Nie przegap okazji!

Aktywuj abonament Premium w BellyBestFriend od dziś do 30 listopada a otrzymasz od nas prezent:

1 miesiąc - 15 dni w prezencie!

3 miesiące - 1 miesiąc w prezencie!

12 miesięcy - 2 miesiące w prezencie!


Skorzystaj z okazji i wypróbuj nasze nowości - jesteśmy przekonani, że Ci się spodoba! W każdym momencie możesz zrezygnować.

Jesteśmy dla Ciebie i szybko odpowiadamy na każde Twoje pytanie: kontakt@bellybestfriend.pl!

Promocja trwa do 30 listopada 2020 roku.

Aktywuj abonament Zamknij
BellyBestFriend
Dodaj do ulubionych

Pamietniki / Tytuł: Never Ending Story czyli ile ku*wa jeszcze? - no chyba TO JUŻ 😄

Autor: Wio
27 kwietnia, 22:00


Koniec korona-rozłąki 🥰🥰🥰🥰🥰❤️❤️❤️❤️

Cała "trójka" znowu razem! Witaj słodka kwarantanno! 😜😄😄🥳🥳


PS

Dziewczyny dzięki za wszystkie ciepłe słowa, takie wsparcie potrafi wiele zmienić. To były koszmarne dwa miesiące, ale jak mówią słowa piosenki "wszystko mija" 😉

1 komentarz (pokaż)
29 kwietnia, 10:04


26t+5d

Ufff nareszcie mogę odetchnąć 😊 Od dwóch dni praktycznie tylko śpię. Chyba muszę przemetabolizować te długie tygodnie stresu 🙄 Ale najważniejsze, że się udało. Kilometry wniosków, pism, awantur z "coponiektórymi" urzędnikami, maili do 4 różnych ambasad po drodze...

Brakowało już chyba tylko ostentacyjnego przykucia się łańcuchem przed siedzibą Amnesty International albo ONZtownskiej Komisji Praw Człowieka 🤦‍♀️😄Ale to wszystko już za nami.

W końcu niemal cudownie objawiony na puściutkim niebie jeden jedyny lot z Rzymu do Berlina, jedno jedyne połączenie Flixbusa z Berlina do PL, "przepustka humanitarna" na przejazd międzynarodowy... i mam mojego własnego, prywatnego "uchodźcę" wreszcie w domu.

Tak dużo szczęśliwych zbiegów okoliczności i życzliwych ludzi brało udział w tym przedsięwzięciu, że moje nastawienie zmieniło się o 180 stopni. Mam wrażenie, że naprawdę "niebiosa" nam sprzyjały. Może moja świętej pamięci teściowa miała z tym coś wspólnego... 😉

Jestem przeszczęśliwa, przeuspokojona, przezrelaksowana a klusek ma wreszcie ojca w domu. Luby przykłada ucho do brzucha i z euforii prawie unosi się nad ziemią przy każdym kopniaczku 😊

Delektujemy się kwarantanną! 😄

Następna wizyta u ginki 19 maja, na razie wszystko jest książkowo, może oprócz mojej wagi 🤦‍♀️Już 15 kg na liczniku. Ale najważniejsze, że klusek jest zdrowy, duży i zadowolony. Jem same zdrowe rzeczy, więc uj z tym że wkładam to na ładownicę 😉 Koniec ze stresowaniem się czymkolwiek!

No i zaraz po kwarantannie muszę zorganizować szybki "pandemiczny ślub" 😄 Przez ponad 10 lat nic nas nie zdołało zaciągnąć do ołtarza, teraz udało się to covidowi 😄Ale bardzo nam to rękę, bo wreszcie jest wymówka, żeby zrobić to po chichu i bez imprez a nikt się nie może obrazić bo mamy "koronne" alibi 😜😄Niestety mam alergię na kwiatki, koronki, falbanki, lakierki, baloniki, białe gołębie i lodowe rzeźby łabędzi... 🤭

Także jak na razie, wszystko po naszej myśli... Oby tak dalej! 😉

Świat znów jest piękny! ❤️❤️❤️

1 komentarz (pokaż)
26 maja, 06:29

Dzień mamy

A my?

W piątek 22 maja o 9.20 na świat przyszedł nasz Leoś. Urodzony przez cc w 30+0 tygodniu ciąży, 1430 gram, 43 cm, Apgar 7-8-8.

W skrócie - preeklampsja i w następstwie odklejenie łożyska.

Leżymy zamknięci na intensywnej terapii ale jest w miarę ok, "stabilnie" mówią 🙄

Co by nie było, jestem mamą najpiękniejszego wczesniaczka na świecie 🥰🥰🥰🥰

Trzymajcie za nas kciuki.

4 komentarze (pokaż)
26 maja, 22:29

Ciąża zakończona 22 maja 2020


Wiadomość wyedytowana przez autora 26 maja, 22:31

0 komentarzy (pokaż)
5 czerwca, 21:27

Leoś ma dwa tygodnie ☺️

Zjada już 23 ml mleka co 3 godziny, dwa tygodnie temu zaczynał od 1 ml co 6 godzin. Nie umie jeszcze ssać, jest żywiony przez sondę moim mlekiem plus dożywiany pozajelitowo. Waży już 1700 gram. Wiąż potrzebuje wspomagania oddychania, czasem maseczki, czasem tylko "wąsów", ale na szczęście nie trzeba go było intubować. Od tygodnia się kangurujemy. Kocham go na zabój.

A jak do tego doszło? Ku przestrodze...

