarzy (pokaż)
14 kwietnia, 21:31

Chwilę mnie nie było, więc pasuje coś napisać.
Dziś rozpoczęłam 34tc;)
We czwartek byłam u ginekologa. Z nowości- mała odwróciła się w końcu i jest główką do dołu;) Wszystko super, idealnie, wymiary, przepływy itp. Waży 2 kg czyli zgodnie z prognozą lekarza;)
Zapytałam o poród i pzewiduje u mnie nadal cc. Z kilku względów, między innymi przez cukrzycę nie chce czekać do końca i ma zamiar rozwiązać ciążę w 38tc. Także został mi miesiąc z hakiem!! Bo ten 38tc wypada około 20 maja.
W pracy powiedziałam, że pracuję do 13 maja i idę na L4 albo na macierzyński właściwie;)
Boję się cc, ale będę musiała przeżyć...;)

A dzisiaj miałam sesję brzuszkową, fajna sprawa;) Pewnie wyjdę jak wieloryb, ale i tak się cieszę, że będę miała pamiątkę;)) I już się nie mogę doczekać efektów.

W ostatni poniedziałek podjeliśmy ważny krok- pierwszy, żeby spełnić nasze marzenie. Mam nadzieję, że reszta planu też się powiedzie;)) Nie mogę napisać o co chodzi, bo to nasza tajemnica na razie, ale kiedyś napiszę na pewno:)

8 komentarzy (pokaż)
26 kwietnia, 21:15

Melduję się!
Koncówka 35tc.
Linii na brzuchu - brak
Pępek nadal wklęsły
Ciśnienie w normie
Kilogramy- nadal na 0, ważę dokładnie tyle ile ważyłam zachodząc w ciążę
Mała waży 2400. Czyli idealnie rośnie co tydzień o 200g.
Lekarz stwierdził, że dziecko jest w super kondycji i waży idealnie.
Ja obecnie na L4 ale tylko do piątku, bo mam ostre zapalenie gardła. Rodzinny nic mi konkretnego nie dał, bo się bał. Gin wypisał antybiotyk, bo mówi, że lepiej wyleczyć niż kombinować.
No i teraz już sam nie wie czy cc czy sn. Zdecyduje za 2 tyg.
A i znowu mi się gin pytał czy mi brzuch rośnie;p No to mu mówię, że troszkę podrósł a teraz chyba stoi;)
Mimo małego brzucha mam ten jeden większy rozstep i zauważyłam ze przy nim takie 3 malusienkie na 1 cm sie pojawiają, smaruje ciągle, nie mam napiętego brzucha, no ale mam skłonnści, więc tak to jest.
Wczoraj dostałam fotki z sesji brzuszkowej - fajne są, jestem zadowolona;)
No to na razie chyba tyle;)
Wyprawka praktycznie gotowa, jeszcze chcemy kupić lusterko do samochodu do obserwacji dziecka. Plus wode mineralną, pastę do zębów i małe pojemniczki na przelanie szamponu czy żelu do szpitala;)

13 komentarzy (pokaż)
13 maja, 19:00

Dawno nie pisałam, wiem. Jakoś tak czas leci;)
Może w tym tyg nieco nadrobię. Choć ten tydzień przeznaczam na zrobienie wielu rzeczy na studiach. Oficjalnie od poniedziałku będę na L4. I będę cały tydzień, bo 21 maja idę do szpitala na cc ze wskazania. Skłaniałam się sn, ale lekarz określił u mnie szanse na naturalny poród na 25%, więc bezpieczniej dla mnie i dziecka będzie cc. Boję się trochę. Czuję też podekscytowanie. Staram się nie wizualizować sobie co się będzie działo, bo nie chcę się stresować bardziej.
Wczoraj odbył się mój baby shower;) Było super, nagadałam się z dziewczynami, pojadłyśmy, pośmiałyśmy się, a Sara dostała piękne prezenty;) Mam fajne zdjęcia i wspomnienia <3 Zostało 8 dni!! aaaaa!!!

7 komentarzy (pokaż)
14 maja, 16:10

Za tydzień o tej porze już chyba będzie po wszystkim. Czuję ekscytację i strach jednocześnie. Chciałabym wiedzieć jak to będzie krok po kroku, ale wiem, że w każdym szpitalu jest inaczej. Już pytałam koleżanek, ale zapytam jeszcze tutaj jak to u Was było.
1. Miałyście lewatywe? W moim szpitalu podobno robią.
2. Zgłaszałyście się na cc w dzień cc czy dzień przed? U mnie mam być w dniu cc.
3. Byłyście na czczo? Bo mi lekarz powiedział, że po lekkim śniadaniu mogę być.
4. Po ilu godzinach nastąpiła u Was pionizacja?
5. Czy na pierwszą noc zabierali Wam dziecko czy zostawało?
6. Kiedy po cc dostałyście pierwszy posiłek?

Stresuje mnie lewatywa, głód i ból. I to, że mała będzie płakać, a ja nie będę miała siły wstać lub nie będę umiała ją uspokoić. Boje się, że może nie umieś ssać a ja przystawiac i, że może pokarmu mieć nie będę;/ ehhh tyle niewiadomych.

13 komentarzy (pokaż)
19 maja, 23:34

Uświadomiłam sobie, że to moja przedostatnia noc i się zestresowałam, że aż spać nie mogę. Do tego po kolacji rozbolał mnie brzuch- żołądek i mam zgagę:// mąż śpi w najlepsze a ja rozmyślam. Czuję się nieprzygotowana, nie wiem jak ja dam radę z maluchem, jak to będzie... najbardziej boje się tych dni w szpitalu, że sobie nie poradzę, że trafię na wredne położne i pielęgniarki itp:/ w domu to już jakoś będzie, będzie mąż, będzie mama, dam radę. Ale w szpitalu boję się bólu po cc, placzu dziecka, problemow z laktacją i tak dalej ehh

8 komentarzy (pokaż)
20 maja, 23:32

Spakowałam się, wszystko podopinsłam w domu na ostatni guzik:) jutro tylko kąpiel, depilacja i jedziemy;) boje się, nie do końca czuje się gotowa na te zmiany, nie dociera do mnie to jeszcze. Ale przeciez tyle sie staralismy, tak bardzo tego chcielismy i jutro pozbamy nasz cud:))) planowalam jeszcze wpis o tym czego mi w ciazy brakowalo a czego nie, ale napisze to juz po wszystkim. Trzymajcie kciuki!! Boże miej nas w swojej opiece i Ty się tym zajmij:)

10 komentarzy (pokaż)
21 maja, 12:32

Ja już gotowa do cc, czekam na lekarza i startujemy:))

7 komentarzy (pokaż)
21 maja, 16:32

Zamorduje lekarza, jestem głodna okropnie, w ustach trampek, jestem pierwsza do cc a cc najwczesniej 17-18....

8 komentarzy (pokaż)
22 maja, 16:35

Sara, 21 maja 2018, 17.45, 57cm, 3500g <3 dalsze wpisy na KidzFriend:)


Wiadomość wyedytowana przez autora 4 czerwca, 15:33

18 komentarzy (pokaż)
21 czerwca, 11:58

Kehlana_miyu strasznie dziękuję za pomoc- wracam na fiolet tu kontynuować pamiętnik, bo na kidzfriend ja nie widziałam, że mi ktoś komentarz dał, nikt nie widział, że coś napisałam i w ogóle masakra. Także skopiuję teraz moje wpisy tutaj, zeby mieć wszystko w jednej całości.

