BellyBestFriend
Dodaj do ulubionych

Pamietniki / Tytuł: Kociątko kici kici ;)

Autor: Zelma
7 listopada 2016, 15:48

[Wit 1 rok i 14 dni]

Noc przespana (20:30-6:30 alleluja!). Gdy mąż wychodził do pracy, dałabym sobie rękę uciąć, świadomie zrobił Witek pa-pa łapką! Wielka radość. Mąż pożegnał się z Witkiem... a potem się zawahał i w stosunku do mnie ograniczył się do 'no to cześć' (w tak zwanych dobrych czasach był to cmok). Staram się zachować cierpliwość i wyrozumiałość, ale to trudne. Aktualnie 'niby jest ok' a w praktyce jestem ta zła, co powiedziała prawdę. Trudną prawdę, to fakt. Rozumiem, że posłaniec ze złymi nowinami ma zwykle przerąbane. Ale to i tak boli. Zwłaszcza jak w jednej chwili do Witka mąż zwraca się normalnie, miło, łagodnie, a w drugiej - do mnie - inaczej.

Staram się - nie dopuszczać do siebie myśli z serii: 'gdyby cofnąć czas, gdybym miała jeszcze raz...' - bo trochę boję się odpowiedzi. Na razie chcę się skupić na tym, co teraz. Szukam w tej sytuacji 'bez wyjścia' jakichś rozwiązań. Bo to nie jest tak, że teściowa jest na wskroś zła, a ja dążę do zerwania kontaktów. Owszem - ma nieco inne postrzeganie świata, czasem mi szczena opada, czasem wszystko inne też, ALE to wszystko są rzeczy, z którymi jestem w stanie żyć. i to nawet względnie spokojnie. Nie jestem natomiast w stanie żyć z szantażem emocjonalnym, który stosuje. Tej jednej rzeczy nie jestem w stanie zaakceptować, ani nawet zignorować udając, że nic takiego się nie dzieje. Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Rzecz więc w tym, jak tę jedną kwestię rozwiązać - bez robienia totalnej rozpierduchy. Jak zmusić ją do wycofania się z tego szantażu. Czy może raczej - jak przekonać ją, że to nie jest dobre - dla nikogo. W tym może sedno. Przekonać, nie zmusić. Normalnie... jak negocjowanie z terrorystą przetrzymującym zakładnika.

Przewrotny jest los... czasem jak myślałam o alternatywnych kolejach losu, to myślałam sobie, że może bym się sprawdziła jako coach/mentor/psychoterapeuta... I proszę - nie musiałam zmieniać ścieżki życiowej, a mega wyzwanie w tym obszarze samo się pojawiło. Takie mam wrażenie - że albo 'rozpracuję' psychologicznie teściową i w ten sposób znajdę klucz do rozwiązania nie-siłowego. Albo w diabły się to wszystko rozleci. Wszystko. Taka jesień parszywa... I taki mój charakter parszywy. Empatyczny, próbujący zrozumieć, pomóc... A może tu trzeba pięścią w stół walnąć i niech się dzieje co chce? Potrzebuję trzeźwego spojrzenia z zewnątrz - i w tym kierunku teraz chcę zrobić krok tzn. spotkać się z coachem/psychologiem z doświadczeniem w mediacji takich sytuacji. Mam nawet jedną osobę na oku. Mam nadzieję, że to jest dobry trop bo cofnąć się już nie mogę - coś MUSI ruszyć naprzód.

Taa... a ja NAPRAWDĘ wcale nie o tym chciałam ;) Chciałam o tym, że byłam z Witkem na wizycie u pediatry. Przegląd roczniaka był, choć nie jakiś nadzwyczaj szczegółowy - to co zwykle czyli waga, oględziny, osłuchanie, zerknięcie w paszczę i gardło, skóra głowy, skóra łydki, brzusio, klejnoty. Dzisiaj dodatkowo było mierzenie wzrostu - na stojaka ;) Wszystko gra. Pani orzekła, że Wit jest na 25centylu, ja wiem, że pani używa starych siatek, więc nanoszę to sobie na moje domowe i wychodzi mi konsekwentnie 50. centyl. Ale szczerze mówiąc to mam w nosie te centyle - gołym okiem widzę, że krzywda się synkowi nie dzieje, apetyt ma, na wadze przybiera, ma mnóstwo (uuufff) energii, cały czas uczy się czegoś nowego. Jest dobrze! Dzisiaj zaliczył ostatnie szczepienie na pneumokoki. Za miesiąc MMR, potem meningokoki bo do tej pory nie miał, ale skoro w przyszłym roku żlobek/klubik wchodzi w grę to chciałabym, żeby i to szczepienie miał. Potem ospa. A potem przypominający hib. Dzisiaj szczepienie niemal na luzie, owszem płaknął na koniec, ale porównywalnie z sytuacją gdy sie sam o coś uderzy.