W sobotę 16 maja źle się poczułam, dziwnie spuchłam na twarzy, rozbolała mnie głowa. Ciśnienie, które całe życie miałam na poziomie zombie (80/50 - 90/60) nagle skoczyło do 150/100. Całą noc nie spałam przez ból głowy i ogólne zjebanie. W niedzielę poczułam się trochę lepiej ale intensywna lektura medycznych zasobów doktora Googla skłoniła mnie do odwiedzenia w poniedziałek laboratorium.

Wyniki niestety - bialko w moczu 150. Niby w ciąży norma może być do 300 ale jak do tego dodać obrzęki, wysokie ciśnienie i migrenę to wszystko wskazuje na jedną przypadłość o wielu imionach.

Preeklampsja, gestoza, stan przedrzucawkowy, zatrucie ciążowe.

Potencjalnie śmiertelne dla matki i dziecka ale może być kontrolowane, potrzebne leki i bla bla.

Umawiam ginkę na wtorek.

Ginka od razu wyrokuje - konieczny szpital i badania, obiecuje że pewnie po kilku dniach jak mnie unormują to wrócę do domu.

Wieczorem pakuję walizkę i sprawdzam opinie o lokalnym szpitalu, do którego miałam się stawić następnego ranka. Od razu natrafiam na info, że ordynator ginekologii ma na karku 3 (słownie : TRZY) wyroki za doprowadzenie do śmierci nienarodzonych dzieci przez zaniedbania i błędy w sztuce...

Kilka telefonów do znajomych lekarzy i kolejny research w sieci i typujemy najlepszą ginekologię z oddziałem neonatologicznym o najwyższym stopniu referencyjnosci (choć nikomu jeszcze przez myśl nie przechodzi przedwczesny poród, raczej "wybadanie" szpitala na za dwa miesiące).

W środę rano przyjmują mnie do oddalonego o 150 km od domu szpitala o dobrej renomie. Robią usg, przepływy na granicy normy. Małego w 29+5 oceniają na 1200 gram, znów dolna granica normy ale ja już wiem, że przestał rosnąć.

W czwartek powtórka badania moczu z dzm - białko wystrzeliło do 1500. Na obchodzie mówią mi, że z takimi wynikami będę musiała zostać w szpitalu do porodu. Jesteśmy w 29+6. Jestem podłamana, że będę tam musiała leżeć jeszcze dwa miesiące...

W piątek 22 maja jesteśmy w 30+0. Od moich pierwszych objawów złego samopoczucia minęło ledwo 5 dni. Rano rutynowe ktg. Tętno malucha spada cyklicznie ze 150 do 60. Położna trzy razy poprawia czujniki, wciąż to samo. Woła lekarza, który rzuca okiem na wydruk i mówi "jedziemy na cięcie".

W pierwszej chwili nie rozumiem, w drugiej kręci mi się w głowie. Co teraz będzie? - pytam inteligentnie pielęgniarkę. W sali nagle zaroiło się od ludzi. Ktoś wbija igły, ktoś wenflon, anestezjolog zadaje jakieś pytania, zakładają mi "operacyjną" koszulkę a do mnie wciąż nie dociera co się dzieje. Pytam tylko czy mogę zadzwonić do domu, dzwonię do mamy i mówię "przyjeżdżajcie bo idę na cięcie". Dopiero w tym momencie łzy napływają mi do oczu. Mały waży 1200 gram, jak on ma to przeżyć?

Potem następuje jeden wielki młyn i nerwowa bieganina, ten pośpiech dodatkowo mnie przeraża bo uświadamiam sobie, że ci wszyscy ludzie naprawdę właśnie walczą o życie mojego dziecka.

Znieczulenie w kręgosłup, stół operacyjny, jeszcze czuję ale oni już tną, odwracam głowę bo wszytko odbija się w lampie nad moim brzuchem. Po pięciu minutach tarmoszenia moich wnętrzności słyszę płacz.

Płacze płacze płacze czyli oddycha czyli żyje czyli nie jest z nim tak źle.

Apgar 7-8-8... To bardzo dużo na takiego wczesniaka mówi chirurg, który mnie zszywa.

1430 gram i 43 cm. Więcej niż ocena z usg. Bliżej 1,5 kg niż 1 kg. O matko, dzięki i za to.

Pokazują mi go przez 5 sekund i pędzą z nim na neonatologię.

Zszywają mnie, odwożą na pooperacyjną. Co z dzieckiem? Co z dzieckiem? W końcu schodzi neonatolog. Nie jest źle, ma typowe problemy wczesniakow ale jest stabilny. Przychodzi mój chirurg. Obiecałem, że będzie dobrze i jest dobrze - mówi z uśmiechem. Uratował mi dziecko.

Przez tę piorunująco postępującą gestozę zaczęło odklejać się łożysko. Gdyby to stało się w nocy, rano Leoś mógłby już nie żyć w moim brzuchu. Gdybym zignorowała obrzęki i podwyzszone cisnienie uznając to za typowe objawy ciąży, moglibyśmy nie żyć oboje.

Także nie mieliśmy pecha z gestozą, mieliśmy niewyobrażalnie szczęście że w odpowiednim momencie trafiliśmy do odpowiedniego szpitala i na odpowiednich lekarzy. Że głupie ktg podpięto mi w odpowiednim momencie.

Zaczynając ten pamiętnik nigdy, przenigdy nie wyobrażałam sobie takiego obrotu spraw. Teraz marzę tylko o tym, żeby napisać "wychodzimy do domu, Leoś jest zdrowy" 😌

Niech się spełni.

6 komentarzy (pokaż)
UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do BellyBestFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)