BellyBestFriend
Dodaj do ulubionych

Pamietniki / Tytuł: Ciąża, czyli zbiór wszystkich możliwych emocji

Autor: Mama-Ali
6 listopada 2017, 07:31

Nastaje ciążowy czas, kiedy jestem w większości zła. Targają mną różne emocje. Z tego, co obserwuje to mieszanka: nerwów, zniecierpliwienia, stagnacji, zmęczenia, niepokoju, niemocy, niewygody. I chyba jeszcze wielu innych. Ponieważ jak łatwo dostrzec wszystkie te emocje są raczej negatywne, jestem jak kłębek nerwów.

Najlepsze jest to, że jeszcze 3 dni temu byłam zadowolona z tej codziennosci, ba, nawet pisałam o tym żeby to doceniać ;), a teraz za przeproszeniem rzygać mi się chce na kolejny, taki sam dzień.
Remont opóźnia się o kolejne trzy dni. Niby w czwartek na 99,9% zaczynamy. Zobaczymy. Niestety wiaże się to z tym, że przez dwa tygodnie mam obcego faceta na chacie. No ale nic, przeżyje, może uda sie trochę wcześniej skończyć?

Wszyscy działają mi na nerwy. Wszystkim. Różnymi drobiazgami i nie tylko. A jak w realu mnie nie denerwują, to mi się śni że się z nimi kłócę. No i tak.

Ciążowe dolegliwości: nie jest ich za dużo. Są chyba typowe dla tego etapu. Brzuch przeszkadza w czasie spania, pęcherz wypełnia się po łyku wody, ale nawet jak nie pije to nic to nie daje bo i tak sikam jak głupia, brzuch czasem trochę ciągnie, dziecię skopuje dolne partie nie omijając bolesnych miejsc, takich jak jajniki czy własnie pęcherz, czasem pojawiają się jeszcze lekkie mdłosci.

Dziś sporo rzeczy do załatwienia, do tego wycieczka na pocztę...ach jak ja to kocham! Wielka koleja ludzi i jeszcze mi się nie zdarzyło że ktoś na poczcie mnie przepuścił. Ale do odebrania jest 6 przesyłek, wiec nie mogę odkładać tego w nieskończoność.

Może też jakąś meliskę sobie kupię...


Edit- nie było tak źle. Co prawda musiałam sterczeć przy poczcie 10 minut bo za wcześnie pojechałam, ale dzieki temu byłam 1 w kolejce i migusiem odebrałam paczki :)

Na zakupach w biedrze kolejka na ok 10 osób, a Pani ekspedientka woła mnie głośno że mam przejść na początek kolejki :D. Nikt nawet nie pisnął. A Pani stojąca za mną jeszcze torbę mi trzymała żeby było wygodnie pakować. No. I takich parę drobiazgów a dzień już jest lepszy.


Wiadomość wyedytowana przez autora 6 listopada 2017, 10:50

0 komentarzy (pokaż)
10 listopada 2017, 10:35

Remont w pełni. Trwa dwa dni, a ja nie mogę się doczekać aż się skończy :D. A tu jeszcze minimum 1,5 tygodnia! No ale potem mężu i mój tata biorą się do roboty i obiecano mi, że 26.11 pokój dla małego będzie skończony :). Pozostanie poprasowanie rzeczy i finito.

Wczorajsza wizyta taka-se. Tzn mały uparciuch wciąż sie nie przekręcił, choć dałabym głowę, że przez jakiś czas był już ułożony jak trzeba, bo czkawka była odczuwalna bardzo nisko. No ale oprócz tego kawał chłopa już bo ma 2100g. Ładnie rośnie, jedyne co mnie zaniepokoiło to jakieś szmery przy badaniu dopplerowskim, ale lekarka tłumaczyła że to prawdopodobnie przez czkawkę. Nie przejęła się tym za bardzo a uważam ją za dobrego fachowca, więc staram się też nie panikować.
Oprócz tego wszystko pomiary super, ale ponieważ szyjka ma niecałe 3cm to będziemy wizytować już co dwa tygodnie.

Także kolejne dwa tygodnie do odliczania, ale jak już nastanie ten czwartek 23.11 to będzie dobrze...remont będzie się konczył, a ja bede sie szykowała do urządzania pokoju.

Tak więc oby do 23!