Waga: 9.845 (mniej więcej 3x urodzeniowa), Wzrost 75,7 cm, Uzębienie: zębów 6, wszystkie 1 + górne 2. Dolne 2 (i 3?) szykują się do ataku.

Zęby... pamiętam, że pierwsze wyszły dolne jedynki i pamiętam dzień, gdy się przebiły. Górne jedynki... też na jakimś wyjeździe... ale kiedy dokładnie??? Górne 2 - tego już nie pamiętam zupełnie. Chyba jestem szczęśliwym człowiek (tak przynajmniej sądzę czytając niektóre armageddoniczne opisy o idacych zębach.... albo wszystko przed nami. No... zobaczymy.)

I jeszcze, jeszcze chciałam napisać, że porzucił Witek raczkowanie. Może nie w 100%, ale zdecydowanie preferuje poruszanie się na 2 nogach. i zaczyna cwaniakować tzn. czuje się już dosyć pewnie... i czasem przecwaniakuje - a to nogi mu się rozjadą, a to za szybko nimi przebiera i traci równowagę, a to za szybko chce zejść z łóżka. No i znowu odpalam radar, żeby sobie nic złego nie zrobił.

A żeby nie było, że tylko galopuje... od kilku dni odkrywa jakby przyjemność leżenia/wylegiwania się. Zdarza mu się czasem położyć, zazwyczaj na placach i tak leżeć na łóżku czy kanapie kilka chwil. Z wyrazem zadowolenia na buźce ;) [fot wczoraj kanapa synchroniczna, like father like son]

Przytulanie aktywne. Obejmuję, przytulam, nieco nawet teatralnie - mrucząc wyraźnie i na koniec daję cmoka. Podoba mu się to! Usmiecha się... i czeka na jeszcze ;)

I na koniec - ćwiczymy jedzenie w foteliku. Ze zmiennym szcześciem - dziś mnie mało szlag nie trafił jak siedząc w foteliku wpakował łapę do miseczki z Bieluchem i wyciaprał go na całą tackę. Oraz swojego czystego bodziaka, ręce, nogi i trochę włosy. Hint: miał to być szybki posiłek przed wyjściem do lekarza. Iść mieliśmy spacerkiem. Taaa... przebieżka do metra, potem sprint z wywalonym jęzorem, kolejka w rejestracji... i voila - zaledwie 10 minut spóźnienia.

No... misz-masz ogromny w tym wpisie, ale niestety - albo tak, albo wcale. Wieczna walka z czasem (a konkretnie jego brakiem).

4 komentarze (pokaż)
8 listopada 2016, 11:14

Wyjrzało wczoraj wieczorem słońce. Znaleźliśmy drogę do siebie, znów gramy w jednej drużynie. To ogromna moc! Ten moment, gdy czujesz, że sypie się mur, że oboje się odsłaniamy - bo wierzymy, że z drugiej strony nie będzie ataku.

Od kiedy pamiętam, uważałam, że mąż nie chce/nie potrafi rozmawiać. No taki, nomen omen, zamknięty małż. Ja zawsze chciałam... ale teraz tak sobie patrzę, że... ja chcieć to jedno, a potrafić to drugie. Ja też nie do końca potrafię rozmawiać. Jest nad czym pracować.