A więc CC
Rano 21 maja umyłam się, byłam już spakowana i ruszyliśmy w drogę. Wiedziałam, że około 9 mam być na izbie przyjęć. Szpital oddalony był od naszego domu jakieś 45 min jazdy samochodem. Na izbie przyjęć miła położna załatwiła ze mną całą papierologię i ktg. Potem zostałam przekierowana w inne miejsce, gdzie zaczęły się przygotowania do cc. Trafiłam na strasznie miłe panie. Mój mąż był ze mną poza momentami, gdzie musiały mi pobrać krew itp. Na początku miałam zrobioną lewatywę - nie taki diabeł straszny! ;0 Całkiem ok było, a po cc stwierdziłam, że to najlepsze co mogło mnie spotkać, bo jakbym miała iść po cc do wc to nie wiem..
Miałam pobraną krew, potem ktg i czekanie. Jedyne co niestety było dla mnie trudne to głód...mimo, że to były emocje itp byłam głodna...pić mi się jakoś bardzo nie chciało, bo miałam kroplówki ale chodziłam do wc zwilżać usta. Miałam mieć cc koło 12, potem koło 14 a jak usłyszałam, jak położna rozmawia przez tel z lekarzem i on mówił że 17 to się prawie załamałam...
No więc czekaliśmy i czekaliśmy. A ja szalałam z głodu i marzyłam chociażby o marchewce. W międzyczasie pojawiła się kolejna pacjentka na cc - pogadałyśmy i już mi było raźniej, bo wiedziałam, że będziemy razem w sali pooperacyjnej a potem na oddziale. I to było bardzo fajne, że byłyśmy ciagle razem, bo się wspierałyśmy mocno.
O 17 wzięli mnie na blok operacyjny. Znieczulenie- do przeżycia, ale bardzo się bałam. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, a słowa "proszę nie ruszać głową chociażby nie wiem co" napawały mnie strachem, bo bałam się że zaboli, ja się ruszę, źle mnie znieczulą i będę czuć cięcie itp. Pani anestezjolog w wieku mojej babci, troche mnie wcześniej denerwowała, bo doczepiła się do imienia dziecka i proponowała żebym dała na imię: Janina, Maria albo Helena. Ale tej babie w ogóle żadne imie się nie podobało. Cewnik zaczęli mi zakładać po znieczuleniu więc dobrze, chociaż zrobili to zaraz po i jeszcze trochę czułam zakładanie. Potem się zaczęło i faktycznie nic nie czuć tylko takie szarpanie- ale nie ból. I powiedzieli mi, że jak będę sie źle czuć to mam powiedzieć. No i nagle poczułam odlot- uczucie, że mi niedobrze, głód, pragnienie i słabość. Personel zaczął panikować, coś mi dali do kroplówki plus maskę z tlenem i wtedy anestezolog bardzo i pomogła. Zaraz potem mocnym tonem naciskała na lekarza, że ma już zacząć cc. Potem się dowiedziała, że źle zareagowałam na znieczulenie i mi ciśnienie strasznie zaczęło spadać. Operacja się zaczęła. Raz popatrzyłam w lampy i zrezygnowałam, a potem usłyszałam krzyk i pomyślałam- już?? Potem widziałam jak malutką wycierają itp. aaa i zapytałam czy to dziewczynka, a lekarz "tak tak dziewczynka gratulacje". Potem mi ją przyłożyli do policzka, dałam jej buziaka i wzięli ją do męża na kangurowanie. A mnie zaczęli zszywać. Na sali pooperacyjnej przyszedł do mnie mąż, pokazał fotki z kangurowania) No i miał łzy w oczach A ja byłam strasznie słaba. Nie miałam siły na nic i dostałam potworne dreszcze. Mąż był przy mnie i za chwilkę przywieźli malutką i położyli mi ją na piersi i tak sobie leżałyśmy. Po chwili przywieźli moją nową koleżankę po cc i było raźniej. Mąż pojechał do domu a my gadałyśmy do 2.30 bo z tych emocji i bólu nie mogłyśmy zasnąć. Mimo morfiny bolało, macica się obkurczała, znieczulenie puszczało. I jakoś zasnęłyśmy na 2,5 godz by o 5 się obudzić, bo przyszły pielęgniarki.
Wiedziałam, że cc to operacja i tak dalej ale nie sądziłam, że się będę tak strasznie czuć. A kolejne 2-3 dni były jeszcze gorsze - fizycznie oczywiście.
Bo moja Sara jest idealna <3

1 komentarz (pokaż)
21 czerwca, 12:02

Kolejny skopiowany wpis. Jest troszkę cieższy, teraz już wiem dlaczego. Dopadł mnie mały baby blues...tęskniłam za swoją pracą, za aktywnością, przytłoczyło mnie uziemienie a spacerki i zakupy nie rekompensowały dawnego pędu życia. Teraz jest mi lepiej, dużo lepiej. Wsparcie męża i mamy nieocenione:)


