BellyBestFriend
Dodaj do ulubionych

Pamietniki / Tytuł: Szukaj dróg, gdzie jasny dźwięk, wśród ogni złych co budzą lęk

Autor: Leśna_Kasia
Wstęp

O mnie: W trakcie zmieniania zdania o sobie.

Moja ciąża: Pierwsza, przepełniona spokojem i błogą niewiedzą.

Chciałabym być mamą: Cierpliwą i spokojną.

Moje emocje: Przeróżne!

26 lutego, 21:47

Nasza mała Zosia kręci się i wierci, powodując przesuwanie się mojego piłkowatego brzucha to w lewo, to w prawo. Myślę, że ma już dosyć moich emocji związanych z zakładaniem pamiętnika na tej stronie, a emocji tych było co nie miara! Przymierzam się do tego od początku ciąży, a na przeszkodzie stało głupie, zabobonne "A co, jeśli zapeszę, zacznę pisać, a coś stanie się nie tak!". W tym stanie dotrwałam do dziś. Dla ścisłości, kilka dni temu ukończyłam 37 tydzień ciąży.
Jak doszło do przełomu? Dzisiejszego wieczoru mąż mój, człowiek złoty, pichcił sobie obiad, a ja siedziałam w pokoju i czytałam sobie pamiętniki, pękając z chęci prowadzenia własnego i obgryzając paznokcie w zapomnieniu. P. przyniósł mi herbatę, przepyszną, z konfiturą z rokitnika, i tak się przestraszył mojej miny, że aż usiadł przy mnie zatroskany. No to mu opowiedziałam o moich obawach, że przecież Zosia jeszcze się nie urodziła, wciąż coś może się stać, jeśli zacznę pisać. P. popukał się w czoło, wytknął mi głupotę mojego rozumowania i nakazał: pisz! No to proszę bardzo, piszę, cała zadowolona. Szkoda, że nie powiedziałam mu o tym wcześniej....

Moja ciąża jest dobrym, wspaniałym czasem i przeżyciem. Nie mam żadnych poważnych problemów ani komplikacji, dzieciątko nasze jest zdrowe, czuję się świetnie, i przytyłam niecałe 13 kg. Były oczywiście momenty strachu, pierwszy poważny, gdy mój ginekolog stwierdził u dziecka zbyt dużą przezierność karkową. Badania prenatalne wykazały jednak, że przezierność jest w normie, i cała reszta też jest w normie. Odetchnęliśmy i nie działo się nic niepokojącego do 32 tygodnia, w którym to mój ginekolog ogłosił mi małowodzie. Dał mi skierowanie do szpitala, dokąd pojechaliśmy z mężem oczywiście bardzo ciężko przerażeni. W szpitalu położna dosłownie wyśmiała moje skierowanie i poleciła zmianę lekarza. Zostałam przebadana i uspokojona, a moje małowodzie zostało zanegowane przez lekarza szpitalnego.
Gdy tydzień temu ginekolog znów ogłosił małowodzie i dał mi skierowanie do szpitala, nie przejęłam się specjalnie, za to przestraszyłam się, gdy powiedział, że mała za wolno rośnie i nie przybiera na wadze. Wcześniej już wiedziałam, że doktor ma lepszy sprzęt do badań niż ten szpitalny, a położna z przychodni zapewniała, że doktor nie myli się w ocenie wagi dziecka, więc znów z pietrem jechaliśmy z mężem do szpitala. Uspakajaliśmy się wzajemnie, że nasz doktorek jest specjalistą w chuchaniu na zimne. No bo jest. W szpitalu lekarz powiedział mi tylko, że dziecko mieści się w dolnych granicach norm, ale na pewno nie będzie kolosem, a wód mam w normie, lecz nie w bród, ale też w dolnej granicy. Tyle mi wystarczy, żeby być spokojną.
W tym tygodniu na wizytę jechałam z przeświadczeniem, że znów dostanę skierowanie do szpitala, ale obyło się bez tego. Za to Zosia ponoć pół kilo przybrała od zeszłego tygodnia. Niech będzie, w końcu pan doktor się nie myli, choć dziwaczne to trochę.