W niedzielę byłam na warsztacie, o komunikacji, o blokadach komunikacyjnych. Bardzo przydatny!
michaela - masz chyba siódmy zmysł ;) "ja jestem ok i Ty jesteś ok" - o tym m.in. było ;)
madu - dokładnie tak, dlatego właśnie - choć teoria głosi, że z szantażystami się nie negocjuje, to jednak zależy jakie rozwiązanie chce się uzyskać. Oczyścić wszystko granatem czy może jednak skalpelem/szczoteczką. Granat czyści, ale zostawia mnóstwo odłamków.
maxi - a zerknij sobie na ten link - może to coś dla Ciebie? Ja chcę spróbować - od czegoś trzeba zacząć. http://www.dojrzewalnia.pl/wirtualna_dojrzewalnia/programy/gdybym_dorosla.html

Chciałabym jeszcze napisać, utrwalić to co się między nami zadziało, co się buduje, ale jeszcze nie. Niech się najpierw w głowie ułoży.


Wiadomość wyedytowana przez autora 8 listopada 2016, 11:16

1 komentarz (pokaż)
9 listopada 2016, 09:57

Śnieg!!! Miałam napisać nawet - pierwszy śnieg. Bo w sumie, może i Witek miał już ze śniegiem do czynienia, ale jednak ten śnieg jest pierwszy. Bo rok temu... rok temu to był zupełnie, zupełnie inny Witek. Także - śnieg po raz pierwszy... A może co roku będzie pierwszy?

A na świecie - wybory w USA wygrał Donald Trump. Witold żyje w ciekawych czasach. The Wit of change?

U mnie mała zmiana - @ z odstawienia tabsów. Tak się odzwyczaiłam, że w pierwszej chwili pomyślałam: aha... i co się z tym robi? ;)

A... zapomniałabym. Nie no - niesamowite to jest jak wielki rozpierdzielnik potrafi zrobić taki jeden mały człowiek.... Lecę sprzątać!


Wiadomość wyedytowana przez autora 9 listopada 2016, 10:54

4 komentarze (pokaż)
9 listopada 2016, 21:55

Paradoks: uświadomiłam sobie dziś, że opiekując się Puckiem praktycznie nie mam własnego życia. No nie mam bo kiedy - pomiędzy ściąganiem go z krzesła (na które sam wlazł), a chwytaniu niemal w locie - bo znowu siadł na brzegu kanapuy? Ale nie o tym. O paradoksie. Także - nie mam tego wspomnianego życia... i... równocześnie... jeśli czegoś żałuję... to żałuję, że wcześiej się za te dzieci nie zabrałam. O!

Dzisiaj zobaczyłam, że koleżanka - moja rówieśniczka - spodziewa się trzeciego dziecka. Ma 2 synków, teraz będzie dziewczynka. Poczułam coś jakby ukłucie zazdrości. Jak nie masz dziecka to 'ścigasz się' z tymi co też jeszcze nie mają i zazdrościsz tym co mają choćby jedno. Jak masz jedno... patrzysz dookoła i widzisz tych, co mają dwójkę... Never ending story?

6 komentarzy (pokaż)
10 listopada 2016, 19:22

Są czasem takie momenty (konkretnie: TERAZ) kiedy mam ochotę przykleić Młodego do podłogi. I nie - nie w tym rzecz, żeby nie dreptał za mną krok w krok. Nie, niech sobie drepta, to spoko. O to chodzi, żeby ta małpiatka nie wspinała się na krzesło w ciągu tych 15 sekund kiedy np. wynoszę kubek do kuchni! Oczywiście małpiatka nie wie, że może spaść. A wspina się bo jest teraz na etapie blatów. Blatów kuchennych, blatu od stołu. Wie, że tam jest cały niezbadany obszar do odkrycia więc MUSI się tam dostać.

Sprawdziłam w książeczce zdrowia - karta rozwoju psychoruchowego: 'wspina się na meble' - osiągnięcie oczekiwane w 18. miesiącu życia. Przy okazji odhaczam jeszcze: 'naśladuje niektóre czynności domowej. Czyściłam kanapę wilgotną ścierką. Kiedy to piszę Pucek dorwał ścierkę i też 'czyści' kanapę. Oho... dorwał książeczkę zdrowia...

3 komentarze (pokaż)
14 listopada 2016, 23:07

- Może bym już do tabsów nie wracała?
- Myślę, że to dobry pomysł.