Oprócz tego nie mam kompletnie siły. Na nic. W domu rozpierdol, nic się robić nie chce bo i tak nie widać. W nocy wstaje co chwile, wiec w dzien jestem padnięta, z racji remontu spać nie mogę, a wieczorem o 19 jestem już w łóżku. Wyliczam sobie że przy dobrych wiatrach będę miała może z tydzień luzu i relaksu. Bo w połowie grudnia jeśli mały jeszcze nie wyjdzie to i tak będzie nerwówka. Ech. Z jednej strony już bym chciała żeby byl z nami, z drugiej, jak to będzie?

0 komentarzy (pokaż)
14 listopada 2017, 07:21

Kolejne dni mijają dość spokojnie.
Remont trwa. Wczorajszy dzień spędziłam w mieszkaniu teściów, zrobiłam sobie pranie, odpoczęłam, wróciłam akurat na tyle wcześnie, żeby przygotować się na wizytę i śmignęłam znów.

Efekty pracy powoli są widoczne- kafle na ścianie, dziś sufit, potem reszta. Ale syfu co nie miara...a do tego młoda mi pokasłuje i jakby chciała się rozchorować. Nic gorszego. Choroba w środku remontu. Jeszcze przed jego rozpoczęciem mówiłam że byłoby najgorsze co może się stać. Póki co walczę. Od wczoraj podaje cały arsenał leków żeby się nie rozłożyła. Inhaluje, oklepuje itd. Zobaczymy czy uda nam się przechytrzyć chorobę.

Z frontu ciążowego- szyjka niezmiennie niecałe 3cm, przepływy ok, wszystko dobrze. Kolejna wizyta na nfz 11.12- ciekawe czy dotrwam :D. Szczerze, to już naprawdę mam dosyć. Jest mi cięzko, niewygodnie. Młody wali gdzie popadnie. Cieszę sie, bo nie musze się martwić o ruchy, on rusza się ciągle. Non stop. Żeby jeszcze tak chciał się poruszyć tak, żeby się przekręcił...34 tc a on ciągle dupką w dół. Jakby na następnej wizycie okazało się że jest jak trzeba, to będę mogła odetchnąć z ulgą. Poki co, wizja porodu pośladkowego albo cesarki spędza mi sen z powiek. Spróbuje jakiś sposobów z gimnastyki, nie wiem, może to coś da...

0 komentarzy (pokaż)
25 listopada 2017, 13:51

Planowanie remontu miesiąc przed porodem to naprawdę nie jest za dobry pomysł. Zresztą, planowanie go kiedykolwiek, jeśli mieszka się w tym syfie jest złym pomysłem. Ale to nauczka na przyszłość. Sytuacja była i tak komfortowa, bo miałam gdzie pojechać, wykąpać się, zrobić pranie czy po prostu odpocząć. A;e późne popołudnia i wieczory znów w kurzu.
Ale- dziś remont się kończy, a ja próbuje znaleźć jakieś plusy tej sytuacji. A wiec , z takim brzuchem to ja już wiele nie pomogę. Więc spakowałam siebie i córę i siedzimy na mieszkaniu u teściów. Odpoczywamy i oglądamy tv. Wieczorem mamy zjechać do domu, jak już większość będzie zrobiona ;). Wszystko ogarnia trzech panów: mój mąż, tata i majster :). Pokój małego dzis już też powinien być gotowy, tzn meble przeniesione, szafa przytargana, no i zlikwidowany kurz. Także jutro powinien być już lepszy dzień, a poniedziałek w ogóle szykuje sie już fajny,będę mogła poukładac sobie wszystko, będę sama w domu i będzie luz.

Z frontu ciążowego. Wizyta czwartkowa super, młody zdrowy, ciągle niestety tyłkiem w dół, ale ciagle liczę że się obróci. Waży 2500 kg, czyli waga zbliżona do wagi urodzeniowej Ali :). W końcu udało się też go sfotografować i mam piękne trzy zdjęcia :)


Kolejna wizyta za dwa tygodnie, wtedy tez już ktg i chyba powolne szykowanie sie do godziny 0.
Ja szczerze mówiac ciągle liczę, że młody po 14.12 wyskoczy. Mam wrażenie ze w brzuchu ma już niewiele miejsca, wypycha się na wszystkie strony, wypina. Ech, jak juz wszystko będzie gotowe to chyba zaczne jakies wieksze porządki żeby wszystko trochę przyspieszyć ;), oczywiście nie za bardzo, wszystko w granicach rozsądku.