Miałam pisać o kp, bo to dla mnie ważny i ciężki temat, ale nie mam dzisiaj siły o tym pisać.
Może napiszę o macierzyństwie. Jestem mamą od 23 dni czyli ponad 3 tyg. za mną.
Jakie jest dla mnie macierzyństwo? Chyba takie jak sobie wyobrażałam, czyli jest ciężko.
Nie żebym tu chciała narzekać, tylko napiszę jak jest.
Nowa rola dla mnie, rzeczy których się bałam to faktycznie idą intuicyjnie - przebieranie, kąpanie, ubieranie, podnoszenie itp. – bałam się tego a to jest banalne:)
W sumie dla mnie najgorsze i najtrudniejsze jest kp – niestety nie jestem osobą, której przyszło to prosto i automatycznie. Za mną długa i ciężka droga, nie wiem jak się skończy. Na razie przystawiam, odciągam laktatorem a jak już nie mam pokarmu to daję mm. Ale o tym dokładniej napiszę osobno.
Najtrudniejsze po karmieniu jest wstawanie w nocy. Niby było to oczywiste- co 3 godz. karmić, ewentualnie wybudzać i karmić. Moja była i nadal jest śpiochem, ale w dzień, wiec zdarza mi się ją wybudzać, teraz daję jej pospać i jeśli np. fajnie śpi to wybudzam ją po 4 godz. W nocy budzi się sama. Tyle, że jak mamy szczęście to co 3 godz., a często to co 2 godz.;/ I ja to kiedyś rozumiałam, że co 3 godz. czyli mam 3 godz. snu - a no nie. Bo 3 godz. od początku karmienia. Więc jak mi się obudzi o 2 w nocy, przewinę, nakarmię, ewentualnie odparzę butelkę itp. to już się robi 2:30 a jak jeszcze małą brzuszek boli lub jest niespokojna to bywa że i np. po 3 się kładę, a tu nagle 4;15 pobudka kolejna. I to jest dla mnie ciężkie. Są noce, że łącznie śpię 3-4godz, łącznie bo pojedynczo to 1-2 godz. ciągiem. Teraz staram się rano dosypiać jeszcze i czasami się udaje. W ciągu dnia nie mogę się przełamać i spać, bo mam poczucie marnowania czasu. Od ponad 3 tyg. mam takie noce i funkcjonuję i żyję, więc się da) i matki maja tę moc Ale nie ukrywam, jest to dla mnie trudne.
Od 3 dni mąż chodzi już do pracy, wcześniej był z nami i było super, bo dużo pomagał. Teraz mam mamę i też mi pomaga, także i tak mam łatwiej, bo jak chcę wyskoczyć do sklepu to mogę wyskoczyć, nie jestem aż tak uwiązana. Choć i tak jestem mało produktywna teraz. Mała śpi np. na tarasie to ją pilnuję. I jakoś tak mam wrażenie, że ją przewijam, karmię, odparzam butelki czy smoczki i odmierzam czas do kolejnego karmienia. I jak się zmobilizuję i zrobię coś np. zapłacę rachunki, odpiszę na maila, coś poukładam, odkurzę itp. to jest to dla mnie wielki sukces.
Wiem, że z dnia na dzień będzie mi łatwiej w organizacji, na razie raczkuję w tym temacie.
Trochę tęsknie za pracą i moim poukładanym życiem, ale nie żałuję! Chodzę na spacery, byliśmy już na wycieczce z małą w Szczawnicy a ostatnio była z nami w Łodzi- 4 godz. autem w jedną stronę, bo broniłam studiów podyplomowych – obroniłam Teraz zostały mi drugie studia i zmuszam się do napisania pracy dyplomowej. Także nie siedzę zamknięta w 4 ścianach, nie jest źle. Potrzebuję wyjścia choć na spacer czy do sklepu. Każda wyprawa z małą to jak wyjazd na wczasy- tyle rzeczy biorę zawsze, ale myślę, że z czasem też się lepiej zorganizujemy
I muszę powiedzieć, że szacunek dla osób, które maja więcej niż 1 dziecko – nie wiem jak to ogarniacie) Bo ja z jednym mam problem
Jestem trochę drażliwa i nerwowa, do tego dochodzi zmęczenie. Mam nadzieję, że to szybko minie.
A z drugiej strony tej macierzyńskiej - nie mogę się nadziwić, że ona u mnie w brzuszku była, że daliśmy z mężem nowe życie, że tak długo na nią czekałam, że jest taka cudowna i nawet mi się tęskni za byciem w ciąży) Także macierzyństwo to są 2 skrajne strony - ten trud, wysiłek i zmęczenie ale z drugiej strony coś zupełnie magicznego
Trochę się wygadałam, aż mi lepiej
Aaaa i co do cesarki- to nie taki diabeł straszny, da się przeżyć Wiem, że trochę nastraszyłam, bo te kilka dni nie jest fajne, ale potem już się śmiga.

0 komentarzy (pokaż)
21 czerwca, 12:03

Ostatni skopiowany wpis bardzo krótki:)

Tak szybciutko napiszę tylko najważniejszą radę dotyczącą macierzyństwa, którą dostałam i uważam, że jest najważniejsza ze wszystkich - tylko SPOKÓJ nas uratuje.
Trzymajcie sie tego, to najważniejsze, w słabszej chwili, w chwili zwątpienia paniki, niewiedzy- SPOKÓJ. To mi bardzo pomaga Staram się nie denerwować jak coś nie wychodzi, jak nie wiem co zrobić, byle nie panikować czy krzyczeć - spokój! I to mega pomaga

7 komentarzy (pokaż)
25 czerwca, 18:58

Dzisiaj mam chwilę, więc dłuższy wpis.
Sara dzisiaj kończy 5 tygodni, oficjalnie nie jest już noworodkiem tylko niemowlakiem. Zauważyłam, że chyba zaczyna się nam skok rozwojowy przypadający na 5 tydzień. Nagle stała się bardziej marudna, częściej płacze, jest bardziej drażliwa. Mam nadzieję, że szybko to przejdzie, bo 3 ostatnie noce to hardcore- czuję jakbym nie spała tydzień i ledwo żyję...
5 tygodni po cc a ja mam -10,3 kg od hmm zajścia w ciążę, bo w dniu cc miałam 20 deko więcej tylko niż w momencie zajścia w ciążę. Mam nadzieję, że nadal będzie lecieć waga w dół, szczególnie, że nie mam za dużego apetytu.
Zapisałam małą na usg bioderek a siebie na wizytę kontrolną u gina. Dzisiaj idziemy do księdza zaklepać chrzest na 5 sierpnia. Salę już mamy zarezerwowaną, a księdza jeszcze nie haha;) A na sali wolimy, ponieważ nie ogarnę tylu ludzi w domu, umęczyłabym się jak nie wiem co, a tak to przyjdziemy podadzą jedzonko, potem pozmywają a my miło spędzimy czas z rodziną:)
A co u mnie - wiem, że mój wpis niedawno był taki sobie. Dopiero po czasie dostrzegłam, że złapał mnie baby blues. Na szczęście nie jakiś mega mocny, no ale jednak. Zdarzało mi się płakać po kątach, być troszkę przerażona nową sytuacją, poczułam utratę dawnego życia, tęskniłam za pracą i poczułam się uziemiona. Mimo, że chodziłam na spacery, do sklepu, do kościoła itp to brakowało mi mojej wolności. Jest już lepiej, lepiej się czuję, nie jest może idealnie ale już jest dobrze. Do tego baby bluesa przyczyniło się pewnie kp i o tym dzisiaj napiszę.

Myślę, że przy drugiej ciąży będę lepiej przygotowana co do kp. Trochę wiedziałam co i jak, ale też nie zgłębiałam nie wiadomo jak tematu. Wiedziałam, że karmi się na żądanie, ale nie rzadziej niż co 3 godziny.Czytałam jak się dziecko przystawia. Wiedziałam, że na początku może strasznie boleć i że na nawał liście kapusty zimne tłuczone.

