BellyBestFriend
Dodaj do ulubionych

Pamietniki / Tytuł: Michał, Zosia i Tobiasz ❤ Karmarkowe zmagania ❤

Autor: karmar
12 października 2015, 11:29

Powiem tak: O,MASAKRA!!!! Młody nie zdecydował się na ewakuację wczoraj - na szczęście,bo miasto było totalnie zablokowane. Stres związany z tym,że nie mogę dojechać do szpitala jest mi totalnie zbędny... Natomiast moje samopoczucie od wczoraj jest bardzo wątpliwe. Po pierwsze, Michał urządził sobie taką imprezę w brzuchu wczoraj wieczorem,że już nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić,bo miałam wrażenie,że moja osoba i moje ciało mu przeszkadzają i go ograniczają. Walił mnie po bebechach równo, ciągle podskakiwałam. Adrian na początku się ze mnie śmiał,ale po jakimś czasie próbował to nasze dziecię uspokoić, kładąc mi rękę na brzuchu. Podziałało połowicznie - Michaś po prostu przeniósł się na drugą stronę... Wiercił się, kręcił i kopał nieprzeciętnie, aż się trochę zmartwiłam. Ale też nie było to aż tak drastyczne,żeby pomknąć na IP. Po drugie, nie wiem, czy to Michał, czy samo mi się tak zrobiło, ale od wczoraj bolą mnie wnętrzności. Mam tak niesamowity ucisk na odbyt i miednicę, że aż ciężko mi to wyjaśnić. Przez to czuję się nie tylko mało komfortowo, ale wręcz mnie to boli. Powiedziałabym,że bolą mnie jelita - ale to chyba niemożliwe...(?) Do tego dostałam wczoraj skurczy, bóli miesiączkowych i bóli krzyżowych - CAŁY PAKIET NA RAZ! Skurcze, bóle, ucisk na miednicę, parcie na pęcherz - zastanawiałam się,jak mam wyjść z mojego ciała,żeby trochę odpocząć. Oczywiście, przyszła mi też myśl,że rodzę, bo w tej sytuacji kto by tak nie pomyślał???? Ba! Nawet mój Mąż zaczął się zastanawiać i jak mnie poobserwował,to rzucił się do internetu i zaczął sprawdzać objawy rozpoczynającego się porodu. I co? I NIC!! Poród się nie zaczął, szybko dało się to zweryfikować,a to cudowne samopoczucie z uciskiem miednicy na czele zostało mi na całą noc. Dosłownie spałam, śniłam i czułam skurcze przez sen... A rano obudziłam się obolała. Ucisk na miednicę i odbyt ma konkretny efekt, bo toaletę odwiedziłam dzisiaj już 3 razy... Jestem zmęczona fizycznie i mam dość tego stanu. Bardzo chciałabym,żeby się już w końcu zaczęło i skończyło (z naciskiem na SKOŃCZYŁO...).
Mój Mężulo kochany ma jutro urodzinki. Nie będę piekła mu torta, bo wiem,że dużo bardziej ucieszy się z chruścików :D Więc zaraz idę na zakupy i mam nadzieję,że uda mi się je dzisiaj zrobić :) I nie mam na myśli,że boję się,że nie zdążę,bo będę musiała jechać na porodówkę...boję się,że poczuję się na tyle źle,że nie będę w stanie ich zrobić tak po prostu... A chruścików zawsze robię dużo, bo z potrójnej porcji ;) Część Adrian weźmie jutro do pracy razem z ciastem, które mu później upiekę :) Prostym ciastem - lista składników,które trzeba wrzucić do miski i zmiksować razem,a jak się upiecze, przełożyć powidłami i tyle. Na nic bardziej skomplikowanego nie jestem w stanie się zdobyć :/

Dobra, idę zanim znowu poczuję się gorzej...