Sami widzicie, że bezstresowa ta moja ciąża, z wyjątkiem ostatnich niejasności co do ilości wód płodowych i wielkości naszej córki. Niech sobie będzie mała, to nic, że ja mam metr siedemdziesiąt pięć, a P. metr osiemdziesiąt sześć. Może być drobna po dziadkach. Byle zdrowa. A silna jest, jej gimnastyka przyprawia mnie czasem o ból wszystkich możliwych narządów. Bardzo jestem ciekawa, jak duża w końcu się urodzi.

Późno już, nasilają się moje skurcze przepowiadające. Też tak macie, że te skurcze występują u Was o stałych porach? U mnie pierwszy pojawia się ok 15, a im bliżej wieczora, tym częściej je mam. Najmocniejsze są właśnie między 21 a 23, a potem przechodzą i mam spokój na resztę nocy. Ze skurczami, żeby nie było za miło. Bolą mnie pachwiny, bolą mnie więzadła, boli mnie lewe biodro mocno, prawe trochę mniej. Mam niespokojne łydki, które uspokajają się ok pierwszej w nocy. I to wszystko jest normalne, wręcz niegodne uwagi, według mojego doktorka. A skoro tak, to znoszę to cierpliwie, a co...
P. już przyzwyczaił się do tego, że w nocy miotam się po kanapie jak stuknięty pasikonik, to dokładam sobie poduszek, to odkładam, to prawy bok, to lewy, bo przecież lewy lepszy, ale na jak leżę na lewym, to mi się taka fałdka robi między biustem a brzuchem i mi przeszkadza, więc prawy, na plecach nie wolno, ale trochę też muszę, ale wtedy oba biodra dają czadu, więc proces ustawki zaczynamy od nowa. A jak już uda się zasnąć, to trzeba iść na siusiu. A jak już uda się zasnąć lepiej, to już jest piąta rano i budzi się nasz młodszy sierściuch, i zaczyna dopominać się o śniadanie, dyskretnie zrzucając z półek różne hałaśliwe rzeczy. Staram się go przyzwyczaić do stałej pory pierwszego karmienia, czyli do szóstej. Trwa to już jakiś czas, taka wojna na przetrzymanie. Nie dam się rudemu skubańcowi, w końcu zrozumie. Może. Aha, P. wszystko to słodko przesypia. Aż sobie pochrapuje radośnie, podczas gdy ja nie zmrużę oka, póki kot tupie.
Tyle z tego dobrego, że jak się Rudzik nażre porządnie, to lubi sobie jeszcze z nami pospać. Wtula się w nas i kołderkę i mamy z nim spokój, czasem nawet do 8 potrafi spać. A czasem po jedzeniu chce mu się bawić, budzi naszą kotkę i cały ranek kotki radośnie galopują po mieszkaniu. Padają wtedy zwykle wtedy, gdy my wstajemy.
Tak wygląda nasze spanie teraz. Ciekawe, jak będzie z Zosią na świecie.

Dłuuuugi wpis mi z tego powstał! Się wzięłam i rozpisałam! Postaram się, żeby kolejne były krótsze. Ale nic nie obiecuję. Czuję niedosyt pisania i dzielenia się myślami z kimś innym niż mąż, siostry i rodzice. Ale teraz już P. mnie pogania, bo ściągnął ostatnią część "Gwiezdnych Wojen" i chce ze mną oglądać, a szczerze mówiąc sama jestem tej ostatniej części ciekawa. A zatem dobrej nocy wszystkim i brawo dla tych, którzy wytrwali do końca mojego pierwszego wpisu!

