BellyBestFriend
Dodaj do ulubionych

Pamietniki / Tytuł: Kręte drogi

Autor: Leśna_Kasia
8 czerwca, 16:14

Jesteśmy po kontroli. Grześ waży 1,200 kg. Ja trochę więcej. Opowiedziałam lekarzowi o mojej paranoi dotyczącej ruchów dziecka, że ciągle się martwię, że za mało się rusza i za słabo. Szczególnie w porównaniu do energicznej córeczki, bardzo energicznej jeszcze w brzuchu. Kazał mi nie porównywać, dokładnie obejrzał malucha, zmierzył i uspokoił mnie. Mówi, że dziecko nie rusza się gwałtownie, raczej leniwie, i że to nic złego. Każdy ma inny temperament, może akurat Grześ jest spokojnym chłopcem. Na razie na to wygląda. Do tego mam łożysko na przedniej ścianie macicy - już nie na dole - i w zestawieniu z dzieciątkiem, które porusza się niespiesznie i łagodnie, mogę odczuwać ruchy słabiej. Nie mogę też przestać myśleć o wielowodziu, ale to też wykluczył. Bardzo cierpliwie i wyczerpująco odpowiadał na moje pytania, i póki co mnie uspokoił. Pewnie starczy mi tego spokoju na jakieś 1,5 tygodnia i znowu coś sobie wymyślę...
Moje badania krwi wyszły średnie. Muszę brać żelazo dodatkowo.
Teraz, jak sobie leżę, czuję Grzesia wyraźnie, ale tak łagodnie. Lekarz też powiedział, że on się wyciąga, a nie kopie. I tak to właśnie czuję. Zosię wysłałam piętro wyżej, do babci. Moja mama to skarb. Była dzisiaj z Zosią, jak byłam u lekarza, i na błysk wyczyściła mi kuchnię, do tego przyniosła nam cały gar zupy pomidorowej. Kochana.
Dobrze, że Piotrek jest już w domu. Jak odbierzemy Zosię, pójdziemy sobie na spacer.
Czekam na wypłatę i zamówię kilka ciuszków dla Grzesia, przymierzam się też do szpitalnej wyprawki dla nas. Zostało tylko 71 dni. AŻ 71 dni. Nie muszę się spieszyć. Powolutku szykuję miejsce dla Grzesia, robię porządki w szafach, pozbywam się niepotrzebnych gratów. Mam już całą szufladę ubranek w komodzie. Musimy kupić kocyki, ręczniki, nowy przewijak, same urocze drobiazgi. Z większych gabarytowo rzeczy tylko podwójny wózek. Łóżeczko i fotelik już mamy. Już niedługo znów będę przewijać taką malutką pupę w pampersie jedynce. To jest rozczulające.
Oj, będzie wesoło z dwoma bąblami :D