W szpitalu zaraz po cc położyli mi Sarę na piersi, średnio chciała ssać, nie do konca wiedziała o co chodzi. Ja po wymęczeniu moich brodawek przez doradce laktacyjnego zobaczyłam siarę- jedną kropelkę.
Nikt w szpitalu mi nie powiedział, że dokarmiają mi ją mm - było to bez mojej zgody. Sara ciągle spała a ja nie wiedziałam czy ją wybudzać czy nie. Okazało się, że powinnam ją wybudzać. Więc ją wybudzałam i przystawiałam, ona nie chciała chwytać, złościła się a jak już chwytała to widziałam gwiazdy na niebie z bólu. Patrzyłam czy przełyka..prawie nigdy nie przełykała. To musiałam ją już świadomie dokarmiać mm u pielęgniarek;/
Niby były 2 doradczynie laktacyjne- super kobiety, ale na cały oddział, więc pojawiły się na chwile ze 3 razy. Okazało się, że mam płaskie brodawki i mała ma problem z chwytaniem..Kazały kupić nakładki. Kupiłam - już wtedy miałam poranione brodawki, przez nakładki też bolało..strasznie, jakby mi pirania wgryzała się w pierś, ale też nie widziałam pokarmu..
Opuszczając szpital kazałam mężowi kupić mm, bo nie dostałam nawału..nie miałam pomocy ze strony położnych, które zbywały mnie i byłam mega zdezorientowana.
W czwartek wrociłam do domu i zaczęło się coś dziać, zrobiły mi się guzy na piersiach - ucieszyłam się, bo to oznaczało pokarm. Starałam się małą przystawiać, ale dalej za bardzo nie przełykała, ssała kilka minut i przysypiała, potem się budziła i był mega wielki płacz z głodu. Uparłam się, że będę karmić piersią, ale w nocy się złamałam i dałam po raz pierwszy mm wyjąc przy tym tak okropnie jakbym zawiodła wszystkich a przede wszystkim siebie i dawała dziecku truciznę...
W nakładkach nie było prawie nic, więc wiedziałam, że się nie najada.. W piątek piersi były w strasznym stanie- wielkie, twarde, ogromne guzy, czerwone plamy..Próbowałam odciągnąć ręcznie mleko-nic, probowałam 30 min laktatorem nic...
W sobotę było jeszcze gorzej, byłam w panice. Wiedziałam, że zacznie mi się zapalenie. Brałam tabletki, zeby nie dostac gorączki, obkładałam piersi kapustą, brałam gorące okłady, rpysznic - nic...Laktator elektryczny nie wydostał ani paru kropel..
W sobotę wieczorem napisałam na grupie miejscowych mam czy znają jakąś doradczynie na już. Dostałam namiar, zadzwoniłam - cud - kobieta była w domu i mnie przyjmie wiec pojechałam.
Zbadała mi piersi, wysłuchała i podjęła działanie. Pojechałam do szpitala a tam jej koleżanka z pracy dała mi (nielegalnie) zastrzyki z oksytocyny. Przyjechałam do niej znowu, dała mi zastrzyk i od tej pory czyli od wieczora do rana dnia następnego miałam siedzieć z laktatorem co 2 godziny - przed robić ciepłe okłady a po zimne. Czyli spałam średnio godzinę z hakiem, nastawiałam budzik i znowu plus karmienie dziecka, wiec miałam rozpisane godziny, kiedy dziecko, kiedy ja z laktatorem. I miałam wypić szałwię-żeby zmniejszyc nawał.W ciągu całej nocy odciągnełam hmm może 2 łyżeczki pokarmu...ale dla mnie to był sukces.. Na drugi dzień - w niedzielę na 8 rano przyjechaliśmy - do niej z małą i z mężem. Zbadała piersi i mówi, że jest lepiej, bo wczorej byłam godziny od zapalenia.Znowu dostałam zastrzyk i tym razem co 3 godz miałam odciagac przez 30 min laktatorem. Sprawdziła jak przystawiam, jak Sara ssie i mówi, że tu jest ok. I mi ją zważyła- prawie nic nie przytyła od przyjścia ze szpitala ale kazała się nie martwić.
Wieczorem ostatni raz jeszcze przyjaciółka -pielęgniarka wbiła mi zastrzyk. I wtedy mleko zaczęło schodzić. Pamiętam jak za pierwszym razem udało się 30 ml - byłam taka dumna. Potem 60 a nawet 100ml.
Więc kobieta mi życie uratowała i zaoszczędziła pobytu w szpitalu z zapaleniem albo ropieniem.

W poniedziałek przyszła moja położna z przychodni i zaczęła mnie denerwować, taka typowa zwykła położna, średnio na czasie...ciągle mówiła, żebym przystawiała dziecko. To jej tłumaczyłam co przeszłam, że mi pomogła doradczyni laktacyjna i ze przystawiam ale- dziecko musi jesc przed nakładki, denerwuje się przy tym, nie lubi tego, je sekunde, zasypia a potem jest ryk i wolę odciągnąć i na spokojnie dać jej jeść z butelki.
We wtorek zwazyła mi ją położna no i znowu mały przyrost. W srodę zadzwoniła do mnie i przez telefon przypomniała o karmieniu. Wtedy coś we mnie pękło, wyłam przeokrutnie bo poczułam się jak patologia która głodzi dziecko i wtedy zaczęłam dawać więcej mm zeby mi przytyła, bo położna ciągle gadała, że nie rośnie nic..
Przez ten czas miałam hustawkę nastrojów. Z założenia chciałam kp, nawet nie myślałam przed porodem żeby kupić mm...a potem ciągla walka, ten problem z piersiami, brak pokarmu, niska waga, naciski położnej..
Przystawiałam małą, ale strasznie mnie to stresowało, bo ona się złosciła, zrzucała mi nakładki, ciężko było mi je na piersi utrzymać, potem płakała z głodu a ja miałam dość. Nie cieszyło mnie macierzynstwo, tylko ciągle w głowie miałam karmienie. Zryło mi to głowę..
Ale po pewnym czasie, po kilku rozmowach z koleżankami, po rozmowie z mężem, mamą w koncu odpuściłam. Stwierdziłam, że nie mogę za wszelką cenę czegoś robić, co zabiera mi radość. Ciągle płakałam, byłam w fatalnym stanie. I teraz jak jest? Ściągam ile mogę mojego mleka i daje małej w butelce. Częśc karmień jest mm bo nie mam tyle pokarmu. Choć działam ciągle w tym kieruku - femaltiker, melisa, kawa zbożowa ze słodem jęczmiennym, a nawet teraz jem kozieradke- fuuujjj. Żeby zwiększyć ilość mleka, bo mała je coraz więcej a ja mleka więcej nie mam. Przystawiam ją czasami, żeby mi postymulowała brodawki.Ale jedziemy raczej na butelkach. Nie jest to łatwe rozwiązanie, średnio 2,5-3 godz jestem podłaczona dziennie do laktatora, w nocy robię mm zazwyczaj. Łatwiej jest na pewno wystawić pierś no ale nie u nas.
Przez tą presję na kp długo czułam się złą matką, teraz odpusciłam, już tak nie myślę, nie mam takiej presji ogromnej. Udaje mi się 4-5 karmień dawać mój pokarm a 3-4 mm.Lepsze to niż nic.


Wiadomość wyedytowana przez autora 25 czerwca, 19:02

9 komentarzy (pokaż)
27 czerwca, 13:02

Dzięki dziewczyny za wsparcie. I za nie ocenianie mnie, że nie karmię wyłacznie piersią. To był dla mnie straszny temat krew, pot i łzy... Bo krew też się pojawiła, pokarm leciał mi z piersi razem z krwią raz z jednej piersi, potem z drugiej..
Zła jestem tylko, bo zamiast mieć więcej pokarmu to mam mniej, no ale odciągam ile się da i każde karmienie takie jest dla mnie na wagę złota;)
Duże wsparcie udzielił mi mąż i mama, pocieszali i ciągle tłumaczyli, że nawet jak nie będę mieć pokarmu to też nic się nie stanie. To zaczęło mi dawać większy luz psychiczny, choć nie ukrywam, ze chciałabym nadal mieć więcej mleka.
Dla mnie jest jeszcze jeden ważny aspekt i bardzo trudny jednocześnie. Karmienie w miejscach publicznych. Już nie mówię o samej logistyce transportu i podgrzania mojego mleka lub zrobienia mm na wyjezdzie- łatwo nie jest ale się da, ale sama chwila karmienia. Mam wrażenie, ze wszyscy na mnie patrzą i myślą "ooo jaka leniwa, karmi butelką, wygodnicka" itp;/
Ale kp w miejscu publicznym też mi cieżko sobie wyobrazić. Moze jak ktos ma małe piersi to potrafi zrobic to dyskretnie. Ja mam duże i ciężko to jakoś dyskretniej zrobic plus jeszcze nakładki - mała nie zawsze dobrze łapała, ja nie zawsze dobrze je zakładałam czasami musiałam przesunąć o 2 milimetry, zeby mleko poleciało.. Także był to mega stres dla mnie i krępujace uczucie.