Wiadomość wyedytowana przez autora 25 listopada 2017, 13:56

1 komentarz (pokaż)
27 listopada 2017, 07:23

To było ciężkie 2,5 tygodnia. Dopiero teraz zdaje sobie sprawę z tego jak jestem zmęczona.
Dziś mogę nareszcie napić się spokojnie herbaty, zjeść śniadanie nie w biegu a w łóżku, pojechać na luzie na zakupy.
Oczywiście całość nie przypomina jeszcze idealnego miejsca, ale myślę że do konca tygodnia całe mieszkanie będzie już wysprzątane. Oczywiście jeśli mój mąż będzie co wieczór swój czas poświecał na kończenie jakiś drobiazgów.

Mąż mówi że ciągle na niego furczę. A ja furczę bo się denerwuję. Bo chcę mieć już wszystko zapięte na ostatni guzik. A on podobno nie jest cyborgiem. Także dla dobra nas obojga mam nadzieję że ten tydzien faktycznie przyniesie porządek w domu i finalne przygotowanie pokoju.

Do do pokoi to i ten Ali i ten synka są właściwie gotowe. Pozostawały naprawdę drobiazgi. Dziś przywozimy rzeczy małego od teściów, bedę mogła sobie poukładać w komodzie. Pozostanie rozpakowanie materaca, pościel, poukładanie kosmetyków na przewijaku itd. A więc znow czekam na koniec tygodnia. Chyba po prostu musze się pogodzić z tym, że najbliższe tygodnie to będzie własnie czekanie.

1 komentarz (pokaż)
30 listopada 2017, 07:21

Zaczynamy 9 miesiąc! To już nie ma żartów. Młody może wyskoczyć w każdej chwili, chociaż chciałabym żeby poczekał do połowy grudnia. Ale jak to jest z takimi maluchami, chcieć, to ja sobie mogę ;)

Rozsypała się pierwsza mamuśka która miała rodzić w styczniu i też to spowodowało że czas jeszcze przyspieszył. Na szczęście już naprawdę wszystko jest gotowe. Mąż przywiózł wczoraj ubranka małego, więc dziś będzie układanie w komodzie i szafie. Ostatni szlif i koniec. Czekamy. W międzyczasie oczywiście będą robione inne rzeczy, ale takie stricte synkowe już przygotowane. Wczoraj koleżanka przywiozła mi kombinezon, więc o to też nie muszę się już martwić. Torba na wyjście ze szpitala zapakowana i czeka :)
Tak naprawdę do szczęścia brakuje mi tylko informacji ze mały się obrócił i leży główką w dół. Póki co, czuję go w tym samym miejscu. Także pozycja na 90% taka sama.

Ależ to będzie grudzień...pełen napięcia :)

0 komentarzy (pokaż)
3 grudnia 2017, 11:10

Fatalny poranek. Ból brzucha i myśl że to już TO.

I jestem przerażona szczerze mówiac. Bo gbs jeszcze nie odebrany, bo młody jeszcze nie fiknąl, bo to za wcześnie...
Na razie łyknęłam dwie nospy i oby był to fałszywy alarm, obym nie musiała iść do szpitala i nie daj Boże tam zostać...:/

Jeszcze 10 dni do ciąży donoszonej.

1 komentarz (pokaż)
6 grudnia 2017, 08:53

Koncówka ciąży mnie nie oszczędza...
Noce nieprzespane. Młody szaleje, Ala nie śpi, a jak śpi, to kosztem mojego snu.
Już nie mam siły nawet narzekać...

Do tego, dziś z nudów w nocy, wczuwałam się w ruchy małęgo i wychodzi na to że chyba jest w tej samej pozycji co był. Czyli dupa w dole. No nic. Postanowiliśmy ze nie będziemy ryzykować porodu naturalnego w tej sytuacji i załatwiamy cesarkę. Boje się przeogromnie, ale nie ma wyjścia.

A to mała dokumentacja. 3 tygodnie do terminu :)

https://naforum.zapodaj.net/thumbs/1ffdc8ed3998.jpg

Dziś ma przyjść finalne zamówienie z Gemini. Czekam jeszcze na lampę i tyle :). Jestem ready!!!!