EDIT:

A! Na bardziej pozytywną nutę, obrobiłam parę zdjęć z naszej "sesji" :) Podobają mi się,więc wrzucę :)

082f81e8d55c7376med.jpg

bbec8bc17acca10cmed.jpg

6c45ee96e516577fmed.jpg

beadbf0d886b025fmed.jpg


Wiadomość wyedytowana przez autora 12 października 2015, 11:33

11 komentarzy (pokaż)
13 października 2015, 13:31

Błogo mi :) Po części po tych wszystkich miłych komentarzach pod zdjęciami - która kobita nie lubi komplementów? ;)) Po części dlatego,że jestem z siebie dumna - zrobiłam wczoraj potrójną porcję faworków i mój Mąż jest dziś najszczęśliwszym człowiekiem na świecie :D Robota zajęła mi wczoraj 6,5 godziny,ale było warto! Ten błysk w oku i ten spontaniczny uśmiech, który pokazał się na tej mojej kochanej mężowskiej gębuli wynagrodził mi cały trud :) Zresztą, trud nie trud, bo jakoś ciężko nie było - wyrobienie ciasta było chyba najcięższe,ale zrobiłam to z przerwami i miałam swoją strategię ;) A wałkowałam na siedząco,bo już plecki bolały - ale też dałam radę ;) Więc czasowo wyszło długo,ale wysiłkowo nie było źle :) Adrian nie mógł uwierzyć w swoje szczęście jak zobaczył tą kopę chrustu :D Zasłużył na same dobroci, bo kochany jest bardzo :) Upiekłam też wczoraj ciasto czekoladowe i dziś do pracy właśnie wziął placek i trochę faworków dla kolegów z firmy. Mają taką tradycję,że w urodziny jubilat stawia coś do kawy :)

Ciążowo było wczoraj dużo lepiej. Maluch się uspokoił, wiedział,że matka robi chruściki dla Taty, więc Mały spał i cały dzień miałam w sumie spokój. Dopiero wieczorem się uaktywnił, ale też nie jakoś drastycznie. Dzisiaj też się czasem lekko ruszy,ale zasadniczo mam luz :) Skurcze i bóle jakieś się pojawiły wczoraj wieczorem, ale bardzo przelotne i w porównaniu do poprzedniego dnia,to nawet nie ma o czym mówić. Kręgosłup trochę bolał,ale to od roboty w kuchni, a że zmęczona trochę byłam,to bardzo szybko padłam. Wstałam niby na jakieś siku,ale bez szaleństw, więc w sumie się wyspałam :) A że na dworze szaro buro, to i jakaś drzemka mi się zdarzyła przed południem ;) Mam więc luzik :D Zaraz kuchnię trochę poszoruję, bo taki mam ambitny plan i zrobię dobry obiadek dla mego jubilata ukochanego i będę się relaksować przy dobrej herbatce, książce i biznesowym angielskim :) Jak ja lubię takie dni :)

9 komentarzy (pokaż)
14 października 2015, 10:42

Grrr... zła jestem na siebie... Dzisiejszy dzień upływa mi pod znakiem fałszywego alarmu porodowego :/ Zaczęło się już wczoraj, kiedy popołudniu dostałam drobnego plamienia ciemną krwią. Najpierw myślałam,że mam zwidy, ale przy każdej wizycie pojawiała się kolejna kropla na bieliźnie, a później na wkładce. Nie był to śluz, nie był to czop, sama krew (ilości minimalne). Wujek Google wyposażył mnie w informację,że plamienie pojawia się na kilka godzin przed porodem. Około 2 godzin później zaczęły mi się sączyć wody płodowe, musiałam dwie wkładki wymienić,bo się zapełniły. Byłam więc bardziej niż pewna,że skurcze to tylko kwestia czasu. Wykąpałam się, umyłam głowę i zasadniczo o każdej porze nocy byłam gotowa wstać, ubrać się i jechać na porodówkę. W nocy faktycznie bolał mnie brzuch (bóle miesiączkowe),ale skurczy jako takich nie zarejestrowałam. Rano bóle miesiączkowe się wzmocniły, do tego zaczynały się od krzyża i okalały mój cały brzuch. Zdecydowanie nie odczytywałam ich jako skurczy przepowiadających. Spanikowałam, pewna,że poród się zaczął i się rozkręca. Na Mężu wymogłam,żeby został w domu,bo stwierdziłam,że wyjazd do szpitala to tylko kwestia czasu. Efekt? Po decyzji Adriana o pozostaniu w domu skurcze ustały... Brzuch mnie dalej lekko pobolewa, krzyże też,ale akcji porodowej brak. Chyba już tak bardzo chcę urodzić,że sama te objawy u siebie wywołuję.

Pewna,że to wody nie jestem na 100%,ale mocz to też nie był. Więc założyłam wody. Ostatnio na badaniu okazało się,że mam zwiększoną ilość wód,więc wcale się nie zmartwiłam,jak zaczęły się sączyć. A po kąpieli sączenie też ustało...