Pan przytula panią, kurtyna ;)


Wiadomość wyedytowana przez autora 15 listopada 2016, 00:33

16 komentarzy (pokaż)
17 listopada 2016, 03:52

Właśnie 'miauknął' - na tyle głośno, żebym śpiąc w drugim pokoju zerwała się na nogi. Tup, tup pod drzwi... ale... cisza, dalszych miauknięć brak. Oho... zatrzymałam się więc w pół kroku, czekam, liczę do 20... nadal cisza. No to obrót na pięcie i powrót do wyrka. Oby tak do rana już ;)

Wczoraj obudził się coś ok. 3... poprzytulałam, poprzytulałam, mleka nie dałam... i obył się, nawet bez szczególnych awantur. A jak już zasnął - to do 8 pospał. No.. szaleństwo ;) I najlepsze - po obudzeniu... wcale nie był wściekle głodny. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że to nocne karmienie... z mojego lenistwa wynika. Pójścia na łatwiznę tzn. jak się w nocy obudzi - to najłatwiej cyca i niech śpi dalej. Co prawda jak się na półśpiąco wstaje to mózg pozostaje chyba w opcji 'sen' i podpowiada 'rób cokolwiek byle szybko wrócić spać'. Ale na dłuższą metę to zamknięte koło. Także - odrobina samodyscypliny i liczę na pozytywne efekty ;)

Decyzja... na razie nic wielkiego. Czy może inaczej - akceptacja męża jest dla mnie wielką rzeczą. Co prawda plan był taki, że Witold ma nie być jedynakiem i ogólnie za długo czekać nie chcemy. Ale wiadomo - plan jedno, a potem pojawia się młody człowiek, zagarnia czas, duszę i serce, robi przemeblowanie życia i ogólnie zmienia to i owo. Proza życia się pojawia - nakarmić, przewinąć, zabawić, położyć spać... Oddaj pilota, nie ruszaj książki, uwaażaj... ciii... no nic takiego się nie stało... I to uczucie o 6 rano w weekend, gdy masz ochotę naciągnąć kołdrę na uszy, a wstajesz i gnasz z uśmiechem na ustach i słowami: "Dzieeeeeń dooobry! Jak się spało? Wyspałeś się?" Nom - także nie powiem, miałam pewne obawy, że plan planem, ale mężowaty będzie miał jakieś obiekcje. A tu proszę ;)

Natomiast w praktyce. W praktyce natomiast, na razie nie tyle staramy się o dziecko co nie robimy nic, żeby go nie było. Nie biorę tabsów od 2 tygodni, ale też nie śledzę cyklu, żadnych pomiarów temp (nie ma i nie będzie - do tego się nie nadaję ;). TSH (rutynowe) wyszło 2,5; w piątek rutynowa kontrola u endokrynolog - zobaczymy czy będzie widziała potrzebę ingerencji, ja bym na razie wolała nie ingerować. Zresztą i tak spadło bo poprzedni wynik wyskoczył górę - prawdopodobnie ze stresu. A jeśli ze stresu to trzeba stres rozładować, a nie tabletkami się szpikować. Do tego - nadal karmię Pucka. Raz-2 razy dziennie. Z nocnym karmieniem nawet ze 3 razy. Ograniczę się teraz do porannego karmienia. Myślę o całkowitym odstawieniu... chciałabym już odzyskać mój biust ;) Napić się bezkarnie winka, zjeść tatarka - zanim znów nie będę mogła ;) Także na razie... na luzie. Czekam na @, apotem się zobaczy.

Ale... tak, czuję się gotowa na ciążę. W sensie wewnętrznej chęci. Jeszcze chwilę-moment temu miałam takie momenty zawahania. Aaaa.... może by tak już nie wracać do tych non-stop pieluch, karmienia, wstawania po nocy? Lenistwo-wygodnictwo... A potem był taki moment, kiedy się znienacka źle zrobiło. Miałam wtedy takie wrażenie, że wszystko w diabły weźmie, się rozsypie. Poczułam obawę - i wielki jakiś taki żal do losu, że... może i tak się zdarzyć, że tego drugiego dziecka... po prostu nie będzie. Że się nigdy nie przekonam jak to jest mieć dziecko inne niż Pucek. Że już nigdy nie będę w ciąży, że pewne rzeczy się już mogą nie wydarzyć. I wtedy chyba 'przeszło mi' to lenistwo. Ba... po cichu nawet pomyślałam sobie, że jakby się bliźniaki (parka) pojawiła to też bym nic przeciwko nie miała. Tak, tak, że aż tak. Wychodzi więc, że ten gorszy moment też po coś był potrzebny. Czasem odpowiedź na pytanie 'czy chcę' jest trudna, 'nie wiem'. A jak się odwróci sytuację - a co jeśli tak się nie zdarzy? - i już się układa i rozjaśnia. Przepraszam za porównanie, ale to tak jak z kelnerską sztuczką w restauracji:

- polecam steki
- hmmm czy ja chcę steka? no nie wiem, nie wiem...
- a chwileczkę, ja sprawdzę czy jeszcze są, bo szybko dziś schodzą...
kelner znika, a u klienta coś się odpala - to może nie być steków? Ale jak to? Nie no, ja chcę steka!!! Kelner wracaj, ja już wiem, jestem pewna i przekonanan, że chcę steka!!!

W anegdotce kelner się pojawia i mówi - jesszcze są. Ale życie bywa różne. I myśl o tym co się może *nie* wydarzyć pomaga weryfikować na czym nam zależy.

No... to się poważnie zrobiło, że ho ho. A to takie niedwekwatne - bo ja radość czuję. Że się znów klocki poukładały. No... dosyć filozofowania, Pucek zamiauczolił...

5 komentarzy (pokaż)
20 listopada 2016, 11:20

Zadziwiające... jak kreatywny potrafi być mózg w sytuacji dużego stresu i zmęczenia... Bo otóż mogłabym ten wpis zacząć tak:

*** "Piękne to niebo!" - pomyślała Zelma rejestrując ostatkiem sił wschód słońca, gdy z Witem bladym świtem do domu wracała.

Albo tak:

*** Czy wie ktoś może, gdzie można kupić klej mocujący? Co? Jak to co mocujący? Dziecko mocujący. Do podłogi!!!

Albo tak:

*** I śpi sobie obok to niewiniątko. Normalnie jakby-nigdy-nic... nawet zgodnie z planem bo drzemkę o 9 rozpoczął...

Albo tak:

*** SMS do mężowatego o 4 rano: "Odwołaj naszą wizytę u znajomych. Ciężka noc."

Albo tak:

*** Dobrze, że nie jestem brunetką. Bo bym teraz wyglądała jak czarno-siwa zebra.

Albo tak:

*** Jak to w tej książce o kosmitach było? "Karta stałego klienta sor?" Od razu mi się cały rozdział o wypadkach przypomniał...

Albo tak:

*** Wśród nocnej ciszy łomot się rozchodzi... Łomot, ale bez płaczu więc drepta Zelma do pokoju Wita zakładając, że stawał w łóżeczku i o szczebelki grzmotnął. Nie zapalając nawet światła (po co rozbudzać) podchodzę do łóżeczka, wyciągam ręce do środka, macam - pusto. A przy stopach czuję coś miękkiego. WTF!!!??? Błyskawiczne otrzeźwienie i tak zwane dodanie 2 do 2... Cholera jasna, Witek!!!

W łóżeczku szczebelki nie wyjęte, więc tylko górą mógł się wydostać. Jak? Witold jedyny raczy wiedzieć. Miśków/poduszek/kołdry itp. też nie ma. Wokół łóżeczka ściany... A jednak wspiął się jakoś... i spadła/ześlizgnął się? na podłogę. Stąd ten łomot.

Po ciemku lokalizuję gdzie nogi, a gdzie głowa, biorę na ręce, idę do jaśniejszego pokoju. Wystraszony ewidentnie, ale chyba cały. Nie płacze tylko cały się wtula. Siedzę z nim tak kilka minut, a myśli najróżniejsze szybują mi po głowie.

Do szpitala? Czy jednak nie? Jechać? Czekać? Do którego szpitala? Czy mogłam temu zapobiec? Czy jestem zbytnim lekkoduchem i to ostrzeżenie? www.google.pl ostry dyżur warszawa pediatryczny... Ale jak u diabła on się tam wspiał? Jeśli na izbie przyjęć kolejka to jest sens gnać i czekać tam kilka godzin?