4 komentarze (pokaż)
8 grudnia 2017, 12:21

Jest byle jak, choć cisną mi się bardziej dosadne słowa na usta.

Młody wciaż tylkiem na dole. 37tc, wiec marne szanse że sie obróci. To już 3kg klocek. Zaproponowano mi obrót zewnętrzny, nie wiem, czuję jakis mega nacisk że mam rodzic naturalnie skoro 1 ciąża tak sie zakonczyła. Ja cholernie boje się cc, ale nie chce żeby lekarz ugniatał mi dziecko. A i to nie gwarantuje sukcesu. Daty cesarki też mi nie ustalą, bo jakby co, będziemy działać jak sie akcja rozpocznie. Od wczoraj mam migrenę z tego wszystkiego. Boje się że akcja potoczy się szybciej niż z Alą i coś się wykrzaczy, że będzie coś nie tak.

Jakby tego było malo, Ala ma zapalenie oskrzeli i siedzi ze mną w domu. A ja z tych nerwów w ogóle nie mam do niej cierpliwosci. Właściwie do niczego i nikogo nie mam. Jestem zła nawet na swój brzuch i nienarodzone dziecko. Mam dosyć ciąży i wszystkiego co z nią związane.

Także dziś jest taki dzień, w którym czuję ze podwójne macierzyństwo mnie przerosło, nawet sie jeszcze nie zaczynając...


Wiadomość wyedytowana przez autora 8 grudnia 2017, 12:22

1 komentarz (pokaż)
12 grudnia 2017, 11:27

Wykończę się. Ja wiem ze końcówka itd, że zaraz będzie po wszystkim i w ogóle.
W sobote i niedziele cały dzien spedziłam w łazience z biegunką...zdychałam. Jakby tego było mało mężu też sie rozłożył. Tylko Ala, mimo że chora, funkcjonuje super i nie widać po niej choroby.
Mam nadzieje że jutro na kontroli wszystko będzie ok i w czwartek pójdzie do przedszkola bo już nie daje rady.
W nocy pobudka koło 3, wczesniej godzina sprzątania bo młoda zarzygała nam łóżko...no po prostu bajka. Potem meżu zaczął tak kaszleć ze godzina snu znów w dupę.

Rano od 6 już była pobudka bo Ala się wyspała. W końcu udało mi sie ja zająć bajką i koło 10 zasnęłam. Nie na dlugo. Kurier mnie obudził. I to nie do mnie, do sąsiadów...nosz kurwa. Nie wiem jak sie odciać od tego wszystkiego!

Wczorajsza wizyta trochę mnie uspokoiła, dostałam skierowanie na cc, a jutro mam wizyte w szpitalu zeby ustalić co i jak. Nie wiem czy będą próbowali z tym obrotem zewnętrznym, bo mam rozwarcie na opuszek. Obawiam się ze jak zaczna mi go gnieść, to sie wkurzy i będzie chciał wyjść natychmiast. Ale może nie byłoby to takie złe.

Ach, jeszcze ze wspaniałych wieści, dostałam jakis plam, wysypki na plecach i pod cyckiem, z jednej strony, do tego mocny ból, boję sie czy przypadkiem to nie półpasiec. Jutro musze to skonsultować. No ale jeśli to byłoby to, to byłby chyba komplet nieszczęść.

Mam nadzieję ze nowy rok mi wszystko wynagrodzi.

0 komentarzy (pokaż)
14 grudnia 2017, 21:46

Czasem kiedy wydaje się ze to już dno, człowiek odkrywa że pod tym dnem jest jeszcze gruba warstwa mułu i dopiero tam sie leży.

Ja naprawdę staram się zachować spokój ducha i optymizm na co dzień. No ale ileż można??????
Wczoraj byłam na wizycie w szpitalu, lekarka sprawdziła położenie dziecka i decyzja ze obrotu zewnętrznego nie będzie, bo łozysko na przodzie. Moje zaświadczenie ze ma być cesarka tez podobno mogę sobie wsadzić. Nie wiem co będzie dalej.