Wiadomość wyedytowana przez autora 14 października 2015, 10:51

7 komentarzy (pokaż)
15 października 2015, 10:46

Dzięki, dziewczyny, za wszystkie rady i dobre słowa - wczoraj byłam naprawdę zdenerwowana i skołowana. Nie ma chyba nic gorszego na tym etapie ciąży niż ciało, które wysyła nam sprzeczne komunikaty. Na IP ostatecznie nie pojechaliśmy, choć przez chwilę rozważałam ten scenariusz,ale zdecydowałam o pozostaniu w domu. Po pierwsze, tak jak Feśka i Tova napisały, ja też ZDECYDOWANIE wolę poczekać w domu niż męczyć się w szpitalu. A po drugie, wyciek wód miał miejsce przedwczoraj przez krótki czas,więc wczoraj nawet nie miałam z czym do nich jechać. Założyłam, że jak coś tam cieknie, to skurcze się zaczną lada moment. Nie zaczęły się, więc na akcję porodową dalej czekam, a moje ciało chyba po prostu wkroczyło w ostatnią fazę przygotowań do porodu. W trakcie dnia czułam się trochę nieciekawie i, chociaż było mi głupio,że zostawiłam Męża w domu, to nawet się z tego cieszyłam. Ogólnie przez cały dzień czułam się trochę osłabiona, miałam drgawki przez moment (miewałam tak przy miesiączkach), bóle, które przychodziły i odchodziły, były momenty, kiedy waliło mi serducho i było mi niedobrze. Cieszyłam się więc, że w razie niemca, jest w domu ktoś, kto będzie się mną mógł zaopiekować :) Wieczorem natomiast wszystkie objawy zniknęły jak ręką odjął. Gdyby nie duży brzuch i ruchy Michaśka, w ogóle nie czułabym się w ciąży.. Czasami mam po prostu ochotę potrząsnąć własnym organizmem i zapytać o co kaman! ;) O Małego raczej się nie bałam, bo dziecię moje kochane porusza się jak zawsze, radośnie machając nóżęciem swoim przesłodkim pod moim sercem. Mam ostatnio tak niesamowity przypływ miłości do tego małego ufoludka w moim brzuchu, że jak już się urodzi, to jak go dorwę i go wycałuję i wygiglam, to to dziecko dozna chyba szoku :D Serio :D Niedawno był dla mnie jeszcze jakąś trochę abstrakcją, a teraz to drugi najkochańszy człowieczek w moim życiu (po Mężu, ma się rozumieć ;)) i gdybym mogła dosięgnąć, to pewnie non stop całowałabym swój własny brzuch :D :D :D Moje samopoczucie dzisiaj jest bardzo spoko, nic mnie nie boli właściwie (czasami trochę krzyż czy brzuch,ale w sposób prawie zupełnie niezauważalny), wyspałam się rewelacyjnie, a do tego mam w sobie taki spokój i pokój, że aż mnie to zadziwia :D Trochę się wczoraj pomodliłam za Michaśka i nasz poród, i przyszło mi do głowy, że to wszystko jest przecież w Dobrych Rękach. Moje problemy z hormonami nie przeszkodziły w poczęciu Malucha, więc teraz to też pójdzie tak jak ma pójść i we właściwym czasie :) Kurde, jak mi jest dobrze z tą świadomością :) Aż mi się śpiewać chce, ale za bardzo fałszuję i wtedy nastrój mógłby prysnąć :D :D :D W każdym razie, zamierzam się delektować tymi ostatnimi chwilami ciąży i nie dopuszczać już do siebie niepokoju/lęku/paniki :)

Cieszę się też, bo dzięki Mężowi dostałam swoje pierwsze ever zlecenie tłumaczenia :) Poświęcę na to dzisiejszy dzień :) Fajnie, bo to jakaś kasa dla nas, a ja nie chcę już uczyć, chcę tłumaczyć właśnie, więc zawsze to jakaś praktyka dla mnie i pierwsze koty za płoty :)

Miłego dnia, Dziewojki :) I proszę posmyrać swoje maluszki od cioci Karoliny w piętki/pupcie/brzuszki czy cokolwiek Wasze dzieciny tam aktualnie wystawiają do posmyrania :)