Także nie ma dobrych opcji tu dla mnie bo i to i to jest krępujące. Dlatego planowalismy wyjazdy tak, zebym na spokojnie mogła nakarmic w aucie.
A byliśmy już na wyjazdach. Jak mała miała może hmm 2,5 tyg była w Szczawnicy na jeden dzien, a w ostatni weekend byliśmy w Murzasichlu koło Zakopanego na wyjezdzie z 2 noclegami. Logistycznie cieżko ogarnia się te karmienia, ale się da;)

Zelma- na razie drugiej ciaży nie planuję;p;p tzn w planach jest, ale za jakieś 2 lata ;p Na szczęście nie mam urazu po cc i myślę o drugim dziecku, tyle, że na razie ciężko mi sobie wyobrazić opiekę nad dwójką. Ale przynajmniej nie mam porodowej traumy- u mnie w rodzinie kilka osób po porodzie mówiło-nigdy więcej - choć potem pojawiały sie kolejne dzieci hehe. U mnie po cc tego nie ma, mnie przeraża opieka nad więcej niż jednym i wstawanie w nocy do większej ilości dzieci.

Wczoraj miałam wychodne, spotkałam się na corocznym "zakończeniu roku szkolnego" u jednej z koleżanek;) Wróciłam koło północy do domu;) Fajnie się rozerwałam, jestem na bieżąco z wydarzeniami w pracy hehe;) Mąż sobie poradził z małą idealnie;) I nawet się udało, że była karmiona o 23 a potem dopiero obudziła mnie o 4:00 a potem o 7:00 i pospałyśmy potem ejszcze odrobinę do 8:30, więc dziaiaj jestem wyspana:))

12 komentarzy (pokaż)
24 lipca, 17:03

Marti - dziękuję za wszystkie odpowiedzi;)
Laktacja jest u mnie chyba nie do odratowania, stres mnie zjadł. Miałam i mam dość dużo stresów ostatnio, mimo, że staram się nie denerwować...ale czasami jest to silniejsze ode mnie..
I tak załatwiłam sobie żołądek - mam coś a'la nerwice żołądka. Łapią mnie skręty mocne, zazwyczaj koło 22-23 i ostatnio ból trzymał mnie do 5 rano. Wyłam z bólu i klęczałam przy łóżku z głową na łóżku, bo nie mogłam ani siedzieć ani leżeć..
Zrobiłam test na helicobakter - negatywny
USG jamy brzusznej - wszystko ok, kamieni brak
Gastroskopia- brrrr wykazała drobne sprawy,ale nic co byłoby odpowiedzialne za ataki...
I diagnoza jest taka, że to stres...

No ale już nie narzekam, jest światełko w tunelu, choć do końca tunelu daleka droga, no ale zawsze coś.

Co do Sary, to skończyła w sobotę 2 miesiące! Mój baby blues odszedł w niepamięć, teraz faktycznie mogę się cieszyć macierzyństwem;) Daleko mi do rzygania tęczą oczywiście, bo ja nie z tych ale jest bardzo fajnie;) Mamy jeszcze troche problemów z brzuszkiem - nie ma kolek, ale czasami popłacze jak jej bąki nie chcą wyjść i ją brzuszek boli, ale to jest max kilka minut. Kupa zazwyczaj co drugi dzień- fajnie jest, jak sie zdarza codzienie, bo wtedy ten brzuszek nie boli. Będe probować zmienić mleko mm na inne, zobaczymy jak wyjdzie, moze bedzie lepsze dla brzuszka. Bo kupy zielone..ale ponoć to normalne. Poza tym Sara jest grzecznym dzieckiem, sporo śpi ale nie tak dużo jak dawniej. Jest ciekawa świata, ciągle się rozgląda, obserwuje, pięknie się uśmiecha, gaworzy sobie;))
Teraz czekam kiedy zacznie się śmiać na głos;))

Jak miała miesiac byluśmy na weekend w Murzasichlu;)
Teraz w ten weekend byliśmy w Czarnej Górze i odwiedzaliśmy Zakopane;) Byliśmy w Dolinie Kościeliskiej między innymi:) Rośnie mi mały podróżnik:)
Za 2 tyg mamy chrzest a za 3 tyg znowu wyjazd w góry na kilka dni, a we wrześniu chyba polskie morze. Chcieliśmy jechać na trip po Włoszech, ale to byłoby dla 3 miesieczniaka chyba troszke za bardzo męczące, potem rozwazalismy Chorwacje ale region Istria, bo bliżej niż jechać z małą na samo południe- troszkę za długo. Ale chyba odpuścimy, bo ja już Istrię całkiem dobrze znam a chciałabym jednak coś nowego;)
I wstępnie planujemy jechać nad polskie morze. Wiele razy bylismy w Ustroniu Morskim i te okolicy znamy super. I bardzo lubię to miejsce, ale znowu chcę coś nowego. I myślimy, żeby mieć nocleg w okolicy półwyspu helskiego, bo chcemy go zwiedzić - ja w tych okolicach byłam jako mała dziewczynka kilkuletnia,więc prawie nic nie pamietam;) Potem chcemy ruszyć na Trójmiasto- byliśmy w zeszłym roku w zimie, ale mam niedosyt, bo bardzo mi się spodobało:) I jeszcze chcemy zwiedzić Łódź;) Bo byliśmy tam jak Sara miała 19 dni, ale za wiele nie zobaczyliśmy, bo broniłam wtedy studiów, a tak to z noclegiem to na spokojnie coś zobaczymy:) Także chyba będzie trip po Polsce;))

4 komentarze (pokaż)
30 lipca, 20:50

Dzisiaj Sara kończy 10 tyg! Szok, że to tak leci szybko:)
Fajnie się zmienia, obserwuje świat, uśmiecha się, powoli gaworzy głwonie samogłoskami;)
Wczoraj miała gorszy wieczór-chyba złapała ją kolka, bo mocno płakała, byliśmy wykończeni..Padła zmęczona płaczem na przebieraku. Poczekaliśmy i przenieśliśmy ją do łóżeczka. A zapytacie pewnie czemu na przebieraku- ona leżąc na przebieraku jest najgrzeczniejsza, nie wiem czemu akurat tam. Obserwuje wtedy sufit, uśmiecha się;) Ja to mam wrażenie, ze ona coś tam widzi czego my nie widzimy:) Szczególnie, że w łóżeczku jak leży ma ten sam sufit a go tak nie obserwuje, nie uśmiecha się i nie gaworzy aż tak;)
A teraz moje wpisy typu HOT OR NOT. Piszę dla siebie, żeby pamiętać co mi się przydało a co nie. Może się komuś przyda, aczkolwiek piszę to dla siebie, żeby błędów nie popełniać.