0 komentarzy (pokaż)
5 lipca, 13:52

Jestem szalenie zadowolona z minionego weekendu. Odwiedzili nas znajomi, przyjaciel Piotrka z dziewczyną i nasza wspólna przyjaciółka. Miałam duże obawy co do tych odwiedzin, bałam się, że Zosi ciężko będzie zaakceptować taką głośną gromadkę w domku, nie mówiąc już o tym, że przez długotrwały pobyt w domu strasznie zdziczałam i doszła do głosu moja szeroko zakrojona aspołeczność... ale było w porządku. Obie dziewczyny lubią dzieci, jedna jest psychologiem i od razu nawiązała kontakt z Zosią, a Zosia wstydziła się tylko troszeczkę, żadnego płaczu ani chowania się za mamą, jak to bywa w przypadku spotkań z niektórymi starszymi ciotkami i wujkami. Wystarczyło, że nikt specjalnie jej nie zaczepiał, a Zosia poczuła się zupełnie swobodnie. Z bezpiecznej odległości pokazywała nawet swoje ulubione zabawki. To naprawdę świetna metoda na nieśmiałe dzieci - nie zwracać na nie uwagi. To tak szokujące, że same zaczynają szukać kontaktu.
Jeśli o mnie chodzi, to nie mam daru prowadzenia swobodnej, lekkiej konwersacji, a przedłużające się chwile milczenia są dla mnie pożywką dla rozwijającej się paniki i kompletnej blokady. Bywało to w życiu kłopotliwe, ale teraz - mam dzieci! Naturalny zapychacz nieszczęsnych chwil milczenia! Zosia bardzo pomogła mi w pierwszych godzinach wizyty, a potem już się odblokowałam i mogłam normalnie rozmawiać o czymś innym niż dzieci, ciąża itd. Jak ja nie cierpię tej mojej cechy charakteru. Myślałam, że już to jakoś zaakceptowałam, tą chorobliwą nieśmiałość, że nie zależy mi na opinii innych, ale jednak nie. Nadal zależy mi na tym, żeby być akceptowaną i lubianą. Może nie w takim stopniu, jak kiedyś, ale mimo wszystko. Siedząc w domu tylko z Zosią i P., spotykając się tylko z tymi, których lubię i znam od lat, mogę sobie wmawiać, że nie zależy mi na tym, co myślą o mnie ludzie. Na szczęście akurat z naszymi gośćmi mamy tyle wspólnych poglądów i zainteresowań, że niedzielę spędzałam z nimi już całkiem swobodnie - podobnie jak Zosia - i przykro mi było, że przyjechali na tak krótko.
No, ale dość o mnie. Zosia pierwszy raz była na plaży. Nie planowaliśmy tego, pojechaliśmy po prostu w niedzielę na spacer w miejsce nad zatoką, o którym wiedzieliśmy, że jest spokojne i nie będzie tam natłoku turystów. Okazało się, że rzeczywiście, turystów jest mało i panuje tam spokój, ale przy niewielkim molo wydzielono całkiem ładny skrawek plaży. Pełen kamieni, zaschniętych glonów, patyków i innych dobroci, ale dla nas zupełnie wystarczający. Nasi goście poszli się wykąpać, a P. i ja zostaliśmy z Zosią na brzegu. Zosia, po chwilowej zabawie w piasku, poszła zamoczyć stópki na brzeg zatoki. Jak tylko poczuła wodę, rezolutnie ruszyła przed siebie. Żadnego dystansu, obawy, lęku, nic - sru do wody. Gdyby jej Piotrek nie trzymał, wlazłaby po uszy do tej zatoki. Minę miała tak zdeterminowaną, jakby chciała skopać fale tak, żeby nie wiedziały którędy na brzeg. Koniecznie chciała wszystko z siebie zdjąć i się kąpać. A my, nieprzygotowani, nie mieliśmy nic na przebranie, ani kocyka, ani ręcznika. Musieliśmy w końcu naszą selkie wyciągnąć z wody i zabrać na piasek. Piasek był jednak tak mało interesujący, jak śnieg sprzed dwudziestu lat. Zosia nieuchronnie dążyła do wody, a po drodze chciała zakosić jakiejś dziewczynce kóło-jednorożca. Dramat był taki, że gapili się na nas wszyscy nieliczni użytkownicy plaży, łącznie z ospałymi berbeciami, dłubiącymi w piasku na brzegu. Żaden z nich nie zdradzał chęci walki z falami. Odprowadzani spojrzeniami jak celebryci, Piotrek z wrzeszczącym dzieciośledziem w ramionach, ja z uspokajającym, pewnym siebie uśmiechem na twarzy, ewakuowaliśmy się z plaży do samochodu.
Zosia niewątpliwie kocha wodę. Następnym razem lepiej się przygotujemy do pobytu nad wodą. Przygotujemy się na walkę. Z falami. I weźmiemy ze sobą kółko-jednorożca.
Z innych osiągnięć Zosi w ostatnim miesiącu:
- umie sama wchodzić na kanapy, fotele, pufy, krzesła dowolnej wysokości, co łączy się z tym, że trzeba ją nieustannie mieć na oku; co prawda umie z nich ładnie schodzić, ale szaleje tak, że w każdej chwili może spaść;
- pokazuje w książeczkach wszystko, o co tylko zapytam;
- pokazuje części ciała u siebie i innych (tych, których lubi), wcześniej nie chciała tego robić;
- kilka razy udało jej się samej ubrać buty; na hasło "idziemy na spacer/na dwór" bierze buty i stara się je założyć.
To chyba wszystko. Zamówiliśmy z Piotrkiem książeczki J.Cieszyńskiej, neurologopeda Zosi polecała je bardzo w nauce mówienia. Zosia książeczki uwielbia, więc jeśli akurat te mogą jej pomóc, no to czemu nie. Nie są one tak ładne jak Pucio, ilustracje są według dorosłych wręcz brzydkie - postacie i zestawienia kolorów, ale jak tłumaczyła p. Patrycja, nic w tych książeczkach nie jest przypadkowe, wszystko jest dobrane z myślą o dzieciach, a to, co dla nas jest nieładne, dla dzieci jest atrakcyjne. Niech będzie. Zobaczymy, co na to Zosia.


W czwartek mam kontrolę u ginekologa. Robiłam badania krwi i wciąż mam niski poziom żelaza. Ciekawe, co zaleci mi doktorek... Zostały nam 44 dni do Grzesia. Czas nagle zaczął lecieć jak opętany. Noszę się z zamiarem spakowania walizki do szpitala, ale jakoś wciąż brakuje mi czasu. Dobrze, że porządki skończyłam. Musimy tylko kupić dla Grzesia kilka ciuszków, żeby uzupełnić garderobę, i przynieść koszyk z materacem. Cała reszta już gotowa. Nawet podwójny wózek już wybrany i zarezerwowany w sklepie. Codziennie myślę o porodzie i staram się opanować lęk. Robimy nawet z Piotrkiem playlistę do puszczenia na porodówce. Mamy z tego dużą frajdę. P. ostatnio wyraził pragnienie, żeby Grześ urodził się podczas audycji Manna na Nowym Świecie. Słyszysz, malutki? Nie, żebyśmy nalegali, ale wiesz, byłoby całkiem epicko. Grześ musiałby się urodzić w piątek między 6 a 10 rano, lub kilka dni po terminie, w niedzielę, od 10 do 13. Matko i córko, co za głupoty chodzą nam po głowach.
Zosia śpi już 2 godziny (!), zbliża się 14. Idę powolutku szykować obiadek.