Wiadomość wyedytowana przez autora 15 października 2015, 10:58

7 komentarzy (pokaż)
17 października 2015, 12:05

Mamy za sobą ostatnią wizytę w ciąży. Dobra wiadomość jest taka, że Mały przestał rosnąć w takim zastraszającym tempie i jego waga pokazała dzisiaj ok. 3600 g. Nie jest to już więc bezpośrednie wskazanie do indukcji porodu. Ale, niestety, okazało się,że mam zdecydowanie za dużo wód płodowych. Ostatnio ich ilość była już zwiększona, na granicy wielowodzia, a dziś okazało się,że ich poziom tą granicę przekroczył :/ Dostaliśmy więc skierowanie do szpitala na poniedziałek. Zrobią mi tam badania i wtedy zapadnie decyzja o wywoływaniu porodu i jego sposobie. Jestem raczej dobrej myśli. Planowałam rodzić w Raszei, ale okazało się,że mój Pan Doktor pracuje na Lutyckiej i właśnie tam mnie skierował. Mamy to przemodlone, więc może nawet dobrze się stało :)

7 komentarzy (pokaż)
20 października 2015, 16:24

Ciąża zakończona 20 października 2015

Michaś przyszedł na świat dzisiaj o 14.22 przez cc. Sam nie bardzo chciał się urodzić... 3800 g,58 cm szczęścia :-) Dla nas to najpiękniejsze dziecko świata :-)<3


Wiadomość wyedytowana przez autora 20 października 2015, 16:34

10 komentarzy (pokaż)
21 października 2015, 18:57

Kobietki kochane,na razie ciągle jestem w szpitalu i dochodzę do siebie. W weekend nadrobię wpisy,bo tu mam tylko telefon. Doświadczenie porodowe mam bogate,najpierw rodziłam naturalnie,przeszłam przez cały poród,po czym dziecko nie wstawiło się do kanału i konieczna była natychmiastowa cesarka. Szczegóły później :-) Zdjęcie Michaśka też :-) Nie wiedziałam,że można aż tak kochać dziecko.... :-) <3 <3 <3

8 komentarzy (pokaż)
24 października 2017, 01:20

Kontynuacja pamiętnika w KidzFriend - zapraszamy

0 komentarzy (pokaż)
25 maja, 13:16

4+3

Chciałam wrócić do belly, żeby uwiecznić i ten czas, który w założeniu ma być piękny i oznaczać cudowne oczekiwanie. Czy tak będzie to się mocno okaże.

Czy moja trzecia ciąża jest dla mnie zaskoczeniem? I tak, i nie. Jest planowana, chciana, pewnie wymodlona. Kończy też czas dojmującej żałoby po stracie poprzedniej ciąży. Pojawia się czy też zbiega się z czasem, kiedy akurat bym urodziła, Może więc potrzebowałam fizycznie, psychicznie i duchowo tego czasu, by trochę dojść do siebie i się odbić od dna smutku. Jednocześnie jest zaskoczeniem, bo osiągnęłam już poziom "nigdy nie zajdę w ciążę, o ja biedna". I wtedy znienacka na teście pojawiły się dwie kreski. Na teście, którego miałam nie robić (a przynajmniej bardzo próbowałam się przekonać, by go nie robić). Chęć dowalenia sobie samej wygrała i okazało się, że finisz tej historii jest zdecydowanie inny od zakładanego scenariusza (na szczęście...).

Nie jestem w stanie wrócić do belly, więc historię ciążową będę kontynuouwać tutaj po prostu dla siebie. Z ekipy wsparcia, która towarzyszyła mi kilka lat temu już raczej nikogo nie ma. Ale ponieważ fajnie jest poczytać siebie po jakimś czasie, to też i z tego czasu chcę zrobić dziennik wspomnień.

Przedwczoraj zrobiłam pierwszą betę. Wynik to 170,4.

Dziś zrobiłam drugą betę i szereg badań, które są mi potrzebne przy moich schorzeniach i wizycie konkrolnej u endokrynologa. Na wyniki czekam. Obliczyłam, że by beta była prawidłowa musi wynosić przynajmniej 271. Zobaczymy, jak będzie.

Z objawów towarzyszy mi ból piersi (wczoraj prawie nie do wytrzymania) i ból podbrzusza. Pierwsza wizyta za niecały miesiąc - 21 czerwca. Tydzień wcześniej mam "randkę" z endokrynologiem.