Telefon do szpitala, izba pusta, radzą jednak przyjechać sprawdzić. Bo nie widziałam upadku, nie wiadomo co się stało. No skoro tak, skoro mi nikt nie powiedział, że przesadzam tylko wręcz przeciwnie to pojechałam. Ze spokojem bo raz, że tak po prostu mam, że w takich sytuacjach odcinają mi się emocje i przechodzę w tryb działania. A dwa - że z Witem nic się na oko złego nie działo, nawet wykazywał chęć spania, a przed samym wyjściem chciał wciskać pstryczki od światła. Ale, ooo nie, mój drogi panie, pomyślałam, jedziemy.

I pojechaliśmy, na szczęście przestało padać, ulice puste, w miarę (jak na listopad) ciepło. Wit po drodze przysnął, jak otworzyłam drzwi to szeroko się uśmiechnął, coś w stylu - hmm, co fajnego będziemy robić? Na izbie zaczął tuptać i gaworzyć, aż zaczęłam się zastanawiać co ja tu robię i czy na mocną matkę wariatkę wyjdę przywożąc wesoło dokazującego szkraba. Na szczęście szybko poszło i nie musiałam się za bardzo zastanawiać. Wywiad, oględziny, usg, zalecenia i do domu. Zdrów jak ryba, nawet siniaka ani zadrapania nie stwierdzono. Ufff...

Co do urazów - nic nie wskazuje na to, żeby uderzył się w głowę, ale ponieważ nie widziałam upadku - należy zachowywać się tak, jakby uraz głowy był tzn. czujna obserwacja przez 48h i jakby co - powrót na IP.

Z innych zaleceń:
- przez najbliższy tydzień nie wprowadzać nowości do diety (bo w razie wymiotów trudniej ustalić przyczynę)
- ograniczyć przez kilka dni silne bodźce audio-wizualne (bajeczki, tv, grająco-świecące zabawki)
- i... (tutaj musiałam mocno się starać by zachować powagę) WYCISZONY TRYB ŻYCIA. Pani doktor poradziła, żeby mu ograniczyć bieganie. Zakładam, że o wspinaniu nic nie powiedziała uznając to za oczywiste.

A Witold... Nasz szanowny pacjent w drodze powrotnej uciął sobie drzemkę i gdy weszliśmy ok. 7 do domu był już zwarty i gotowy do rozpoczęcia dnia. W tym biegania i wspinania czyli jakby to ująć, niezbyt się zaleceniami pani doktor przejął... Wprost przeciwnie - jakiegoś olśnienia dostał, zabrał mi łyżeczkę i próbował sam jeść kaszkę. I to faktycznie używać łyżeczki do jedzenia, a nie do zrobienia ogólnego zamętu.

Ze mnie powietrze by może uszło, ale jeszcze musiałam trochę poczekać. Pucułowy tata tej nocy był poza domem - wyjazd służbowy. Miał wrócić o 12. Szczęśliwie wrócił wcześniej - ok. 10. Wysłałam mu w nocy SMSa, żeby rano odwołał wizytę u znajomych bo noc ciężka. Więcej nic bo tylko by na odległość paznokcie z nerwów obgryzał...

Wrócił, opowiadziałam co i jak... "Ciężka noc?" (...)

I tak to. Za oknem ładny dzień się zapowiada, Witold drzemie w najlepsze, my się mentalnie ogarniamy, chłoniemy, parujemy - przyjmujemy do wiadomości, że jest ok. (chociaż mogło bardzo nie ok być).

Z ciekawostek... na opisie USG znalazłam taki zapisek: "śledziona (i śledziona dodatkowa) bez zmian". Dodatkowa śledziona???
A mąż tylko zanucił stary przebój bodajże Big Cyca... 'pierwsza komunia, drugie śniadanie, trzecia śledziona'

5 komentarzy (pokaż)
20 listopada 2016, 21:17

Uff... dopiero teraz schodzi/wychodzi cały stres i zmęczenie - czuję to w plecach, brzuchu, ściśnięty żołądek. Tak to u mnie działa, tego się spodziewałam, ale dzięki temu - dzięki tej znajomości siebie - łatwiej mi przez to przejść.