Ale niespodzianek część dalsza. Jak już pisałam, przeszłam biegunkę, potem zaczeły mnie mocno boleć plecy. Nastepnie pojawiła się wysypka a z wtorku na środe nie spałam w nocy z bólu i doszła wysypka z przodu. Wiedziałam ze dzieje się cos niedobrego, wiec skonsultowałam w szpitalu. Lekarka powiedziała ze wyglada jej to na półpaśca i odesłała do szpitala zakaźnego. Tam lekarz tylko zerknął i od razu diagnoza- książkowy półpasiec.
Dziś noc znów nie przespana. Ból jest przeokropny, leki nie działają. Z przeszywającego bólu nerwów zmienił się na ból całej wysypki. Nie wiem który lepszy...

Póki co czekam na informacje czy w szpitalu w którym chce rodzić będzie jednak można załatwić cc, jeśli nie, czekam na kontakt do ordynatora innego szpitala i postaram się umówić na termin.

Jestem zła, zniechęcona tym wszystkim. Nie mam siły nawet płakać bo co to da...? Dodatkowo zestresowana i zażenowana podejściem lekarzy do rodzących.
Jak dobrze ze to moja ostatnia ciąża. Nigdy więcej.

1 komentarz (pokaż)
20 grudnia 2017, 06:35

Pojawił się i on. Śluz z krwią. Najpierw kolo 1 bardzo delikatnie, teraz wraz z bólem brzucha toche więcej. Póki co żadnych skurczy ani wód. Czekamy! Jade szybko zrobić ostatnie badania, wszystko przygotowane, właściwie to dzis mogę rodzić!
No chyba że to czop tak nieśmiało wylatuje, a jak wiadomo może się to ciągnąć i ciągnąc. Zobaczymy.
Emocje jakie mi towarzyszą w tej chwili to strach, ekscytacja, ulga ze moze to już i nie wiem co jeszcze, chyba cała inna gama której nie potrafie nazwać...
Z Alą było prościej ;), wody chlusneły, wiedziałam ze muszę jechać i tyle ;).
A Wojtuś widać ma swój własny plan nękania matki od pierwszych godzin :)

1 komentarz (pokaż)
21 grudnia 2017, 07:17

Nic się jeszcze nie zadziało.
Dziś szpital na 12 i wtedy decyzja co dalej. Do tego miałam nadzieję ze ból półpaścowy odpuszcza a on odpuszcza w dzień żeby przypierniczyć w nocy. Oby minął wkrótce, bo przecież dojdzie ból po cc...
Jestem strasznie ciekawa tej dzisiejszej wizyty, bo może ona oznaczać ze już wkrótce zobaczę synka. No i będę mogła wziąć jakieś proszki przeciwbólowe na te cholerne bóle. Chyba że miną razem z porodem.
Nie ma co, końcówka jest ciężka. Nie tego się spodziewałam. Ale to już naprawdę sam koniec, wiec muszę zacisnąć zęby. Dobrze że chociaż żadnych dolegliwości ciążowych nie mam.
Mam nadzieję ze cesarkę też dobrze przezyję, bo opinie są bardzo różne.


Edit- sytuacja zrobiła sie klarowna. 28.12 mam cc. 27.12 mam się zgłosić do szpitala. A jakby wcześniej coś sie zadziało to oczywiście telefon do ordynatora i jazda. Póki co jestem spokojna. Jeszcze przede mna wizyta u mojej lekarki dzisiaj. Sprawdzimy jak sie sprawy mają.


Wiadomość wyedytowana przez autora 21 grudnia 2017, 13:26

1 komentarz (pokaż)
23 grudnia 2017, 18:43

22.12 o 9.05 przyszedł na swiat Wojtus :). Jak na charakternego chłopaka przystało nie chciał czekać do wyznaczonej daty cc :).


Wiadomość wyedytowana przez autora 23 grudnia 2017, 18:46

5 komentarzy (pokaż)
27 grudnia 2017, 11:51

Kolejna noc za nami. I chyba pierwszy raz w miarę się wyspałam, chociaż starsza córa znów spała z nami.
Wojtuś to okaz spokoju póki co. Jest z nami teściowa i to też powód mojego spokoju i mozliwości odpoczynku. Wstaje do małego w nocy, zajmuje sie starszakiem w dzień. Jutro już na szczęście Ala idzie do przedszkola.
A ja jestem w ferworze załatwiania spraw urzedowych i nie tylko. Pediatra, położna środowiskowa, usc i rejestracja dziecka itd.
Ja dziś zaliczam wizyte u swojego ginekologa i zobaczymy co ze szwem.
Już bym chciała mieć wszystko pozałatwianie. Bo męczą mnie niepozałatwiane sprawy formalne ;)
No i mam nadzieję ze do końca tygodnia jakos sie ogarnę. Niestety miejsce po cieciu jeszcze boli. Biore prochy ale mam nadzieje ze to juz niedługo.
No i powoli chyba będziemy kończyć przygodę z pamiętnikiem na belly :). Swoją rolę spełnił. Teraz będzie czekał na wydrukowanie i przekazanie małemu ;)

1 komentarz (pokaż)
1 stycznia 2018, 12:33

Czas na ostatni wpis i podsumowanie porodu.