0 komentarzy (pokaż)
26 maja, 10:04

4+4

Wyniki drugiej bety przyszły wczoraj wieczorem - 312,2. Przyrost to 81%, więc teoretycznie w normie. Oczywiście, ja się denerwuję, bo przy Michale i Zosi przyrost bety na początku wynosił ponad 100%. Moja głowa pełna jest więc lęków, a pamięć o poprzednim poronieniu nie daje o sobie zapomnieć. Więc dziś towarzyszy mi trochę strach.

Michał ma też ciężki dzień, od samego rana jest jakiś marudny i skrzekliwy. Ale tylko do wyjścia z domu. Czasami ma tak, że dopóki jesteśmy w domu, to marudzi i płacze o nic, a jak wychodzimy z domu, to jakby jakiś przełącznik przeskoczył. Tak jest też dzisiaj, więc poranek to była mała frajda. Ubawił mnie za to prezent od moich dzieci. Wszyscy wiedzą, że kocham i uwielbiam żelki. Mam jednak sporą nadwagę plus wyniki glukozy i insuliny sugerują powrót insuliooporności, więc słodycze powinnam omijać szerokim łukiem. Moja rodzinka kupiła mi więc..puzzle z żelkami. 1000 elementów, a obrazek to po prostu rozsypane żelki. :))) Mają gest i poczucie humoru :D Nawet nie wiem, czy to jest w ogóle do ułożenia, obstawiam, że nie bardzo :)))) Wakacje będą to będziemy się męczyć :)


Wiadomość wyedytowana przez autora 9 czerwca, 11:25

0 komentarzy (pokaż)
9 czerwca, 11:25

6+4

Nie lubię etapu wczesnej ciąży. Serio. Nic nie widać, nic nie czuć (na przykład tak jak dzisiaj), więc można zwariować ze zmartwienia i czarnych myśli. Staram się jakoś modlić, ale nie do końca mi wychodzi, nie mogę się skupić. Zawierzam dziecko Maryji i mam nadzieję, że w Jej rękach tylko jakoś przetrwamy. Do wizyty jeszcze trochę, nie wiem, jak to wytrzymam. Rozsądek mówi, że skoro nie mam plamień i nic się nie dzieje, to nie ma powodów, by świrować, ale w tym momencie ciąży rozsądek nie ma za bardzo siły przebicia... Prawie dwa tygodnie do wizyty będą trwały wieczność...

0 komentarzy (pokaż)
13 czerwca, 21:19

7+1

Objawy pojawiają się i znikają, mają różną intensywność. Piersi są wrażliwe, czasami nic nie czuć, a czasami mam wrażenie, że wybuchną. Często boli mnie brzuch jak na miesiączkę i mam też bóle krzyżowe, regularnie sprawdzam, czy nie mam plamienia, ale nic się nie dzieje. Staram się nie panikować i trzymać się myśli, że statystycznie msa większe szanse na zdrową i normalną ciążę niż poronienie czy komplikacje. Ale ciężko mi wyłączyć głowę. Do tego pewnie musiałabym wyłączyć internet, bo historie w internecie są czasami tak straszne, że płakać się chce od samego czytania. Ale moja wrodzona panika wyszukuje takie historie. Oby do wizyty...

Jutro idę do endokrynologa. Ciekawe, jak bardzo będzie krzyczał o glukozę i insulinę. Za tydzień w końcu pierwsza wizyta u ginekolog.

0 komentarzy (pokaż)
15 czerwca, 13:22

7+3

Wizyta u endokrynologa poszła ok. Co prawda w czasie wizyty nastąpiła przerwa w dostawie prądu i nie miałam USG tarczycy, ale nie jest potrzebne. Ważne dla mnie było skonsultowanie wyników badań. W zasadzie usłyszałam to, czego się spodziewałam. TSH jest bardzo dobre i na tym poziomie dobrze by zostało. Insulina natomiast i glukoza to już inna historia, ale w ciąży nie będę miała wdrażanych żadnych leków. Jedyne, co można zaradzić to trzymać się diety, unikać słodyczy, jeść warzywa i pewnie wdrożyć jakiś ruch. Niczego nowego się więc nie dowiedziałam.Będę się starać, ale uzależnienie od słodyczy to dla mnie duży problem, z którym nie do końca potrafię sobie poradzić. Liczę w tej materii na wsparcie mojego Męża. Lekarz stwierdził, że insuliny nawet nie będziemy badać w ciąży, bo ja i tak będę mieć hiperinsulinemię, a w ciąży nie jest ważny niski poziom insuliny. Najważniejszy jest brak cukrzycy ciążowej i o to mam walczyć i to właśnie dietą. Ciężkie zadanie przede mną, ale myślę, że dla mojego kochanego dzieciątka jakoś będę w stanie się poświęcić :)