2 komentarze (pokaż)
29 lutego, 13:13

Sobota dziś, tradycyjny, polski dzień sprzątania, a mnie się nie chce ręką ni nogą ruszyć. Nie, żebym chciała robić nie wiadomo co, z tym brzuszyskiem pękatym, ale odkurzyć bym chciała. I naczynia włożyć do zmywarki. I pochować bożonarodzeniowe i zimowe ozdoby do końca. Zbieram je i chowam już od jakiegoś czasu, ale bez przekonania, po trochu. P. nie przeszkadza, że kwiatki stoją w świątecznych doniczkach, to mnie też nie...
Wyprowadziłam dziś Zosię na spacer, do parku. Pogapiłam się na kaczki, na drzewa, na wodę, i jakoś tak mi dobrze. Mam ochotę opowiadać Zosi na głos o tym, co widzę, ale trochę się wstydzę przy tylu ludziach, a dziś w parku istny wysyp różnorakich grup społecznych. Ciężko się dziwić, pogoda piękna, jeszcze przed chwilą świeciło słonko, trochę wieje, ale wiosnę czuć pełną parą. Wróciłam do domu i opowiedziałam o wszystkim, co widziałam, mojej wiercącej się córce. Przemilczałam tylko to, że na naszym własnym podwórku, w moim ukochanym ogródku, leży już od jakiegoś czasu pełno papierowych i foliowych śmieci, których nawiało ze śmietnika sąsiadującego z naszą działką centrum handlowego. Widok ten doprowadza mnie do szału i płaczu, bo nie mogę się doprosić o posprzątanie tych śmieci. Gdy dziś zobaczyłam pośród nich kiełkujące lilie, to się we mnie zagotowało. W poniedziałek to z mężem posprzątamy, i będzie spokój. Ale miło by było, gdyby pracownicy centrum handlowego nauczyli się dbać o swój własny śmietnik. Zawiązywać worki ze śmieciami, zamykać pokrywę od śmietnika i takie tam... proste sprawy, które niestety niektórych przerastają.

Uwielbiam ostatnio przesiadywać w Zosi pokoju i przestawiać, przekładać wszystko tak, żeby było jak najładniej i najwygodniej. Albo po prostu oglądać bez końca małe, urocze ciuszki. Torby do szpitala zapakowałam już tak, że nie ma w nich co zmieniać, co dodać ani odjąć, więc stoją sobie i potulnie czekają na swoją chwilę. Dziś zajrzę tam dopiero, jak uda mi się trochę posprzątać. Taka mała motywacja.
Kupiłam sobie tulipanka i hiacynta. Po jednym, na próbę, sprawdzę, czy koty ich nie zaczną obgryzać, jak to mają w zwyczaju robić z każdym nowym kwiatem w domu. Dały spokój tylko cyprysom, nie wiedzieć czemu, i moim starym pelargoniom i fiołkom. Za to pięknego, nowego cyklamena od P. zeżarły mi dokumentnie. Nigdy nie wiadomo, co im zasmakuje.