Wiadomość wyedytowana przez autora 5 lipca, 13:56

0 komentarzy (pokaż)
6 lipca, 13:45

P. przyniósł mi walizkę ze strychu. Hurra! Mogę się pakować! A tak na serio, na widok tej niewinnie wyglądającej, czerwonej walizki obleciał mnie strach, zimny pot i dreszcze. Chyba muszę się przed sobą przyznać, że panicznie się boję porodu i pobytu w szpitalu. Nie boję się bólu, ani nie martwię się o to, czy będę potrafiła zająć się Grzesiem, o swoje siły, o karmienie piersią czy inne takie rzeczy. Nie. Ja się boję jakiegoś niedopatrzenia, błędu, ignorancji lekarzy i pielęgniarek, przez które ewentualnie mogłoby ucierpieć nasze dziecko. Śnią mi się koszmary na tym tle. Budzę się w nocy i nie mogę zasnąć, bo czepiają się mnie takie myśli, że w dzień nie chcę ich nawet wspominać. A i tak gdzieś to we mnie siedzi, skoro uczucie paniki wywołuje widok walizki.
No nic. W końcu ten czas nadejdzie i trzeba będzie przez to przebrnąć. Całe szczęście, że tym razem będzie mógł być ze mną P. O ile nic się nie zmieni, oczywiście. Choć tym razem nawet jeśli miałabym być sama, to i tak chociaż wiem, czego się spodziewać. Mniej więcej. Rany, nie chce mi się nawet o tym myśleć... O Grzesiu, jak najbardziej, chce mi się myśleć. O porodzie nie.

Piotrek był dziś z Zosią na szczepieniu. Wreszcie się udało. Nadal nie ma bilansów, nawet nam Zosi nie zważono. W razie gorączki, wysypki itp mamy dzwonić na dyżur do ośrodka. Przez następne parę dni będę miała na czym skupiać myśli. Zosia będzie pod lupą. Samo szczepienie zniosła bardzo dobrze, prawie nie płakała. Dzielna nasza panna. Nie mamy dziś wychodzić na słońce, a pod ręką mam czopki z paracetamolem.
Sama dziś zważę Zosię, u rodziców. Może się uda ;) zważę też siebie, bo właściwie nie mam pojęcia, ile ważę. Mało mnie to zresztą teraz obchodzi. Jak patrzę w lustro, to nie widzę takiej pyzy, jaką byłam pod koniec ciąży z Zosią, na zdjęciach też nie, więc jestem zadowolona. Nie mam czasu tak sobie dogadzać, jak niegdyś ;) przed urodzeniem Zosi w kółko robiłam jakieś torciki, bezy, ciastka, fikuśne obiadki. Teraz obiady dla nas robi głównie P., ja robię jedzenie dla Zosi, częściowo się to pokrywa. Zwyczajnie nie chce mi się siedzieć w kuchni. P. nie ma nic przeciwko. Zawsze lubił gotować. Ostatnio tylko chodzą mi po głowie bezglutenowe pieguski. Strasznie drogie i przesłodzone są takie ze sklepu, a ostatnio koleżanka sama mi zrobiła i były po prostu przepyszne. Przepis z mojej ulubionej strony z bezglutenowymi przepisami. Muszę tylko kupić gorzką czekoladę i spróbuję to dziś zrobić.

Ostatnio moja Mama zapytała mnie, czy zamierzam kiedyś zacząć sadzać Zosię na nocnik. Na razie nie. Koniec tematu. Ledwo daję radę się pochylić na tyle, żeby zebrać Zosię z podłogi, jak chcę ją wziąć na ręce. Usadzenie Zosi na nocniku musiałoby się odbywać na jakimś podwyższeniu, jeśli nie wręcz piedestale. To po pierwsze. Po drugie, już widzę, jak to turbo dziecko daje się usadzić na nocniku na czas dłuższy, niż mgnienie oka. "Ale przecież nie mogę jej wiecznie kłaść na przewijak" - to usłyszałam już od kogoś innego. Założenie jej pieluchy na stojąco, gdzieś w samochodzie czy w terenie, to litry mojego potu, Zosi łez i w ogóle graniczy z cudem. Także tego, wiecznie nie mogę jej kłaść na przewijak, ale jeszcze przez jakiś czas mogę. Ktoś inny mówi, żeby jej dać coś do zabawy do rączek, jak będzie siedzieć na nocniku. Dobrze, tylko że ona z tym pójdzie w piździec, gdzie jej będzie wygodniej. Druga Mama mówiła, że jak pracowała w żłobku, to każde nowe dziecko od razu uczyła siedzieć na nocniku.
Stanowcze NIE. Jak uznamy, że Zosia jest gotowa na nocnik, to będziemy ją uczyć korzystania z nocnika. Koniec, kropka, i nikomu nic do tego. Nasze dziecko jest zadbane, czyste, pachnące (z reguły), pogodne i żwawe jak myszoskoczek, i nie ma się do czego w niej przyczepić! To, co chcemy poprawić, to jej mowa, i nad tym będziemy pracować. Czasem na rady to zwyczajnie... nie ma rady, no.
Zosia znów dziś śpi ponad półtorej godziny w ciągu dnia. Zmienia jej się rozkład. W końcu mam trochę więcej czasu dla siebie w ciągu dnia. Mogę spokojnie popijać wodę, pisać i patrzeć, jak Grześ steruje mi brzuchem i wygina go to na prawo, to na lewo, tak spokojnie i powolutku. Lubię to, ale i tak nie mogę się doczekać, aż będę już go miała na rękach. Tymczasem siedź tam sobie, synku kochany, i obrastaj w tłuszczyk. W czwartek dowiem się, ile i Ty ważysz, nasz okruszku.