Poduszka ciążowa - u mnie się nie sprawdziła. Czasami jej używałam, ale spać całą noc z nią nie potrafiłam, lepiej sprawdzała mi się dodatkowa nieduża poduszka podłożona pod brzuch. Pewnie mi zostanie na drugą ciążę, no ale jako tako ja bym się obeszła bez niej.

Poduszka do karmienia - rogal - przydał się na początku jak Sara była malutka. Ale spokojnie wystarczy taka jak ja kupiłam- czyli za 20pare złotych na allegro. Kupiłam, żeby pasowała do pokoju- szaro-biała w giwazdki. Na szczęście nie skusiłam się na kure czy inne nowości za 100zł i w górę. A i poduszkę używałam chyba jakoś pierwszy miesiąc tylko. Potem już karmiłam bez.

Szlafrok - mi się w szpitalu przydał raz - pielęgniarka przeżyciła mi go przez ramię jak szłam na cc. Ale tak to nie ubrałam. Ja to jakoś tak mało szlafrokowa jestem. Został mi, więc pewnie zostanie na drugi raz i pewnie znowu nie ubiorę, bo w szpitalu niezależnie od pory roku jest gorąco!!

Obuwie do szpitala - u mnie zawsze japonki najzwyklejsze. Chodzę w nich po szpitalu, idę pod prysznic, dla mnie najwygodniejsze i najbardziej higieniczne

Koszule do szpitala- miałam 2 - 2 na napy odpinane z prawej i lewej strony i jedną koszulę jak to nazwać hmm na zakładkę- czyli piersi odsłaniały się przy przesunięciu materiału. Myślałam, że te na napy będą lepsze - myliłam się. Na napy jedna koszula jest dobra jak się dziecko kanguruje, ale np przy cc i tak miałam jednorazową szpitalną koszulę, więc się nie przydała. A wygodniejsze do przystawiania dziecka była ta koszula odchylana. Odchyliłam i już mogłam karmić. A przy tych napach to masakra- byłam po cc, obolała strasznie, ledwo dawałam radę zejść z łóżka i wziąć dziecko z mydelniczki do siebie. Trzymałam dziecko a drugą ręką mocowałam się z napami, które się ciężko otwiera. Po karmieniu trzymałam dziecko i znowu nie miałam jak tych napów zamknąć... a łazić z wiszącym cyckiem odnosząć dziecko kiedy była druga dziewczyna w sali i jej partner było mało komfortowo. Także napy-maksymalnie jedna, a tak to te odchylane są super.

Biustonosz do karmienia- taki jakiś super warto kupić po jak już będzie wiadomo jaki rozmiar piersi się ma. Ja kupiłam z lidla 2 takie bez drutów - ja mam duzy biust i u mnie się nie sprawdziły na sam początek. A usłyszałam taką radę, żeby kupic takie bez druta, bo piersi są obolałe. Dla mnie jednak od samego początku lepsze z drutem były. Doradczyni laktacyjna też mi powiedziała, że podstawą jest dobry biustonosz, który dobrze unosi piersi, a z moim rozmiarem to te piersi nie były za dobrze podtrzymane przez biustonosz bez drutów. Jedynie co to na początku do spania ich używałam, bo mnie nie gniotły a musiałam mieć wkładki laktacyjne.
Wkładki - teraz już nie używam, probowałam 2 firm i u mnie ok były z firmy johnson&johnson
Majtki poporodowe - 4 sztuki były akurat, bo tyle zużyłam z firmy Campol
Podkłady poporodowe na łóżko- szpital dawał swoje, swój zużyłam jeden, bo sobie wymieniłam na świeży
Podkłady poporodowe bella mama- zużyła niecałe 1 opakowanie, drugie sprezentowałam koleżance w ciaży. Po cc nie miałam aż takich strasznych krwawień, więc zaraz jak wróciłam do domu to zaczęłam używać normalne podpaski always :) Także na przyszłość więcej zwykłych sobie kupie- większych i mniejszych oraz wkładek higienicznych na sam koniec, bo oczyszczanie trwało u mnie 6 tyg, z tym, że było niewielkie, więc na końcu wkładka wystarczała.
Do szpitala wzięłabym laktator następnym razem, żeby szybciej rozbudzić laktację.
Nie kupowałabym nic na bliznę, zwykła woda i np szare mydło w płynie wystarczą do umycia. Nie trzeba nic pryskać.
Do szpitala najlepiej zabrać ciemne ręczniki - ja miałam grafitowe, bo jak się ubrudzą to nie jest to takie krępujące.
No to tyle na dzisiaj:)

6 komentarzy (pokaż)
7 sierpnia, 12:38

Wczoraj Sara skończyla 11 tyg. Z brzuszkiem odpukać jest lepiej, z kupkami też, ale to chyba za sprawą mleka, bo zrezygnowaliśmy z HA. - ciągle był zgnitozielone kupy..I firmę też zmieniliśmy i myślę, że jest lepiej. Mała jest coraz bardziej cwana. Nie uczyliśmy ją noszenia na rączkach, ale jak czasami popłakiwała to wiadomo buch na rączki i się spodobało. I teraz jak jest marudna trzeba ją nosic w pozycji jak do odbicia tak lekko na ramieniu. Ona zadowolona obserwuje sobie wszystko aaaaa i nie wolno wtedy usiąść, trzeba chodzić, żeby widoki się zmieniały. A co najlepsze, jak jestem ja - to jak ją noszę jest ok, ale jak jest tata i ja to tylko tata ma "moce uspokajające". Normalnie szok, że takie dziecko potrafi już tak przyrządzać;p
Obecnie śpi na tarasie w kokonie, więc ja też sobie siedzę i odpoczywam ;) Z nowości to w sobotę dostałam okres. Wiedziałam, że dostanę szybko, mój organizm bardzo szybko dochodzi do siebie, po ekstremalnych wydarzeniach. Po poronieniu owulację miałam po 14 dniach, a jeden cyl po zaczęlismy starania i od razu ciąża i teraz też wiedziałam, że szybko się pojawi. Jest plus i minus- plus - kompletnie bezbolesny, minus-strasznie obfity. Mam nadzieję, że ta obfitość jest tylko przy tym pierwszym. I cieszę się, że będę znała znowu mój cykl;) A wizja, że mogłabym zajść w ciążę troszkę mnie przeraża;)) Tzn sama ciąża nie, bo tęskni mi się za tym stanem mimo wielu gorszych chwil. Ale przed druga ciążą musimy jeszcze ogarnąć parę spraw życiowych, Poza tym nie chcę mieć dzieci z taką małą różnicą wieku-bo mnie to delikatnie mówiąc przeraża! Na razie z jednym jest co robić;))