0 komentarzy (pokaż)
1 marca, 21:39

Ostatnio, kiedy moja siostra skarżyła się Mamie, że ten rok nie zaczął się najlepiej - dzieci chorują jak szalone, bez przerwy, i jakoś dużo pogrzebów w okolicy, dziarsko mówiłam, że nie ma co się załamywać, jest źle, ale na pewno będzie lepiej, a początek roku nie ma tu nic do rzeczy... a dziś rozłożył mi się mąż i jeszcze dotarła do mnie wiadomość, że pięcioletnia nasza znajoma Zuzia,chora na holoprosencefalię, też złapała jakiegoś wirusa. Dla Zuzi, przy jej ogólnym stanie zdrowia, każda taka infekcja to zagrożenie życia. Kilka dni temu zmarł mały Adaś, chłopiec, którego rodzinę wspieraliśmy. Jego nigdy nie poznaliśmy osobiście, a bardzo nas to zasmuciło. A Zuzię znamy dobrze. W tym tygodniu zmarł też tata męża naszej kuzynki, niespodziewanie, na serce. I nagle sama łapię na się na myślach, że faktycznie, nie za dobry ten początek roku, i cała dziarskość mnie opuszcza. Głaszczę brzuch ze schowanym w środku bąblem i jakoś mi niewyraźnie.
Mężu mój się wyliże, ale tak go szkoda, jak leży taki bez siły, a jak tak leży i nic nie mówi, to znaczy, że naprawdę źle się czuje. Jakby kwękał, to bym się nie martwiła, ale milczenie łamie mi serce.
No i nie wiem, czy wpuściliby takiego wirusa ze mną na porodówkę, gdyby Zosia zechciała się dziś czy jutro urodzić. Tłumaczę dzieciątku, żeby się wstrzymało, bo nie wyobrażam sobie porodu bez tatusia u boku. Swoją drogą, to jestem bardzo ciekawa, jak P. zniesie sytuację. Jak oboje zniesiemy poród. Na szkole rodzenia mieliśmy wizytę na porodówce i to P. wyszedł z sali sinokoperkowy na twarzy. Zapewnia mnie, że będzie mężny, ale czasem zastanawiam się, kto kogo będzie tam wspierał. Wkrótce się przekonamy.
P. mimo wszystko wyprowadził nas dziś na spacer do parku. Sam się cieszył z tego spaceru, więc nie mam wyrzutów sumienia, chory nie chory, powietrza potrzebuje. W parku gęsto od rodzin z dziećmi i psami. Siedzieliśmy sobie na ławeczce i śmieliśmy się z siebie, że czerpiemy radość z oglądania radości innych ludzi. Przed nami na dużym, trawą porośniętym placu brat z młodszą siostrą bawili się małym, niebieskim samolotem, młodzieniec bawił się z młodym, wesołym pieskiem, starszy pan prowadził na smyczy dwa prosiaczki... o, przepraszam, buldogi francuskie, ścieżką przemieszczały się całe zrzeszenia miłośników biegów, rolek i hulajnóg. Zawsze wolałam oglądać zwierzęta od ludzi, w ogóle nie przepadamy z P. oboje za takim zagęszczeniem, jakie dziś obserwowaliśmy, a dziś wyjątkowo to było jakieś naprawdę krzepiące. Nawet długo sobie w tym parku siedzieliśmy. Ptaków też nie zabrakło,
wystarczy im trochę słońca i ciepełka, żeby zaczynały krzątać się przy swoich ptasich zajęciach. P. zauważył, że miło się słucha ich śpiewu i śmiechu ludzi razem. Rany, starzejemy się, czy jak?
Wyjątkowo nam się ten miejski spacer udał.
Zosia bryka mi w macicy, z dnia na dzień coraz bardziej boleśnie. Jeszcze niedawno jej kopniaki były takie pieszczotliwe. Teraz niemal słyszę, jak mi żebra skrzypią w zawiasach. W dodatku czuję się, jakbym miała w brzuchu ośmiorniczkę. W chwilach dużej aktywności czuję małą wszędzie. I już wiem, co znaczy nie spać, bo dziecko kopie. A o tym też jeszcze nie dawno mówiłam Piotrkowi: "Nasza Zosia jest za subtelna, żeby jej poruszenia się mogły mi przeszkadzać!". Jasne. W taki naturalny, prosty sposób rozwiewają się moje złudzenia, hehe...
Już niedługo zacznę się trząść nad zdrowiem zupełnie nowego, małego człowieka. Już teraz się trzęsę, ale na razie dzieli nas bariera mojej macicy. Jak pojawi się na świecie, wszystko będzie zależeć już tylko ode mnie. Od nas. Czy małej nie za zimno, czy nie za ciepło, czy w oczku błyszczy, czy nie, czy najedzona, czysta, zadowolona... mały człowiek będzie całkowicie od nas zależny, a my musimy go przygotować na bycie dorosłym człowiekiem. Jak to kiedyś powiedziała moja najstarsza siostra: "Wiadomo, że będzie ciężko, że będą problemy, a i tak tego chcemy, i jeszcze się cieszymy." Akurat dotyczyło to małżeństwa, ale całkiem uniwersalnie jej to wyszło. Chcemy, chcemy, i jeszcze doczekać się nie możemy!
Dobranoc wszystkim i spokojnych snów! (Bez t-rexów i raptorów, które śniły mi się całą wczorajszą noc, i wracały do mnie po każdym wyjściu na siku; okropność...)

0 komentarzy (pokaż)
5 marca, 17:35

Odnoszę wrażenie, że będę w ciąży już zawsze. Zawsze, zawsze, forever. Po wtorkowej wizycie u lekarza, na której zostałam poinformowana, że mogę zacząć rodzić w każdej chwili, nabrałam przekonania, że urodzę już, zaraz, tego samego dnia. A figa. Wieczorne skurcze są coraz silniejsze, coraz bardziej nieprzyjemne, ale mijają przed północą i nic z tego, prócz nerwowego czekania.
Dostałam skierowanie na morfologię i mocz, wyniki mam świetne. Mieszkanie posprzątane, ogródek posprzątany, naprawdę, mogłaby się ta córka nam już urodzić. Chętnie pochodzimy na spacer z wózeczkiem pełnym Zosi, zamiast dreptania z brzuszkiem, z zatrzymywaniem się co dwa kroki, bo skurcz, bo pachwiny bolą, bo biodro, bo zadyszka, a tak w ogóle to w tył zwrot, bo chce mi się siku. Pogoda do spacerów wymarzona, ptaki śpiewają, dzisiaj znalazłam pierwsze kwitnące na biało drzewko! Trochę to nienormalne, ale i tak miłe.
Tymczasem, skoro dzidzi się nie spieszy, idę naprodukować trochę wiosennych doniczek i pisanek.