Wiadomość wyedytowana przez autora 19 lipca, 11:43

1 komentarz (pokaż)
8 lipca, 21:01

Akira, dziękuję Ci bardzo za takie miłe słowa! Lubię sobie tu pisać, a jeśli komuś miło się to czyta, to jestem tym niesamowicie uszczęśliwiona! Pozdrawiam również! :) i też uważam, że "sadzanie" na nocnik należy do zamierzchłych - na szczęście! - czasów. Dlatego też nie będziemy z P. nawet o tym myśleć, póki co. Chociaż przyznam, że mamy już nocnik, podkładkę na sedes i schodek dla malucha. Wszystko w sowy, zające i drzewka, kupione jeszcze ekhm... przed Zosi urodzeniem. Bo mężowi wpadł w oko taki komplet w "Netto", i kupił. Uwielbiam tego mojego męża!

Jesteśmy dziś po kontroli u ginekologa. Grześ waży 2,230, mniej więcej tyle, ile Zoś w tym samym czasie. Czyli pewnie też nie będzie kolosem. Wszystko jest w porządku, ułożony główką do dołu, kopie mnie w prawy bok, szyjkę mam długą i zamkniętą, wody w normach i prócz żylaków nie ma się do czego przyczepić. A żelazo wzrosło. Myślałam, że prócz hemoglobiny liczy się hematokryt, ale nie, tylko hemoglobina, która wzrosła, niewiele, ale wystarczająco, żeby było dobrze. A jeśli pojawią się nowe pajączki, żylaki i swędzenie, mam dzwonić po receptę na zastrzyki. A ja mam ten głupi zwyczaj podwijania nóg na wszelkie sposoby, wygodnie mi jest, jak siedzę na nogach zwiniętych jak makaron świderki. Muszę się pilnować i grzecznie je prostować. Nie zakładać, nie zwijać. Najlepiej leżeć z lekko uniesionymi. Jak ostatnio leżałam tak na podłodze, z poduchą pod nogami, przyszła Zosia, wyrwała mi poduchę spod nóg i zataszczyła sobie do pokoiku, a tam zrobiła sobie z niej podest do wchodzenia na fotel. Także tego.
A ja ważę niecałe 75 kg. Od początku ciąży przybrało mi się 9 kg. Szczerze mówiąc, wolałabym te parę kg więcej i więcej czasu na robienie pyszności. No ale trudno, narzekać też nie będę ;)
Tak bardzo stresowałam się tą wizytą u lekarza, że bolał mnie brzuch z nerwów. Zawsze mam takie nerwy przed wizytą. Teraz już jestem spokojna i zadowolona. Następna wizyta za 3 tygodnie. Będę już wtedy w 37 tygodniu! To jest wprost nie do uwierzenia.

Zosieńka miała 2 ciężkie noce po szczepieniu. Na szczęście bez temperatury, za to z niezbyt często występującymi po tym szczepieniu bezsennością i nerwowością. Paskudztwo... Biedna, mała Zosia zachowywała się, jakby ktoś zamiast niej sterował jej łapkami i nóżkami. To było koszmarne. Leżała sobie, z szeroko otwartymi oczami, a rączkami przebierała jak mrówka - albo tarmosiła moje dłonie, albo pluszaka, albo ubranko. Umęczona tym płakała i zasypiała twardo ok 2 w nocy. Moja siostra mówi, że to i tak dobrze, że usypiała w końcu i miała to tylko w nocy, bo jej synek - obencnie 10-latek - miał tak przez kilka dni. Dziś, ku mojej uldze, Zosia zasnęła słodko i prawie spokojnie. Prawie,bo w normalnym trybie działania też musi swoje odtańczyć w łóżku przed zaśnięciem. Trzyma w łapkach moje ręce - koniecznie obie! - i tylko pupa jej lata na wszystkie strony. Ale to trwa 10, 15 minut, a nie pół nocy. A na koniec, jak już się ułoży, tak słodko odpływa. Kocham na to patrzeć, na zasypianie tego bączka. Jak się oczka przymykają, jeszcze coś tam pomamrocze, jeszcze walczy, ale sen jest silniejszy, i w końcu wygrywa. Muszę wtedy zamienić moje palce na pluszowego królika i włala :) Zosia śpi. Cudeńko.
Mam nadzieję, że odczyny poszczepienne mamy za sobą, ale zobaczymy. Zoś nadal jest pod lupą.

Wczoraj kupiliśmy Grzesiowi górę ciuszków. Część wybrał osobiście mój mąż, zaskakując mnie tym niesamowicie, bo tak ogólnie to on nie lubi zakupów, szczególnie odzieżowych. Tymczasem w ciuszki dla Grzesia lekko wsiąkł. Rozczulił mnie tym bardzo, i wybrał śliczne rzeczy, takie, jakie sama bym też wybrała. Dziś zamówiłam kocyk i poduszkę do wózka, i mamy już prawie, prawie wszystko. Jeszcze pieluszki flanelowe, jeszcze coś na rozmiar 56, mały sudokrem do szpitala, na wszelki wypadek... A walizki, póki co, jeszcze nawet nie ruszyłam. Na razie leży pod kupą wyprasowanego prania i dopóki mnie P. nie pogoni, to tak zostanie. Pod tym praniem wydaje mi się mniej groźna.