Dzień spokojny, Witold radosny, taki jak zwykle. Łyżka rano to nie był przypadek - w ciągu dnia autentycznie jadł sam łyżką kaszkę. Oczywiście nie tak, żeby się najeść, kaszka lądowała w buzi, ale też wszędzie dookoła ;) Ale jednak coś zaskoczyło. Zaskoczyło też samodzielne picie z bidonu. Czy też - jak bidon w miarę pełny to pije sam... a jak bardziej pusty i nie leci... to bierze bidon... i wsadza mi lub tacie w rękę - żeby mu przytrzymać tak, żeby leciało.

W pokoju przemeblowanie - udało nam się jeszcze obniżyć materac w łóżeczku. 10cm, zawsze coś... chociaż nie mamy złudzeń - jeśli będzie się chciał wspinać to te 10cm go nie powstrzyma. Gdyż był łaskaw 'zdradzić nam' jak tego wyczynu dokonał - otóż rękoma trzyma górną poręcz, nogami zapiera się o narożną listwę (szersza od szczebelka) i małymi kroczkami po tej listwie do góry. Na dalsze szczegóły nie mieliśmy nerwów. Wyjęliśmy z łózeczka 3 szczebelki i nauczyliśmy korzystać. Najpierw nie mógł załapać, że z łóżeczka można w ten sposób wyjść, Ale jak już załapał - był przeszczęśliwy. Wchodził i wychodził. Wzdłuż łóżeczka rozłożyliśmy zapasowy materac... No i ja rozłożyam sobie na dzisiejszą noc posłanie na podłodze. Może nie jest to konieczne... ale chyba bardziej dla mojego spokoju.

Jutro będziemy myśleli dalej - co tu zrobić. Bo wychodzenie z łóżeczka spoko... ale z drugiej strony - Pucek grasujący nocą samodzielnie po mieszkaniu - wykluczone. Oooo rany rany rany... a my myśleliśmy, że wyjmowanie szczebelków to temat jeszcze het het dalekiej przyszłości.

3 komentarze (pokaż)
22 listopada 2016, 22:06

"Książę William przyznał, że rodzicielstwo jest trudne"- głosi nagłówek w internecie.
Internauci się wściekli - no bo jak to, cóż trudnego jest w życiu księcia.

Moim zdaniem? Nie ma się o co wściekać.

"Rodzicielstwo jest bardzo męczące. Trudno było mi zmienić się z kawalera w męża i ojca. Byłem samotnym i niezależnym mężczyzną. Potem wziąłem ślub i urodziły się dzieci. To była bardzo trudna droga. Zmagałem się z rolą ojca - zdradził William."

Moim zdaniem? Książę czy nie książę, rodzicielstwo nie jest różami usłane. Myślę, że prawdę powiedział, nie o okolicznościach/kwestiach materialnych, a o stronie emocjonalnej. Dlatego - nie ma się co wściekać.

=====
Z innej bajki - starań brak, ale przygotowania wdrożone.
- kwas foliowy: kupiony, brany
- badanie kontrolne na kleszcze: zrobione dziś, czekam na wynik
- zakończenie szczepień moich na wzw a i b: wizyta umówiona na czwartek
- wizyta u dentysty (w tym rtg): umówiona na 07.12
- szczepienie Witka na MMR - chciałam przesunąć na styczeń, ale może jednak już w grudniu machniemy. MMR jest 'żywą' szczepionką więc wskazane jest, żeby przez 2-3 tygodnie po szczepieniu Witek nie miał kontaktu z osobami bardziej wrażliwymi na zarażenie (małe dzieci, osoby starsze... i kobiety w ciąży). Decyzję podejmę po mojej wizycie szczepionkowej - dopytam na ile się tym należy przejmować. Ale raczej wolałabym to mieć odhaczone, a Pucek sprawnie się porusza na 2 nogach, więc nie ma wskazań do opóźniania tego szczepienia. Się zobaczy.
- przegląd znamion po lecie > w planach, może zdecyduję się na usunięcie 2 brodawek (estetycznie mi nie przeszkadzają, ale funkcjonalnie trochę tak, a jeśli nie zdecyduję się teraz to w ciąży na pewno tego nie zrobię
- no i jeszcze usg - piersi, vag + cytologia, to akurat nie pod ciążę, a zwykła 'kalendarzowa' profilaktyka.

Poza tym... myślę sobie - co jeszcze powinnam zrobić teraz, kiedy jestem solo z Puckiem, a na co za Chiny nie będę miała czasu jak się drugi szkrab pojawi?