0 komentarzy (pokaż)
9 marca, 21:19

Drogie Panie bez alergii i nietolerancji pokarmowych, cieszcie się, że ich nie macie, i korzystajcie w pełni z wachlarza rozmaitego pożywienia, który przed Wami się roztacza! Mam celiakię, i czasem tak mnie zżera zazdrość, że płakać mi się chce. Moja siostra Ola ma to samo, tylko o parę lat dłużej, niż, ja. Moja celiakia została zdiagnozowana 4 lata temu. Niby już się przyzwyczaiłam, ale nadal momentami opadają mi ręce w niektórych sytuacjach, albo czuję się bezsilna. A będzie tego więcej, jak już urodzi się Zosia... niedawno Ola przechodziła wprowadzanie glutenu u swojego Piotrusia, a już niedługo nas to czeka.
Ale nie z tego dziś chciałam się żalić, a z problemów wynikających - o zgrozo! - przez koronawirusa! Diabli to nadali! Dziadostwo jedno i wszystko co najgorsze. Wstrzymano odwiedziny w szpitalach, zablokowano pokoje jedynki, mężu musi zniknąć z oddziału 2 godziny po porodzie. Dobrze chociaż, że na porób rodzinny jeszcze zezwalają. Przyznam Wam się szczerze, że cały mój pobyt w szpitalu po porodzie opierałam na tym, że P. będzie ze mną... i teraz, kiedy zostałam pozbawiona tej możliwości, czuję panikę. Wiem, wiem, że mnóstwo kobiet rodzi na wspólnych salach, ale mnie to przeraża. Tak, wiem też, że nie ja sama będę w takiej sytuacji, tylko wszystkie dziewczyny na oddziale. I na pewno damy radę, i będę miała czym, a raczej kim, zająć myśli, i to tylko dwa dni. Ale co poradzę - boję się strasznie. I do tego ta dieta. Plan był taki, że P. będzie mnie zaopatrywał na bieżąco. Zmieniamy plan na taki, w którym zabiorę jak najwięcej jedzenia ze sobą, i jeśli się da, to P. podrzuci mi coś w słoiku do odgrzania ;) poprzez pielęgniarkę. Dobrze, że to tylko dwa dni, i oby nie musiało być ich więcej!
Poziom stresu wzrósł mi do czerwonego przedziału. Muszę przestawić myślenie. I już wcale tak mi nie zależy na tym, żeby Zosia urodziła się już, teraz, w tej chwili. Najpierw musimy zrobić mi zapas jedzenia.
No i cóż więcej, bierzemy to na klatę, i tyle. Kasa za pokój jedynkę zaoszczędzona, hehe.
Z dobrych wiadomości, nasza mała znajoma Zuzia ma się dużo lepiej, zdrowieje. Z gorszych wiadomości, Oleńka, córka mojej siostry Ani, znów jest chora. I tak w kółko, jak nie urok, to wiadomo co. A mnie wróciły mdłości jak z początków ciąży, patrzeć na jedzenie nie mogę, chyba że na ryż z jabłkami i na serki truskawkowe. I maślankę. Oraz krówki ciągutki i flipsy kukurydziane. Trochę inny repertuar, niż 8 miesięcy temu. Wtedy były głównie jabłka i niedostępna w Trójmieście bezglutenowa pizza, taka warszawska, z restauracji. Teraz, jak o takiej myślę, to jest mi ona wyjątkowo obojętna, a wręcz niepożądana.
Teraz czas na ukojenie nerwów, bo mi Zosia szaleje, jeszcze z tego stresu się urodzi. Idę wziąć dłuuugi prysznic, a potem najem się z mężem flipsów i postaram się przetrwać spokojnie pół-bezsenną noc.