Jaki ładny, zielony jest świat po deszczach, i między deszczami, akurat mamy wieczorne okienko między burzami. Jest cicho, spokojnie i pachnąco. Piękny lipiec. Za kilka lat o tej porze będziemy się jeszcze bawić z dziećmi na dworzu, albo dopiero jeść kolację. Dziwnie się czuję, jak siedzę sobie w łóżku w piżamce, po prysznicu, dziecko śpi, wyglądam przez okno, a na zewnątrz bez mała świeci jeszcze słońce i żyją ludzie, chodzą po chodnikach, wcale nie będą spać za 10 minut ani nawet za godzinę. To i dla nas wrócą jeszcze takie czasy?! Ciężko to sobie wyobrazić, ale miło pomarzyć, że jeszcze kiedyś strzelimy sobie z Piotrkiem piwko na bujawce w ogrodzie, w piękny, lipcowy wieczór, gapiąc się na nietoperze krążące nad ogrodem i słuchając jerzyków, śmigających po ciemniejącym niebie.
Pomarzyć miło, i z tym krzepiącym obrazkiem przed oczami kładę się spać, póki czas! Niniejszym wszystkim życzę dobrej nocy :)

0 komentarzy (pokaż)
18 lipca, 14:25

Dziewczyny, co myślicie o obcinaniu noworodkom paznokci? Zeszłoroczna położna kazała nam odczekać 2 tygodnie od porodu, żeby skóra całkiem oddzieliła się od paznokci dziecka, bo ponoć po porodzie są ze sobą zrośnięte - skóra z paznokciem - i można dziecku przyciąć skórkę przypadkiem. Nie wytrzymałam dwóch tygodni, bo Zosia bez łapek niedrapek robiła sobie dzikie sznyty na buzi, a nie chcieliśmy cały czas trzymać jej w tych łapkach. Chcieliśmy, żeby mogła swobodnie łapać, chwytać, dotykać i poruszać rączkami. Jak tam Wam zalecano? Niech się proszę chociaż jedna wypowie :)

31 dni do Grzesia. Albo mi się wydaje, albo przyspiesza. Czas, oczywiście. Na szczęście odpuściły trochę upały, wróciła mi jasność widzenia, zdolność myślenia i już nie muszę trzymać przy głowie wiatraka, żeby mi mózg działał. Uważajcie - spakowałam walizkę! Już prawie do pełna! Torbę porodówkową też. Mam nawet listę, co zapakować w ostatniej chwili, jak poczuję, że to JUŻ. I trochę muszę uzupełnić kosmetyczkę. Zrobię też dla Mamy rozpiskę - plan dnia Zosi i przykładowe posiłki na cały dzień. Piotrek już uprzedził w pracy, że jak tylko dam mu znać, rzuca wszystko i leci do domu, skąd transportuje nas do szpitala. Zosia zostaje z Mamą, która w razie czego rzuca wszystko i bierze taksówkę do nas. Mam jednak nadzieję, że sytuacja nas zaskoczy, gdy Mama będzie tylko piętro wyżej. Wszyscy uprzedzeni, na stanowiskach, zwarci i gotowi, a ja i tak czuję, że coś nas zaskoczy. Oby nie było to za bardzo nieprzyjemne. Matko i córko, a co w porodzie może być przyjemne?! Chyba tylko ten moment, jak się kończy!
Ale nie panikuję, skądże. Jestem spokojna jak woda w stawie w Dolinie Pięciu Stawów, mącona jedynie od czasu do czasu niepokojem, jak ta tafla wody muśnięta pyszczkiem nawadniającej się kozicy. A czasem pierdyknie mnie panika jak ta burza w górach, co to wali deszczem, gradem, żabami i piorunami. Taki mój standard.
Na wizytę kontrolną idę już w czwartek. Miałam ją mieć dopiero za 2 tygodnie, ale pojawiły mi się nowe, swędzące pajączki i żylaki, do tego puchną mi nogi i stare żylaki zrobiły się takie opuchnięte i czerwone... okropność. Dostałam telefoniczne zalecenie, żeby dużo pić, dużo leżeć z uniesionymi nogami i oszczędzać się, szczególnie w upały. Będę musiała brać zastrzyki w brzuch. I tak denerwuję się, że to dopiero w czwartek, bo Zosia nie daje za dużo okazji do leżenia ani oszczędzania się. No, ale trudno, wytrzymamy.
Zaczęłam chodzić z Zosią na plac zabaw. Niech się socjalizuje, choć i tak chodzimy wcześnie, żeby dzieci nie było za dużo. Zosia bardzo lubi inne dzieci. Dorosłych się boi. Rozsądnie, naszym zdaniem. Szybko odkryłam, że z Zosią na plac zabaw mogę chodzić niestety tylko w towarzystwie, i to kogoś zwinnego. Mamy taką kilkupoziomową budowlę ze zjeżdżalniami, taki trochę małpi gaj, że się wchodzi po schodkach coraz wyżej i są coraz wyższe zjeżdżalnie. Na koniec jest najdłuższa, taka zakręcona. Nie miałam pojęcia, że moje dziecko bardzo szybko znudzi się małymi zjeżdżalniami i spierniczy mi na tą największą. Prawie zawału dostałam. Na szczęście Zoś nie zjechał głową w dół, jak miał ochotę najpierw, tylko położyła się tyłem i na brzuszku, dzięki czemu łatwo było mi ją szybko przechwycić i spokojnie zjechać Zosią w dół. To był mój jeden raz na placu zabaw sam na sam z Zosią i w ciąży. Od tamtej pory chodzimy z Piotrkiem, a raz nawet udało mi się z koleżanką.
Problem pojawia się też, gdy jakieś dziecko ma atrakcyjne zabawki albo co gorsza, butelkę wody. Zosia uwielbia butelki z wodą, szczególnie takie małe, dla dzieci. Każda musi być jej. Gdy pojawia się na horyzoncie dziecko z butelką wody, następuje koniec zabawy, próba przejęcia, nasza interwencja, raban i awantura, a na koniec szybka ewakuacja Zosi z placu zabaw. Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Prócz tego Zosia potrafi się z innymi dziećmi spokojnie i ładnie bawić. Naprawdę.
Kończę, obudziła się nasza mała panna ze swojej drzemki i bardzo jej się nie podoba, że mama coś tam klepie na laptopie. A kto książeczek więcej do łóżeczka poda?! Te dwadzieścia to niby ma wystarczyć?!