0 komentarzy (pokaż)
24 czerwca, 09:47

8+5

Miałam zrobić wpis zaraz po wizycie, ale to jest tak szalony tydzień, że czasu nie było, żeby usiąść i naskrobać parę słów. Teraz nadrabiam.
Dzień wizyty był zdecydowanie jednym z najbardziej stresujących dni, jakie ostatnio pamiętam. Do 16.20 myślałam, że wykituję na serce. Dzień mi się dłużył niemiłosiernie, a poziom stresu był nie do zniesienia. Trochę miłym rozproszeniem była wizyta mamy, która przyjechała na zakończenie przedszkola Michasia. Trochę pogadałyśmy, pośmiałyśmy się. Ale na wizytę szłam z duszą na ramieniu. W poczekalni czekałam może 5 minut, ale i tak czas się ciągnął. W końcu weszłam! Najpierw wywiad ogólny, ustalanie tygodnia ciąży i różnych szczegółów. Potem fotel i USG, na które czekałam najbardziej. I wtedy się zaczęło. Lekarka sprawdzała, patrzyła, szukała i nic. Kazała mi iść opróżnić pęcherz. Wróciłam i dalej nic. Pośladki wyżej, jeszcze gorzej. Ja już na tej kozetce byłam bliska i płaczu, i zawału. Od razu przypomniała mi się pierwsza wizyta w poprzedniej ciąży, która zakończyła się pustym jajem i łyżeczkowaniem. Lekarka była tak skupiona, że bałam się ją o cokolwiek zapytać. Ale jak powiedziała, że tu jest ciąża, a tu sa mięśniaki, to nieśmiało w końcu wydukałam pytanie, czy może widzi, czy ciąża jest żywa. Odpowiedziała, że tak, żywa, ale nie może jej dokładnie obejrzeć. Po prostu kamień mi spadł z serca, bo tylko chciałam usłyszeć, że jest serduszko! W końcu pokazała mi ekran i zobaczyłam małego dzidziulka. Ulga nie do opisania. Ale z racji na moje mięśniaki, wiek i stan po dóch cesarkach lekarka nie była jakaś bardzo szczęśliwa i nie ukrywała, że to ciąża wysokiego ryzyka. Dała mi Duphaston, być może pomoże on zahamować wzrost mięśniaków. Dostałam też skierowanie na cały pakiet badań i mam się zgłosić za dwa tygodnie. W domu powiedzieliśmy o ciąży mamie i dzieciom. Dzieciaki się szczególnie cieszą, zwłaszcza Zosia, która dzidziusia wyczuwała już od kilku tygodni :) Także na razie zawitała w moim sercu radość i ulga. Zobaczymy na jak długo :)

0 komentarzy (pokaż)
12 lipca, 10:26

11+2

Tydzień po pierwszej wizycie miałam drugą wizytę. Dziecko rozwija się dobrze. Wtedy to był 9+2, a wielkość dziecka wychodziła na 9+0, więc ładnie nadrobił. Oczywiście, od mojej lekarki musiałam wysłuchać porcję strachów dotyczących mięśniaków. Szczerze, to już mnie to męczy, tym bardziej, że nawet historie w internecie nie są tak straszne i tak drastyczne. A ona mi wprost powiedziała, że nie wiadomo, co z tą ciążą będzie. Umówiłam się na wizytę do dr Madejczyka w sierpniu, żeby zasięgnąć drugiej opinii, bo już mam szczerze dość tego straszenia. Nie mam też ciągle założonej karty ciąży. Lekarka chciała mi ją założyć ostatnio, ale nie miała broszurek, więc mam ją dostać na kolejnej wizycie. Zasugerowała też badania prenatalne, zwłaszcza że po 35 roku życia są darmowe, ale nie dostałam od niej skierowania, może dostanę je na kolejnej wizycie. Nie wiem, czy chcę robić te badania. Przy Michale i przy Zosi ich nie robiłam, bo bez względu na wszystko i tak dziecko urodzę, a jestem panikarą i choćby minimalne wskazanie ryzyka może być powodem do dużego niepokoju. Więc nie wiem, pomyślę jeszcze. Następną wizytę mam za tydzień, może już coś więcej się dowiem.