0 komentarzy (pokaż)
10 marca, 10:01

Te ostatnie noce są koszmarne. Nawet koty się uspokoiły, chyba wyczuwają mój podły nocny nastrój. Dziś pół nocy przesiedziałam, bo tylko jak siedziałam, to mogłam swobodnie oddychać, a ok 4 nad ranem tak rozbolały mnie biodra, że chciało mi się wyć. I nic na to nie pomagało, bolały oba równo, takiego ataku bólu jeszcze nie miałam.
O 5:30 P. zaczęły dzwonić budziki do pracy. Jakoś tak wtedy ból zaczął ustępować, ale i tak nie zasnęłabym znowu, gdyby mi mąż nie wymasował pleców przed wyjściem. Jutro idę na kontrolę, to zapytam, skąd mogą brać się takie ataki.

Siedzę teraz jak takie zombie. Jest przepiękna pogoda, ciepło, słonecznie, normalnie już dawno temu dreptałabym na spacer, ale nie mam siły się ruszyć. Ciągle czuję echo tego bólu, nogi mam jak z kamienia.
P. pisze do mnie, że wprowadzili im już w pracy zakaz witania się uściskiem dłoni. Ciekawe, kiedy minie to całe wirusowe szaleństwo.

Nasza starsza kotka, Fruzia, kładzie mi się na kolanach, przytula głowę do brzucha i obejmuje go łapami. I nie przeszkadza jej, że co jakiś czas głowa jej podskakuje, bo Zosia się mocniej rusza. Dobre zwierzątko z tej kici. Wybaczam jej, że przed chwilą wylizywała miskę po mojej owsiance i miała ochotę spróbować kawy.
Zamówimy dziś kinkiet i naklejki na ścianę do Zosi pokoju. Kinkiet z sową i księżycem, a naklejki z królikami, przeurocze. Wybór naklejek mnie przytłoczył. Na szczęście jest mąż, który twardo opowiedział się za królikami.
Wczoraj P. obrobił deski na stół do przewijania, dziś będzie je bejcował, jutro zbijał. A w związku z tymi deskami miałam przykrą przygodę, niestety. Stałam sobie nieopodal P. na podwórku, podczas gdy on szlifował i pięknie pachniało drewnem, i nagle zostałam zaatakowana miłością niespełna rocznego ogara, którym opiekuje się moja ciocia. Skoczył mi ten kloc prosto na plecy, a gabaryty ma słuszne. Jak cielak. Po tym skoku mam ślady na plecach po jego łapach, oparł mi się o łopatki. Poleciałam do przodu i udało mi się na szczęście zachować równowagę, bo padłabym prosto na brzuch. P. był wściekły, nawrzeszczał na psa, ale on to wszystko bierze za zabawę. Wpatrywał się w P., merdając zawzięcie. Dopiero ciocia go odwołała.
Najadłam się strachu. Lubię tego głąba, lubię wszystkie psy, ale swoimi rozmiarami i nieokiełznaną chęcią zabawy mógłby zrobić krzywdę. Tak swoją drogą, wszyscy nasi domownicy wiedzą, że on skacze w ramach powitania, słucha tylko cioci, innych ma w nosie, i wiedzą też, że jestem w końcówce ciąży, więc do licha, można by było go lepiej przypilnować, bo nie będę siedzieć w domu tylko dlatego, że ogar akurat jest w odwiedzinach. Wygląda jednak na to, że to ja muszę się lepiej pilnować, i mojej córki.
Chyba wystarczy już tych porannych żalów, nudna się robię już sama przed sobą ;) biorę się w garść i za porządki.