1 komentarz (pokaż)
21 lipca, 14:08

4 tygodnie do Grzesia. Dziękuję za odzew, Bergamotko! I tak to jest, co położna, to inna szkoła... trzeba z nich wyciągnąć to, co najlepsze :) Z Grzesiem na pewno też nie będę długo czekać z obcięciem paznokci. Szczególnie, jak mi się z tipsami urodzi :D
Już tylko 4 tygodnie zostały do terminu, a Zosia popada w mamozę. Najbardziej cierpi na tym P. Martwi się, że nie potrafi Zosi ukołysać do snu, że Zosia nie chce z nim czytać książeczek, że jak się uderzy, to leci do mnie z płaczem, nie do niego... tłumaczę mu, że nie ma się czym martwić, że to normalne, że ja jestem tym tzw. wiodącym opiekunem naszej córki, i że to wszystko wynika z jej potrzeby gatunkowej, jest wynikiem działania instynktu. Piotrek jest zarąbistym tatą i szkoda mi go, że się tak przejmuje. A że jest też człowiekiem wierzącym w naukę, to podsyłam mu różne artykuły o rozwoju mózgu małego dziecka, i to działa. Kto jak kto, ale on nie powinien dostawać kompleksów na tle bycia dobrym ojcem. Niejednokrotnie mnie przybija, że jest lepszym tatą, niż ja mamą. Ma o wiele więcej cierpliwości do Zosi. Jeszcze nie słyszałam, żeby na nią krzyknął, a mnie się to niestety zdarza. A to nic więcej, jak rozładowywanie własnych emocji... Choć z drugiej strony, czytałam gdzieś, że lepiej jest okazywać emocje dziecku, niż je w sobie dusić. Że najgorsza jest obojętność. Że dziecko musi wiedzieć, jak odnosimy się do jego zachowania, żeby sobie ukształtować odpowiedni wzorzec postępowania. Brzmi sensownie, prawda?
Miałam w podstawówce wychowawczynię, która była taką bryłą obojętności. Ani krzyku, ani uśmiechu, i nikt nie wiedział, co tam ona właściwie czuje. Mistrzyni w opanowywaniu emocji. To już lepszy był inny wychowawca, licealny, za którym też nie przepadałam, ale chociaż było wiadomo, co mu tam w duszy gra. Ale mnie obojętność to raczej nie grozi ;)
Wyszedł mi wpis zupełnie o czymś innym, niż chciałam napisać, ale co tam. Już się napisało. Słyszę, jak kot wylizuje mi talerz po tostach z sosem ketchupowo-majonezowym, chyba muszę iść interweniować. A potem nakarmić moją głodną, rozbudzoną córę. Chcieliśmy dziś wybrać się nad zatokę, wykąpać się, ale Zosia i P. kaszlą od kilku dni i dziś im się nasiliło, poza tym wieje i grozi deszczem, więc chyba z kąpieli nic nie będzie. Ale może chociaż zrobimy sobie spacer.