Dzieci od dwóch dni są u Babci na wakacjach. Z jednej strony fajnie, bo jest tak cicho i nie ma tego szału logistycznego z ich odprowadzaniem i przyprowadzaniem,ale z drugiej strony brakuje tego ich śmiechu, gadania i w ogóle obecności. W skrócie - tęsknię :) <3

0 komentarzy (pokaż)
8 sierpnia, 17:01

15+1

Jakoś straciłam czas i werwę do uzupełniania belly. A szkoda, bo dużo się dzieje w tej ciąży. 3 tygodnie temu zaraz po wizycie trafiłam do szpitala z powodu nadciśnienia. Zaczęło się w poniedziałek dzień przed wizytą. Bolała mnie głowa i nie chciała odpuścić. Wzięłam kilka paracetamoli, ale nic mi to w sumie nie dało. Przeczekałam poniedziałek, odwołałam zajęcia i spotkania. Przez noc mi przeszło. Następnego dnia głowa mnie nie bolała, ale była i tak dość obolała. Miałam wrażenie, że to kwestia sekundy czy dwóch, jak znowu zacznie mnie boleć. Przypomniało mi się wtedy, że przed cesarką Zosi też bolała mnie głowa i wtedy położna sprawdzała mi ciśnienie. Wygrzebałam więc ciśnieniomierz, podłączyłam się do pomiaru i ... serce mało mi nie stanęło, jak zobaczyłam wynik. 183/107! Akurat tego dnia miałam wizytę, z czego się cieszyłam, bo byłam pewna, że lekarka przepisze mi Dopegyt i doprowadzi moje ciśnienie do ładu. A ona w czasie wizyty, jak się dowiedziała, jakie mam wartości ciśnienia, stwierdziła, że koniecznie muszę iść do szpitala, bo takie wartości to tylko w szpitalu mogą mi ustawić. Dała mi skierowanie i kazała przyjść za 3 tygodnie. Zapytałam ją też o nasz planowany lot na Sardynię, ale ona jak zwykle tylko pokręciła nosem, coś tam burknęła i tyle. Adrian, oczywiście, się nie ucieszył na informację, że mam się zgłosić na oddział. Ale jak mus to mus. Załatwiliśmy opiekę dla dzieci, spakowałam się, zrobiliśmy drobne zakupy dla mnie i Adi mnie odwiózł do szpitala. Przy przyjęciu na oddział byłam tak zestresowana, że ciśnieniomierz pokazał 200/135... Przyjęcia na oddział nie będę wspominać, bo było wyjątkowo przykre. Pani w rejestracji strzeliła focha, że tak późno przyjechałam, lekarz mnie ochrzanił. Summa summarum, poryczałam się jeszcze tego wieczoru. W szpitalu zajęło im 3 dni ustawienie mi leków i zbicie ciśnienia do takiego, które można by uznać za normalne. Dostałam Dopegyt wzmocniony Metocardem. Ten drugi lek jest trochę chyba ryzykowny i w internetach są różne nieciekawe rzeczy na jego temat, ale to chyba bardziej taki dupochron dla producenta. W każdym razie łykam i ciśnienie jest ok. Ledwo minął tydzień czy dwa od walki z nadciśnieniem, a już zaczęła mnie ćmić nerka. Ponieważ tą walkę już kiedyś toczyłam, to od razu łyknęłam dwie Nospy Max i wypiłam prawie półtora litra wody. Przeszło, chociaż ćmienie nerki pojawia mi się cyklicznie co jakieś 2-3 dni. Muszę więcej pić. Boję się, żeby mi się kolka nie rozwinęła, bo to jest masakra do kwadratu. Jutro mam wizytę. Planuję zmienić lekarkę na dr Madejczyka, bo nie podchodzi mi zupełnie Danieluk. Mam jej nawet trochę dość. Normalnie cieszyłabym się na wizytę ciążową u lekarza, ale że do niej jutro idę, to jakoś tak się nie cieszę. W środę mam wiztę u Madejczyka po raz pierwszy i ciekawe, czy uda się do niego dostać na stałe w ciąży. Oby.

0 komentarzy (pokaż)
UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do BellyBestFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)