Wiadomość wyedytowana przez autora 10 marca, 13:30

0 komentarzy (pokaż)
11 marca, 18:41

Po wizycie kontrolnej jestem podniesiona na duchu, mimo wszelkich bólów, nudności i niedogodności. Z Zosią wszytko dobrze, jest ułożona, jak trzeba, tylko nie chce jej się jeszcze wystartować, szyjkę mam na wylocie, nic, tylko rodzić! Ale Zosi dobrze u mamusi, nie spieszno do zmiany klimatu. Nie lubi KTG, wierciła się jak zwykle tak, że zacinał się ten guzik do naciskania, i skopała mnie konkretnie. Po KTG zostaje jej tak na cały dzień, uspokoiła się dopiero teraz, po obiedzie. Wreszcie. Na KTG leżała ze mną jeszcze jedna mama, a z nią siedziała córka, tak ok 8 lat na oko. Strasznie ją fascynował mój ruszający się na wszystkie strony brzuch, dziewczynka była tak zagapiona, że aż się trzęsłam się śmiechu. "Moja siostra się tak nie rusza!" - piszczała. Pocieszyłam ją, że za trzy tygodnie siostra też może będzie wyczyniać z mamy brzuchem takie rzeczy.
Według doktorka Zosia waży ok 3,5 kg. Patrząc na ten wielki brzuch, to by się zgadzało. Wody są w normie, na szczęście, a wszystkie bóle stawów muszę po prostu przecierpieć. Zmartwił się nudnościami, kazał jechać na SOR, gdyby powtarzały się wymioty. Nawet mi się dziś rozgadał ten mój milczący doktorek, może NFZ dopuszcza dłuższe rozmowy pod koniec ciąży...
Podsumowując, dawno nie byłam tak zadowolona z wizyty u ginekologa. Po powrocie do domu spałam jak kamień przez 4 godziny, z przerwami na siku, rzecz jasna, za zezwoleniem jaśnie państwa kotów. Potem zrobiłam górę racuchów drożdżowych, ku uciesze mego męża. Z kuchni mam widok na "Biedronkę", niestety, więc przy okazji sprawdziłam, jaki towar dziś najlepiej schodzi. Otóż dziś były to ręczniki papierowe i pomarańcze. P. mówi, że ręczniki, bo zabrakło już papieru toaletowego. Dostałam od niego masło orzechowe, czym wprawił mnie w euforię. Racuchy z masłem orzechowym były po prostu fantastyczne, i czuję się po nich zupełnie dobrze.
Odkryliśmy, że nasze koty nie lubią gryźć hiacyntów. Zatem z najwyższą przyjemnością zastawiliśmy parapety hiacyntami. Pachną nieziemsko i są prześliczne. Koty są zniesmaczone.
Wczoraj Piotrek powiesił nowe firanki u Zosi w pokoju. Zmieniliśmy gołą żarówkę na żyrandol, więc jest tam też dużo jaśniej. Wygląda coraz piękniej, ten pokoik, i cieszy mnie ogromnie. Mój poziom zadowolenia sięgałby zenitu, gdyby nie lęk, że wstrzymają w naszym szpitalu porody rodzinne. Zajęcia w szkole rodzenia są wstrzymane do odwołania, od dziś. Szkoda, naprawdę. Lubiłam bardzo te spotkania.

0 komentarzy (pokaż)
11 marca, 19:36

Jeszcze tylko dodam, że czekamy z niecierpliwością końca sezonu chorobowego. Córeczka siostry ma szkarlatynę, Mama ma bliżej nieokreślonego wirusa gardła, razem z Tatą nie mogą nas odwiedzać, a siostra zapadła na bezgłos, bez dalszych powikłań, na szczęście, i oby tak zostało. Trafiły nam się ciekawe czasy, a niech je...

1 komentarz (pokaż)
2 maja, 17:04

Ciąża zakończona 2 maja 2020

0 komentarzy (pokaż)
22 maja, 10:55

No proszę, nie wiedziałam, że pamiętnik można kontynuować na fioletowej stronie! Wyrzuciło mnie z automatu na taką zarośniętą pajęczyną, bladą stronę KidzFriend, na której nic się nie dzieje. Wracam tu z radością.
Przestałam pisać pamiętnik, gdy trafiłam do szpitala. Nie lubię pisać na telefonie, nie miałam do tego weny, a gdy wróciłam do domu, jakoś nie miałam czasu i chęci. Musiałam się ustatkować jako mama, przyzwyczaić trochę do tego, że moje życie się zmieniło i już nigdy nie będzie takie samo, i dziś mogę pisać jako osoba mniej więcej stabilna emocjonalnie.
Jak już zrobię pranie i wyprowadzę Zosię na spacer, zrobię obiad, zjem go z mężem, albo bez męża, wyprowadzimy się na spacer razem, we trójkę, w międzyczasie zrobię z Zosią ćwiczenia na dysplazję, kręcz i szpotawą stópkę, nakarmię ją, rzecz jasna, i może uda mi się napisać więcej przed kąpielą... a jeśli nie, to zawsze jest jutro!
Zaznaczam z dumą i radością, że Zosia pozwala mi wykonywać wszystkie powyższe czynności bez specjalnych trudności z jej strony.