W niedzielę mieliśmy chrzest;) Powiem szczerze, że się bardzo stresowałam;)
Weszliśmy do kościoła i u nas jest taka tradycja, że do chrztu z dzieckiem czeka się na końcu kościoła. Ksiądz i wszyscy ministranci i lektorzy idą na koniec kościoła i uroczyście wszyscy idziemy przez środek do ławek pod ołtarzem - takie oficjalnie "przyjęcie". Były 2 dziewczynki i 2 chłopców. Jeden chłopiec i dziewczynka byli troszkę starsi i grzecznie siedzieli na kolanach a moja Sara i drugi chłopiec spali na rękach;) Bałam się, że będzie płakać, ponieważ nie wsadzaliśmy jej do wózka z racji tego przemarszu przez kościół, ona mi w miedzyczasie zasnęła na rękach, więc w ławce już jej nie wkładałam do wózka, żeby jej nie wybudzić. Od niedzieli wieczorem mam przez to mega zakwasy na rękach, bo już mi prawie odpadały z racji trzymania jej tyle czasu;) Sam obrząd chrzcielny bardzo ok, nie rozpłakała się, nie wybudziła nawet tylko przy polewaniu tak się spieła i zrobiła minę w stylu "o Jezusie, co wy robicie?!", ale nie otwarła nawet oczu;) Na pamiątkę dostaliśmy muszlę św.Jakuba z której miała polewaną głowę. U nas kościół jest pod wezwaniem św. Jakuba i dlatego;) Po Komunii obudziła się i zaczęła lekko popłakiwać to ją mąż wziął na ręce. Po mszy mąż mojej kuzynki zrobił nam kilka fotek, ale zaczął ją brzuszek boleć, więc i zaczęła płakać, wiec tylko kilka się udało.

Potem pojechaliśmy na salę- chrzciny na 30 osób mielismy. Sala śliczna, stoły w literę T - prawie jak na weselu hehe;) Ładnie przybrany stół, białe pokrowce na krzesłach plus za nami ustawili białą ściankę pikowaną z cyrkoniami plus 2 kolumny z aniołkami. Super to wyglądało. My oczywiście z racji naszej drugiej fuchy czyli robienia rzeczy diy - zrobiliśmy pasujące do zaproszeń, które tez sami robiliśmy dodatki- wszystko w szarości z dodatkiem białej koronki i pudrowej tasiemki. Mieliśmy winietki, menu na stołach, pikery powbijane na paterze z deserami, zawieszki na alkohol (alkohol uchował się wedle tradycji z wesela), podziękowania dla chrzestnych i podziekowania dla wszystkich gości przybyłych - czekolady z personalizowaną etykietą-czyli ze zdjęciem Sary z sesji noworodkowej z tekstem dziękującym za przybycie i ozdobione koronką i tasiemką. Efekt wyszedł moim skromnym zdaniem super;)) A tak na marginesie dobrze, że ogarnęlismy nasze, bo teraz trzeba ruszać z zamówieniem na chrzciny na wrzesien i na baby shower.
Jedzenie bardzo dobre, obsługa super była, nagadaliśmy się z wszystkimi. Sara była całkiem grzeczna, jedyne co to do zdjęć pozować nie chciała-także chyba nie bedzie z niej modelki;p bo co chcielismy fotki z kims zrobic to zaczynała płakać;) A tak to była grzeczna i lezała sobie w wózku, zawsze ktoś podchodził i ją woził;) Trochę pospała;)
Jedzenia nam zostało, troche rozdaliśmy i sami jemy od 2 dni na śniadanie, obiad i kolację jedzenie z chrzcin ;p
Bardzo mi miło było, że goście sprawili sobie trud i dali też prezenty, które zostaną dla Sary na pamiątkę. Myślałam, że po chrzcinach sama jej coś kupię, żeby miała pamiatkę, bo zakładałam, ze większość da kopertę i tyle, a tu miłe zaskoczenie;)
Oczywiście oprócz kopert z pięknymi kartkami i książeczkami typu "Pamiatka Chrztu Świętego" dostała- ogromny tort pieluszkowy z dodatkami. I tu się bardzo ucieszyłam- bo tort był z pieluszek rozmiar 3, a obawiałam się, że będzie z 1. My nosimy obecnie 2 więc idealnie będą na zaś;) Tort miał wbity piker od góry z wielkim napisem Sara i w środku oprócz pampersów były 2 pieluszki tetrowe, kosmetyki do pielęgnacji, szczoteczka, butelka, smoczek, zabawka i kocyk;) Dostała również matę edukacyjną ze Skip-hopu, która wspiera szczególnie pozycję na brzuszku- też mega extra, bo mamy standardową matę, ale ona bardziej na leżenie na pleckach jest. Ubranka ze Smyka- rozmiar 68-więc też fajnie, bo obecnie nosimy 56-62, a na rozmiar 68 mamy badzo mało, wiec się przyda. Dostała również figurke aniołka-przepiękną i obrazek z aniołkiem do powieszenia na ścianę. Dostała również pudełko-szkatułkę personalizowaną ze swoim imieniem na pierwsze skarby i pamiątki typu- spineczki itp. I dostała2 bransoletki. Jedną z Lilou z zawieszką z serduszkiem a na serduszku imię a z tyłu data urodzenia <3 a drugą całą złotą ze swoim imieniem tylko nie wygrawerowanym a tak jakby wypalonym - w sensie bransoletka cała złota, pośrodku złota blaszka a w niej imię Sara i motylek - wypalone tak, że widać drugą stronę - też bardzo piękna;) Także pamiątek ma sporo;)))

Ok uciekam póki drzemka trwa, chcę jeszcze zgrać zdjęcia z aparatu, dać do wywołania, chciałabym ogarnąć fotoksiążki itp;) A czasu jakoś mi ciągle mało ;)

7 komentarzy (pokaż)
10 sierpnia, 19:54

Muszę opisać 2 ostatnie dni, bo stwierdzam, że w te upały i duchty przeszłam sama siebie :D