0 komentarzy (pokaż)
26 lipca, 21:56

Kolejny upalny, duszny dzień za nami. Jak ja nie znoszę upałów, bardziej niż kiedykolwiek w życiu! Od samego rana wszystko mnie boli, kości, stawy, nogi, podbrzusze ciągnie, biuścik się poci, głowa ciężka od niewyspania, bo Zosik miał gorszą noc... a potem tylko gorzej. Spuchły mi dłonie i nogi, palce jak kiełbaski, a łydek od kostek nie mogłam odróżnić. Jakże ja tego nie znoszę!!! W dodatku wody nie było przez pół dnia, bo pękła jakaś rura, i nie mogłam sobie zimnych pryszniców robić. Dobrze, że Zosia miała dziś świetny, pozytywny nastrój, i tym samym poprawiała mi humor. Poza tym miała dzień na czułości, pakowała mi się na kolana i przytulała przy każdej okazji, aż mi się pucha cieszyła od ucha do ucha. Zosia zwykle dość skąpo okazuje uczucia, chyba, że jest zmęczona, dzisiejszy dzień był pod tym względem wyjątkowy i, mimo wszystko, udany, dzięki Zosi.
Kilka dni temu byłam z Grzesiem na kontroli. Miałam drugie ktg, na którym prawie usnęłam, na wizycie dowiedziałam się, że Grześ waży już 2,800, wszystko z nim w porządku, i dostałam receptę na Clexane. Następna wizyta za 2 tygodnie. Zastrzyki jakoś udaje mi się robić samej, nic mi nie sinieje, ale raczej nie będzie to moje ulubione zajęcie na wieczór i nie przyzwyczaję się do tego. W ogóle nie lubię zastrzyków i mam mały, słaby i kwiczący próg bólu, więc przy każdym zastrzyku trochę umieram i zastanawiam się, jak ja, do czorta, przetrwam poród. Znów spać przez to nie mogę, bo zastanawiam się w nocy, jak to będzie. Ale skoro przetrwałam pierwszy, to chyba i drugi raz dam radę. No wyboru za bardzo nie mam. Ale i tak... boję się, jak ja się boję, matko i córko.
Duży się robi nasz Grzesiu! Zaraz przebije Zosię! Może będzie jak jeden z tych pultaśnych maluchów, przy których Zosia wydawała się taka maleńka, jak okruszek. Bo ona jedna na sali miała tylko 3kg w chwili urodzenia, i spadła aż do 2,7. Otaczały ją klopsiki od 3,5kg wzwyż, a przy takich maluszkach widać tą różnicę :) obojętnie, jaki będzie, byle by był zdrowy!
Walizka i torba spakowane i gotowe do wyjazdu. Za dwa dni ciąża donoszona i niech się dzieje, co stać się ma się. Martwię się trochę, jak mój mąż po porodzie, po takim przeżyciu! da sobie tu radę z córeczką i kotami. Za dużo się martwię. Da sobie radę na pewno, i to śpiewająco. A jak kociaki powitają Grzesia? To też mogę przewidzieć. Rudzik po obwąchaniu będzie chciał z nim spać w koszu, a Fruzia utrzyma rozsądny dystans, zapewne do końca życia, a przynajmniej dopóki dzieci nie nauczą się z nią odpowiednio postępować. Chociaż co do tego nie jestem przekonana. Mały Wojtek od mojej siostry ma już 10 lat, jest spokojny i bardzo łagodny, a Fruzia i tak nie dałaby mu się dotknąć. Najmłodsza osoba, którą Fruzia akceptuje, to moja siostrzenica Maja. Maja miała 13 lat, gdy Fruzia z nami zamieszkała, i kotka od początku traktowała ją jak dorosłą osobę. Fruzia ufa tylko dorosłym, a szczególnie kobietom. Piotrek jest wyjątkiem. Pewnie pamięta, że to on wyciągnął ją spod śmietnika, małą, śmierdzącą i zapchloną. Piotrek cieszy się zatem pełnym oddaniem Fruzi.
Podstawą relacji Fruzi i Zosi jest wzajemne ignorowanie się. Zosia jest bardzo mądrą dziewczynką. Kiedy przypadkiem znajdzie się za blisko kotki i zauważy to, sama się od niej odsuwa. A Rudzik zwyczajnie wpycha się jej się w ręce. Jak ma dosyć Zosi pieszczot, niezbyt jeszcze delikatnych, oddala się poza jej zasięg. Generalnie panuje ład, spokój, porządek i harmonia, poza małymi incydentami. Ale przecież nie może być doskonale.
Czas wykorzystać sen Zosi i pójść w jej ślady. Dobranoc!