0 komentarzy (pokaż)
22 maja, 17:25

Zosia urodziła się 17 marca, przy pomocy oksytocyny, siłami natury i tego lekarza, który położył mi się na brzuchu. 13 marca mąż zawiózł mnie na SOR, bo dostałam na dłoniach i stopach swędzącej wysypki. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że porody rodzinne są wstrzymane, męża nie wpuszczono do szpitala, pożegnaliśmy się za drzwiami. Przyjęto mnie nie przez wysypkę, bo badania wątrobowe wyszły na granicy normy, ale przez małowodzie.
Nie będę się nad szpitalem rozwodzić, bo zaczynam o nim zapominać i niech tak zostanie. Poród był wywoływany, bo jednak wyszła mi ta cholestaza. Zosia dwa dni w szpitalu spędziła na naświetlaniu, przez silną żółtaczkę. Nosiłam jej tam moje mleko, wyciśnięte z cycków z płaczem bezsilności, po 10-20 ml. Gdy nas wreszcie wypuszczono do domu, musiałam odchorować poszpitalną traumę i przyzwyczaić się do dziwnego życia w czasie epidemii.
Gdyby nie siniak na nodze Zosi, nawet nie dowiedzielibyśmy się, że ma dysplazję, bo wszyscy, łącznie z pielęgniarkami w szpitalu, odradzali nam robienie jakichkolwiek badań gdziekolwiek, jeśli nie ma zagrożenia życia. Ale że na biodrze Zosi od urodzenia był siniak, którego pochodzenia nikt nie znał, ja miałam dysplazję, moja mama i siostra, postanowiłam jednak zrobić Zosi USG. I całe szczęście, bo jedno biodro już miała podwichnięte, a drugie na granicy II i III stopnia. Moja mama znalazła genialną ortopedę, do której sama będę się umawiać z moimi szpotawymi stopami, jak już przejdzie zaraza. Zosia dostała ortezę Tubingera i nawet dobrze ją znosi. Ortopeda poleciła nam fizjoterapeutkę, u której byliśmy już dwa razy. Fizjoterapeutka zaś, pani Mirela, zaleciła nam wizytę u specjalisty, który zbada Zosi wędzidełko, bo według niej jest za krótkie i stąd mogła się brać niechęć Zosi do ssania piersi. To jeszcze przed nami.
Cztery razy dziennie po pół godziny ćwiczymy z Zosią metodą Vojta. Początki ćwiczeń z reguły wyglądają przemiło, bo Zosia wyzwolona z chomąta jest przeszczęśliwa. Fika nóżkami, nawet tak, jak powinna, ćwicząc mięśnie brzucha. Radośnie gada, śmieje się do nas pełną gębą. Później jest gorzej, ale pierwsze ćwiczenia jeszcze jakoś idą, czasem nawet ze śmiechem. Ostatnie 10 minut to już regularna histeria. Kończy się z podaniem smoczka i przytulanki - królika z doczepionym kocykiem. Po histerii nie ma śladu, a Zosia jest wykończona, ale już za chwilę jest w stanie się szeroko uśmiechnąć i pogadać.
Wczoraj Piotrek nauczył ją wyć. Werbalizował jej, jak wyją wilki, a mała załapała i z pełnym skupieniem powtarzała: "Auuu, auuu...". Spłakałam się ze śmiechu i wzruszenia. To było takie ładne, jak ten duży wilk (brodaty ostatnio) wył nad przewijakiem, a Zosia wpatrzona w jego usta układała dzióbek i powtarzała, a jej oczy, już i tak duże, robiły się jeszcze większe z przejęcia. I tak, jak załapała, poźniej w kąpieli, podczas masażu i do samego zaśnięcia robiła do nas "Auuu!".
Dziś rano obudziła mnie, bo wyła radośnie do króliczka z karuzeli nad łóżeczkiem. Wyła też do babci i dziadka, którzy byli zachwyceni. I takie wilczątko nam rośnie małe.
Obudziła się, akurat czas na ćwiczenia.

0 komentarzy (pokaż)
UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do BellyBestFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)