W środę moi rodzice mieli jechać do rodzin na wieś pozbierać maliny. No to stwierdziłam, że się zabiorę z Sarą, no bo co będziemy siedzieć w domu;) Pojechałyśmy. Na miejscu wsadziłam małą w wózek i jazde do lasu na spacer (asfaltową drogą). Problem był tylko taki, że cały czas było pod górę - o masakra, pot się ze mnie lał strumieniami a mała i tak mi nie usnęła. Wróciłam, weszłyśmy do cienia do altanki i dopiero się udało. W miezyczasie przyczła moja mama i popilnowała mi Sarę a ja w ten upał w samo poludnie poszłam w pole zbierać maliny. Upał i zero cienia. Nazbierałam 2 łubianki i jak sie w domu okazało, troche mnie spiekło-dekold, kark, ręce i twarz. Wrociłyśmy do domu i całe szczęście nie trzeba było długo myśleć o obiedzie, bo miałam zapasteryzowany sos boloński. Po obiedzie Sara zasnęła, a ja już jakiś czas temu wymyśliłam czym sie chcę zająć - przetwory będę robić! Całe życie byłam ignorantem w tej sprawie - kocham gotować i piec, ale przetwory to bła dla mnie strata czasu. Miałam myślenie - "po co tyle się urobić jak słoik dżemu 3 zł kosztuje". No ale mi się odmieniło. W poniedziałek zrobiłam ketchup z cukinii i dżemy z brzoskwiń. No a po powrocie z malin przypomniałam sobie, ze mam śliwki! I zrobiłam z 2 kg czekodżem :) czyli coś a'la nutella;) A potem stwierdziłam, że jeszcze maliny! I takim sposobem zrobiłam kilka słoiczków sosu- takiego do lodów itp i kilka słoiczków dżemu:) W miedzyczasie się Sara obudziła, ale ostatnio bardzo chetnie leży na bujaczku i obserwuje pomieszczenia, lub lezy na macie dukacyjnej i przygląda się zabawkom, więc udało mi się wyrobić;) Mąż przyszedł z pracy to wykąpał małą i uspał i mieliśmy spokojny wieczór;)
W czwartek mąż miał wolne, bo z moim tata mieli kilka załatwień, koszenie trawy, załatwienie nowego pieca dwufunkcyjnego, bo stary zaczyna siadać itp. Ale podczas koszenia okazało się, że będa inną tarczę potrzebować i trzeba im dowieźć ją. Więc Sara w auto i jedziemy, ale w drodze był postój! Strasznie płakała, okazało się, że kupę zrobiła- ona nie informuje o kupie w pampersie, ale musiał ją brzuszek boleć i ryczała. Choć ryk to mało powiedziane. Na tylnym siedzeniu klęcząc jakoś ją szybko przebrałam i się uspokoiła, ale scenę zrobiła masakryczną!! Za to potem była aniołkiem, Skoczyłśmy jeszcze do sklepu i zorbiłyśmy zakupy. Po powrocie udało się ją uśpić a ja ogarnęłam całe mieszkanie, bo wieczorem spodziewaliśmy się gości. Dałam radę ogarnąc, kurze pościerać, odkurzyć i podłogi przejechać na mokro. Jak skończyłam to przypomniałam sobie, ze przecież mam 1 kg borówki amerykańskiej...no i zorbiłam dżem z borówki;) Potem zabawa z małą, kąpiel i kilka minut przed przyjściem gości udało się ją już położyć spać. I tak posiedziałam z bardzo dobrą koleżanką i jej chłopakiem;) Łatwo nie było, bo chłopak z Teksasu i cała rozmowa po ang była, a mój ang słaby. Wszystko rozumiem, ale słabo mówie, no ale daliśmy radę:D Mała dostała w prezencie sukienkę od Calvin Klein ;) aaa i jeszcze udało nam się zaplanować wrzesnowy trip, zarezerwować wszystkie hotele, w każdym zarezerwować łóżeczko turystyczne, żebyśmy wozić nie musieli i czajnik i nawet nie za milion monet a spoko miejscówki:)
A dzisiaj już spokojnie, nie robiłam przetworów;) Na obiad zrobiłam domową pizzę, troche dom ogarnęłam i się prawie spakowaliśmy, bo jutro ruszamy w góry:) Nocować będziemy w Białce Tatrzańskiej;) Wyjazd na 5 dni;) Mega się cieszę, chcę zmienić otoczenie i się zrelaksować. Właśnie wgrywam książkę na Kindla i mam nadzieję, że uda się poczytać;) Dzieć mi właśnie usnął, więc pośpi pewnie gdzieś do 1-2 w nocy a potem pbudki. Uciekam do kąpieli w takim razie.
Stwierdzam, że jak się mobilizuję, to potrafię dużo ogarnąć, a jak mnie złapie zamulane, to cały dzień nic poza opieką nad dzieckiem nie jestem w stanie zrobić. Muszę się motywować, bo lubię życie na pełnej petardzie;)

9 komentarzy (pokaż)
16 sierpnia, 13:51

Wczoraj wieczorem wróciliśmy z gór! Eh szkoda, że wszystko co dobre szybko się kończy, ale tak czy siak było super;)
Napiszę osobny wpis o tym jak Sara w samochodzie się sprawuje itp, bo to dłuższy wpis będzie.
Co do samego wyjazdu super! Mieszkaliśmy w Białce, codziennie jezdziliśmy do Zakopanego. Pogoda się udała- w sobotę wyjeżdżajać padało, ale się potem rozpogodziło. I właściwie każdego dnia było ładnie;)
Co do podrózy z dzieckiem to nauczyłam się kilku rzeczy.
1. To, że dziecko jest grzeczne nie znaczy, że tak będzie zawsze (ktoś mi dziecko podmienił;p)
2. To, że dziecko ma zły dzień i jest marudne nie oznacza, że tak będzie zawsze (pocieszające)
3. Nie planuj za dużo, daj sobie duże ramy czasowe, bo z planów może nić nie wyjść, albo wyjdzie więcej niż planowałaś
4. Rodzice są cudowni - dzięki nim mogliśmy raz z mężem wybrać się wieczorem na termy <3 i raz spotkać się z moją przyjaciółą i jej chłopakiem, którzy przyjechali do PL z Teksasu na urlop i akurat się zgraliśmy, że byli w Zakopanem

Sara się zmieniła, nie śpi już tak dużo, jest bardzo ciekawa świata. I tu pojawia się mały problem, bo nie jest do konca fanką wózka:P a dokładnie gondoli. Nosidełko samochodowe jeszcze jest w miarę ok, ale też nie zawsze. W gondoli się jej zwyczajnie nudzi i woli na rękach w pozycji jak do odbicia być noszona. I takim sposobem część trasy do Doliny Chochołowskiej musiała być noszona - jak już wspominałam jeśli jestem ja i mąż to ona chce do taty :D
Fajnie jest podróżować z dzieckiem choć nie jest to idealne. Oczywiście są super momenty, ale bywa też hardcorowo. Sara zrobiła 2 sceny na Krupówkach, jedną na Gubałówce i jedną w restauracji Magdy Gessler, a no i w hotelu przy obiadokolacji też. Łapią ją czasami kolki i to przez nie zazwyczaj jest scena. Czasami płacze też, bo jest śpiąca, a walczy z samą sobą, żeby nie usnąć, lub się jej nudzi i chce żeby ją nosić.
Najbardziej nie lubię jak płacze w restauracji, bo wiem, że ludzie są tu dla relaksu, więc wychodzimy i próbuję ja uspokoić co nie jest łatwe. A znowu gdzieś na spacerze typu Krupówki to wkurzają mnie spojrzenia i komenatrze innych ludzi typu "ojjj dzidzia płacze" wrrr. Nie mam w zwyczaju komentować głośno zachowanie innych dzieci, no chyba że jest jakaś przeginka a widzę, że rodzice nie reagują. Ale jak dziecko płacze, a widze, że rodzic robi co może, to w duchu współczuję i tyle.
Mimo tych niektórych gorszych chwil było bardzo fajnie:) Odpoczęliśmy, pospacerowaliśmy, wysypialiśmy się. Sara na wyjazdach w nocy śpi nawet lepiej niż w domu;)

W przyszłym tyg czeka nas szczepienie na pneumokoki ehhhh....
Teraz mam 2 tyg żeby napisać choć część pracy dyplomowej na moich ostatnich studiach podyplomowych. Nie wiem jak ja to ogarnę, skoro Sara ostatnio mniej sypia, ale jakoś dam radę. A potem kolejny wyjazd - tym razem morze <3

Kończę, bo dzieć śpi a ja ułożyłam listę zakupów i menu na kilka dni;) I idę sprzątać spizarkę:D a wieczorem zakupy i robienie zaproszeń zamówionych na chrzest w stylu rustykalnym - zaproszenia w pudełkach, także pracy trochę jest;)

6 komentarzy (pokaż)
UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do BellyBestFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)