A więc w czwartek miałam wizytę u mojej lekarki. Według niej, wszystko ładnie zamknięte, zero rozwarcia, mamy czas. Nawet za bardzo mi szyjki nie macała zeby jej nie naruszyć ;). Skurczy na ktg brak, ale zapis idealny. Pozostałe parametry też super.

Po tej wizycie bylam przekonana ze ciąże donoszę do Nowego Roku. Że dzieć urodzi się według termin OM, czyli po 2.01. Na spokojnie odesłałam tatę do domu bo przecież nic nie miało się dziać.

Niestety wciąż doskwierał mi ból półpaścowy, wiec poszłam spać dopiero koło 3. Spałam dobrze, do czasu. O 4.30 obudził mnie skurcz. Pomyślałam ze to pewnie jakiś przepowiadający albo coś takiego, ale za 10 minut pojawił się kolejny. Nie za mocny, ale był. Zaczełam się stresować. Spociły mi się dłonie, stopy, zaczęłam się telepać, chyba z nerwów. Skurcze cały czas były, a ja już tylko myslałam zeby dotrwac do 6 rano, zebyśmy zdażyli odiweźć Alę do przedszkola zanim wyjedziemy.

Po 5 wstałam zrobić sobie herbate, przez nastepne pół h skurcze były ale nie za mocne, choć częste. O 6 wstał mój mąż Myślał ze męczę się z plecami, ale zakomunikowałam mu ze mam skurcze, widać ze był równie zaskoczony jak ja ;), nawet powiedział zebym go nie załamywała. No bo przeciez cc ustalone na 28.12 ;)
Potem już skurcze przybrały na sile. Na tyle ze nie szłam sie już kapac, i musiałam przysiadać jak sie pojawiały. Wzięłam wczesniej nospy i paracetamol ale niestety nic to nie dało.

No więc koło 6.30 mężu zawiózł Ale do przedszkola, powiedział Paniom jaka sytuacja, podobno wszyscy byli podekscytowani ;)
Wrócił po mnie a u mnie juz był mocny ból. Mocny, ale do przeżycia. Jednak zupełnie inny i nocniejszy niż z Alą.

Szybki telefon do ordynatora ze jedziemy, info ze on czeka.
Na parkingu pod szpitalem musiałam sie zatrzymywać bo ból nie pozwalał iść.
Najgorsza w tym wszystkim była cała papierologia...gadki między skurczami...cudowne. Najpiew położne mnie ogladały, potem jeden lekarz, potem odesłali na porodówke. Szłam sama, bez wózka a każdy był pełen podziwu, że przy rozwarciu 8cm jeszcze sama chodzę ;).
Za chwile przyszedł lekarz i powiedział ze ze wzgledu na szacowana wage dziecka i położenie pośladkowe robimy cc.
Pierwsza ulga to jak mnie znieczulili na sali operacyjnej. Samo cc było szybkie, 2 minuty i Wojtuś już był. Potem jakies oczyszczanie, okazało się, ze dali mi za małą dawke znieczulenia i zaczeło mnie boleć. Potem dostałam głupiego jasia i juz wszystko było piekne, a ja mega senna.

Szybko przewieźli mnie na sale po cc, od razu dali dziecko. Po godzinie przywieźli kompanke, miała cc godzine po mnie ;)

No i kolejne dni to już ciężka sprawa. Ból po cc był nie do porównania z tym po sn. Totalne uzależnienie od położnych w pierwszej dobie. Generalnie nie wspominam tego dobrze i cieszę się, ze to sie stało przy drugiej, ostatniej mojej ciąży.