Wiadomość wyedytowana przez autora 26 lipca, 21:57

0 komentarzy (pokaż)
14 sierpnia, 21:28

Miałam taki jeden idealny dzień na rodzenie - był to dzień, w którym rankiem byłam w salonie fryzjerskim na farbowaniu. Rozpieszczano mnie tam przez półtorej godziny. Cudowne półtorej godziny grzebania w moich włosach i masażu głowy - po prostu uwielbiam!!! Czułam się po tym piękna, pewna siebie, szczęśliwa, silna i w ogóle mogłabym trojaczki urodzić, a potem wrócić z nimi do domu ze szpitala rowerem. Niestety, nie był to dzień Grzesia. Minął bezpowrotnie.
A my wciąż mamy czas do terminu. Cztery dni. Z jednej strony bardzo chcę, żeby już się Grześ urodził, chcę go przytulić i poniuchać jego słodkie mikrostópki, a także odzyskać władzę nad moim ciałem. A z drugiej strony cenię każdą chwilę, którą mogę poświęcić tylko i wyłącznie Zosi. Zosia jest... eh, brak słów! Jest moją dumą, moim szczęściem, jest mądrą, wspaniałą dziewczyną. Coraz bardziej uwielbia książeczki. Po śniadaniu czytamy cały stos. Kilka zeszytów "Kocham czytać" - Zosia oszalała na ich punkcie. Muszą być przeczytane jako pierwsze. Potem seria o Puciu i rewelacyjne książeczki Adama Święckiego, wśród których "Pani Detektyw Sowa" jest zdecydowanym faworytem Zosi. Aż podskakuje, czekając, aż zacznę czytać. To wszystko zajmuje już dobrą godzinę i na poranek wystarczy. Wieczorem musi być powtórka. Cały ten stosik czytamy od nowa, czasem mniej, zwykle więcej do tego, niektóre pozycje po dwa razy. Przed kolacją. Po myciu zwykle była już tylko jedna krótka książeczka, ale widzę, że od jakiegoś czasu przestała ona Zosi wystarczać. To taka krótka obrazkowa historyjka, książeczka do kąpieli, do której wymyślałam tekst.
Dziś weszłyśmy na nowy poziom! Kupiłam kilka nowych książeczek. Trzy niezobowiązujące na różne pory dnia, o zwierzątkach leśnych i domowych, Pucia na dobranoc i absolutnie przesłodkie "Śpij, króliczku". Przed włożeniem Zosi do łóżeczka zaskoczyłam ją, bo usiadłyśmy sobie jeszcze na kanapie i pokazałam jej nowe książeczki. Rany, naprawdę nie spodziewałam się aż takiej reakcji. Obejrzała obie tak dokładnie, tak rzetelnie i z takim zaangażowaniem, każdą stronę, każdy drobiazg na każdej stronie, i to po kilka razy, że te książeczki musiały po prostu poczuć się obejrzane. Dogłębnie. Ależ mnie to wzruszyło... Po książeczkach dostałam takie przytulaski, że rozpłynęłam się jak masełko. I jak opowiedziałam P. o Zosi reakcji na książeczki, też się wzruszył. Wydamy majątek na książki, jeśli będzie trzeba, ale w życiu nie będziemy na książkach oszczędzać.
Jestem z rodziny książkoholików, więc w sumie nie powinno mnie to tak dziwić. Chociaż mnie mniej dziwi, a bardziej zachwyca, że już niespełna półtoraroczne dziecko jest takie wrażliwe na książki. Moje siostrzenice i siostrzeńcy też, co do jednego, toną w książkach. Najstarsza, Maja, jako szesnastolatka, wyrabia sobie naprawdę zacny gust. Drugi w kolejności, Wojti, w październiku dziesięciolatek, nie przychodzi gdziekolwiek w odwiedziny bez książki w plecaku, a łyka te książki w imponującym tempie. Niektóre znam, np. Mikołajki czy książki A. Lindgren, a niektóre są zupełnie mi nieznane i nowe, ale jak czytam fragmenty, to bardzo mi się podobają. Przygodowe, mądre i zabawne. Pozostałe dzieci mają od sześciu lat w dół, i gusty jeszcze niesprecyzowne do końca (no chyba, że mały Piotruś - ROBOTY!!!). Cała przyjemność w odkrywaniu, jaki rodzaj literatury najbardziej przypadnie im do gustu.
Osobiście od lat bardzo młodzieńczych miałam jedno bardzo ważne kryterium dotyczące wyboru życiowego partnera - nie mogłabym dzielić życia z kimś, kto nie lubi książek Pratchetta. I tak jak zaczynałam się z kimś spotykać, a ten ktoś Pratchetta nie znał, to podsuwałam mu którąś z ulubionych moich książek tego autora. A później znajomość była kontynuowana... lub nie. Bo co tu wiele mówić... Pratchett to nie tylko książki. To filozofia życiowa. Nawet jak komuś się podoba, ale w sensie czysto rozrywkowym, no to coś nie gra. Te książki przekazują zbyt wiele, żeby lekko je traktować.
P., ideał mój, rozumie, szanuje i ceni Pratchetta tak jak ja. Jedną serię łyknął nawet szybciej ode mnie, a znów książek aż tak wiele nie czyta, bo zwyczajnie nie starcza mu czasu. No, ale to jest Piotrek, mój wspomniany ideał.
Ciekawe, co będą czytać nasze dzieci. Dziś był taki dzień, że nie zliczę, ile razy czytałam Zosi książeczki. Momentami miałam dosyć, ale czytałam. Będę czytać dzieciom, gdy tylko będą chciały. Niech mnie gęś kopnie, jak się chociaż raz od tego wykręcę.
A największą niespodzianką jest dla mnie ta seria "Kocham czytać". Zosia naprawdę ją uwielbia. I mówi coraz więcej, zaczyna już powtarzać proste sylaby, wyrazy dźwiękonaśladowcze, czasem bezwiednie, po prostu patrząc na obrazki w tych książeczkach. Odkąd codziennie je wałkujemy, Zosi bardzo rozwinął się język. Cieszyńska naprawdę wiedziała, co robi, tworząc tą serię. We wrześniu mamy kontrolę u neurologopedy. Jestem ciekawa, co powie o Zosi.

0 komentarzy (pokaż)
19 sierpnia, 06:58

Ciąża zakończona 18 sierpnia 2021


Wiadomość wyedytowana przez autora 19 sierpnia, 07:00

0 komentarzy (pokaż)
19 sierpnia, 16:56

Grześ urodził się w dzień, który wyznaczonomu mu na termin! Taki pilny! O 5:25, a o 23 odeszły mi wody. Szybko poszło. A poród, jak na poród, był naprawdę fajny. Nie żeby bezbolesny, ale w takich okolicznościach, że będę to naprawdę dobrze wspominać! Piotrek był towarzyszem zasługującym na order, a lekarz po prostu fantastyczny. Chciał puścić naszą playlistę na wszystkie sale, zamiast radia, ale mu się nie udało, więc leciała tylko u nas. Grześ urodził się do piosenki "I love rock and roll", i przyprawił o zawał wszystkich w sali, bowiem miał w okół szyi owiniętą pępowinę. PIĘCIOKROTNIE. Na całe szczęście kompletnie nic mu się nie stało. Taki mały szczęściarz. Ryczeliśmy z Piotrkiem jak bobry. Dostałam Grzesia na klatę, jakie to cudowne uczucie, Zosi mi tak nie dano! Lekarka, która mnie zszywała, poprawiła pewną rzecz, która mi przeszkadzała po szyciu po porodzie Zosi, więc jestem baaaardzo zadowolona. I rozstawaliśmy się z Piotrkiem z lekarzem jak starzy znajomi. Grześ to urodzony ssak. Nie ma żadnych problemów z wędzidełkiem i jest ze wszech miar cudowny.
Jutro mamy jechać do domu. Oby nic się nie zmieniło, bo tęsknię jak nie wiem co za Zosią i P.

0 komentarzy (pokaż)
19 sierpnia, 17:00

A ważył maluszek po urodzeniu 3,200. Nieduży jest, a jak dalej będzie tyle jadł, to będzie pulpecikiem! I ma czarne, czarne włosy! Takie śliczne! I uwaga, obcięłam mu tipsy 😉 sama, dziś rano. Zdążył sobie przeorać powiekę i ma zadrapanie jak Skaza. Wspominałam coś, że jest ze wszech miar cudowny?

0 komentarzy (pokaż)
UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do BellyBestFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)