Ale finał jest szczęśliwy- mamy Wojtka. Sama słodycz. Niestety przez to ze mało go przystawiałam ze wzgledu na półpaśca ( zainfekowana jedna pierś), szybko przeszliśmy na butle. Plus tego jest taki, ze mamy zmiany nocne z mężem. Każde z nas wstaje po 1 raz w nocy, choć synek to zdecydowany nocny marek :). Druga noc nie daje nam spać od 3 do 6. A dziś właściwie od 2 do 5. Ale na szczęście moge odespać w ciagu dnia.

Póki co, uczymy się siebie i pewnie jeszcze troche czasu nam to zajmie. Ale już nie mogę doczekać się kolejnych etapów :)

I życzę każdej z Was, aby wszelkie niewygody porodu były wynagrodzone przez tego małego człowieka, który wywraca nasz świat do góry nogami :)

Powodzenia!!!

3 komentarze (pokaż)
23 czerwca, 11:34

Ciąża zakończoan 22.12.2017 :)


Wiadomość wyedytowana przez autora 25 czerwca, 08:06

0 komentarzy (pokaż)
2 sierpnia, 12:56

Czas pędzi jak szalony, a ja poczułam chęć naskrobania kilku słów po tej jakże długiej przerwie.
Generalnie plan był taki że ostatni post był ostatnim postem.
Ale jak widać coś się zmieniło.

Czytam historie dziewczyn, które mając wymarzone, wymodlone, wyczekane dziecko piszą, jak jest im źle, jak okropnie, że nie dają rady itd, itd.
Starając się o pierwsze dziecko, czytając takie historie myślałam- what the fuck???? Przecież jest: ciąża, upragnione dziecko, jak można nie czuć się szczęśliwym w takiej sytuacji?
Po urodzeniu pierwszego dziecka myślałam- ok, zdarzają się trudne momenty, no ale przecież to jest to wyczekane dziecko, przecież to nie jest takie trudne jakoś nad tym zapanować.
Po urodzeniu drugiego dziecka mój tok myślenia zmienił się całkowicie- czytałam te historie i mówiłam sama do siebie- Boże, jak ja Cię rozumiem...też mam ochotę wyjść z domu i nie wracać przez tydzień.

Drugie dziecko okazało się wymagające i jęczące. Ciągle zabiegające o uwagę. No takie klasyczne high need baby.
Pierwsze tygodnie były dla mnie horrorem. Po cesarce, która była dla mnie największa karą, czułam się jak ubezwłasnowolniona. Nic nie mogłam sama zrobić. Drażnił mnie płacz noworodka. Ba, mogę nawet napisać że myślałam sobie- nie lubię tego dziecka...on ciągle się drze, mam dość. dajcie mi spokój, chcę po prostu odpocząć.
Nie miałam szans odpocząć przed porodem, po porodzie oprócz noworodka była tez 3 latka która bardzo mnie potrzebowała, bo zawsze była mamina. Ale jak swoje 3 latka z hakiem, wykazała się ogromnym zrozumieniem, dojrzałością- jeśli można w ogóle o niej pisać w kontekście tak małego dziecka.
No własnie. Ala mnie wypaczyła. Widziałam obraz przyszłego podwójnego macierzyństwa oczami matki, która ma idealnie grzeczna, kochaną córeczkę. Ala była bezproblemowa. Ciągle rozchichrana, niewiele płakała.
A potem przyszło zderzenie z rzeczywistością.
Odliczałam kolejne tygodnie, miesiące. 3 miesiące, potem pół roku, po roku już powinno być dobrze.
I moje życie ograniczało się do czekania. Często wręcz uciekałam z domu. To na kurs, to na zajęcia ruchowe, zakupy spożywcze. Cokolwiek. Pierwsze wyjścia łączyły się z poczuciem winy że nie kocham własnego dziecka, bo uciekam od niego. Kolejne, dawały mi gwarancję tego, że dobrze robię. Że oczyszczę głowę, przez tą godzinę, dwie, trzy. Wrócę i będzie lepiej.
Generalnie do 1,5 roku życia synka to była ruletka- czy noc będzie przespana, czy będzie krzyk trwający kilka h, czy będzie kolejna infekcja i strach.
Magiczne 1,5 roku minęło. Nie jest lekko. Choć dużo łatwiej. Patrzę na dziewczyny z brzuchami, z noworodkami i w głowie pojawia się myśl, o którą nigdy wcześniej się nie podejrzewałam. Współczuję. Serdecznie Wam współczuję. Bo zaraz będziecie przechodzić ciężkie chwile.
Moi znajomi coraz częściej decydują się na 3 dziecko, a ja wręcz sztywnieje, gdy zdaje sobie sprawę, ze własnie mam owulację.

Nigdy nie sądziłam, że to będzie takie ciężkie. Przecież w życiu wszystko świetnie organizuje, jestem mega poukładana. Jak to się dzieje, że nie daję rady zapanować na dwójką małych dzieci?
I dopiero od niedawna zupełnie zmieniła się moja taktyka. Nie ma pewników. Żyjemy próbując jak najlepiej wychować dzieci trochę eksperymentując. To, co sprawdzało się przy 1 dziecku, absolutnie nie działa na kolejne.
Mimo wszystko, wkraczamy w kolejny etap. Wojtuś zaczyna się komunikować, jest coraz większy, łatwiej z nim żyć. Łatwiej go kochać.

Chylę czoła przed wszystkimi matkami, które same wychowują dzieci. Dziewczyny, medale i codzienny wystrzał confetti nad Waszymi głowami Wam się należy.
Ja nie wiem, jak dałabym radę bez wsparcia męża, rodziców. Podobno potrzeba matką wynalazku i takie tam, że człowiek jest w stanie znieść tyle, ile musi. Gówno prawda. Bo wiem, jak łatwo przychodzi załamanie. Jak łatwo zniechęcić się do własnego dziecka.

Nie wstydzę się tych emocji które miałam. I napisałam to chyba tylko po to, żeby podnieść na duchu choć jedną matkę, która była na tym etapie, na którym byłam ja. Pojedyncze chwile szczęścia przeplatały się z dużo dłuższymi momentami zwątpienia i załamania. Teraz proporcje się odwróciły. Wracam do domu i już idąc po klatce słyszę jak synek woła "mama, mamaaaaaa". Wchodzę do domu a oni biegną do mnie i każde łapie za jedną nogę tak, jakbyśmy się z tydzień nie widzieli.
Było ciężko. Zajebiście ciężko.

Czy wiedząc co mnie czeka zdecydowałabym się na kolejne dziecko. Oczywiście. Choć nieraz w nerwach mówiłam co innego. Może tylko inaczej poukładała bym sobie to w głowie. Nie liczyłabym że moje życie będzie lukrowo-cukierkowe z odrobina czekolady.

Dużo siły dziewczyny, wszystkie jesteście the best. Bez względu na to, czy jesteście non stop przy swoim dziecku, czy potrzebujecie ucieczki, czy czasem krzykniecie, czy powiecie coś, za co za chwilę gryzą Was wyrzuty sumienia. I nie udawajcie super bohaterek, którym nie wolno zapłakać, przekląć, czy wprost powiedzieć że ma się dość. Wyrzucenie z siebie negatywnych emocji to najlepsze, co możecie zrobić. A to, że jakaś ciotka, wujek, babcia, czy nawet bliższe Wam osoby będą na Was dziwnie spoglądały...? No cóż. Może przez to ile mam lat i ile przeżyłam, mogę śmiało stwierdzić- dynda mi to. Czy uznają że jestem dobrą czy złą matką. Bo tylko ja wiem jak jest naprawdę. Bo to ja wychowuję moje dzieci. To był mój wybór i wiem, że to mój obowiązek. I wiem, że robię to najlepiej jak umiem. I że moje dzieci wiedzą że je kocham i że są dla mnie najważniejsze.

A na zakończenie rozmowa samochodowa z moją córeczką (wracałyśmy z przedszkola, bo złapała jelitówke i wymiotowała)

- Mama, a skąd Ty po mnie przyjechałaś?
- Z pracy. Wyszłam z pracy żeby po Ciebie przyjechać, bo Panie powiedziały, że źle się czujesz.
- Mama, a co jest ważniejsze: żeby mnie odebrać z przedszkola jak wymiotuję czy żeby jechać do pracy
- Ty jesteś najważniejsza. Zawsze. Nigdy nic nie będzie ważniejsze.

Za chwile spojrzałam w lusterko a ona spokojnie zasnęła. Spokojna i szczęśliwa jak sądzę. Chyba jednak robię coś dobrze, choć wiele razy mam wątpliwości ;)

1 komentarz (pokaż)
UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do BellyBestFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)