====
Borussia - Legia (LM) 8:4


Wiadomość wyedytowana przez autora 22 listopada 2016, 22:36

3 komentarze (pokaż)
23 listopada 2016, 20:33

Pucek wykazał dziś zainteresowanie muzyką, a konkretnie ta piosenka mu w ucho wpadła.
https://www.youtube.com/watch?v=3eZ8MRdl7jY
Sylwia Grzeszczak feat. Mateusz Ziółko - Bezdroża [Official audio]

Po czym poznaję? A po tym, że ruchliwy Pucek zatrzymuje się na chwilę, słucha... ;)

0 komentarzy (pokaż)
24 listopada 2016, 15:19

Witold - 13 miesięcy DZIŚ! ;)

Dzień z życia matki-polki
/dzień jak co dzień, ale niezupełnie - bo dziś wyjątkowo się staram być zorganizowaną i ogarniętą/
/a tak właściwie to pół dnia bo kto wie czy drugie pół będzie dane mi opisać > czas, siły etc./

No to jedziemy z koksem:

Otwieram oczy bo słyszę Witolda, spoglądam na zegarek: 5:45. Od razu przybywa mi sił - skoro jest 5:45 to znaczy, że Młody przespał noc, a co za tym idzie my również, a co za tym idzie będę miała więcej sił na zmagania w ciągu dnia. W dobrym nastroju, wręcz nucąc pod nosem idę robić 'teatralną pobudkę' - dziieeeeń doooobry! wstajemy! odsłaniamy okienko, zapalamy lampkę. Od kilku dni staram się ponownie wyeliminować nocne karmienie. Zmieniłam metodę. Poprzednio było: nie dostaniesz jeść, wracaj do spania. Ponieważ jednak Młody był za cwany i owszem może i szedł spać... ale na 30 minut, a potem miauczolił do skutku (a nawet opanowana Zelma nie jest ze stali i w końcu cyca wyciągnie - czy to litując się nad umierającym z głodu oseskiem, czy to nad swoją chęcią powrotu do spania. No, mniejsza z tym. Kilka dni temu przyjęłam inną strategię - jak się obudzi to nakarmię, ale nie od razu i nie wcześniej niż poprzedniego dnia. Nie wiem czy to działa, ale dziś skoro tak blisko 6 się obudził to jeszcze 15 minut wytargowałam - witajcie pluszaki, poczytajmy książeczkę. No i kp o 6, w sam raz.

W związku z przymiarkami do starań przestawiam się na jedno już tylko karmienie w ciągu doby - tylko rano. Hmm - "przestawiam się" w zasadzie to już się przestawiłam. Pierwszego dnia rano mlekodajnia trochę nabrzmiała, ale dziś już rano ok. Jakoś tak mam silną wiarę (sprawczą?), że natura to sama wyreguluje, bylem tylko nie przeszkadzała. Nawet śmię wierzyć, że obędzie się bez laktatora przy odstawianiu. No ale to jeszcze (paradoks - jakiś czas temu miałam dość kp i najchętniej bym odstawiła z miejsca. A teraz gdy powoli zbliżamy się do finału, jakoś tak aż tak mi się nie spieszy, choć z drugiej strony - nie czuję się komfortowo z coraz bardziej świadomym Witkiem (łapanie za dekolt czy podnoszenie bluzki jak jest głodny).

Czyli - karmienie, wit. D, pielucha, kanapki dla męża, świeża woda dla Witka, kanapki dla mnie, rozpakowanie zmywarki i buuch na kanapę. Ja kanapki (+witaminy) równocześnie Witold druga runda porannego KP. Ubieram siebie, ubieram Witolda. 7:15 wychodzimy z domu we trójkę. Mąż do pracy, a ja z Witkiem na przymusowy spacerek. We wtorek zostawiłam kartę płatniczą przy pobraniu krwi. Punkt czynny tylko do 11 więc wole wyjść szybko rano niż gnać z wywieszonym jęzorem po 1 drzemce. Pogoda ok, nawet przyjemnie. Dla Witolda raj - toć to pora wyprowadzania psów. Po chwili czuć jednak chłód więc podejmuje próbę - rękawiczki. Jest, jest, brawo, brawo, fota... no - i wystarczy. Wit zdejmuje rękawiczki. Hmm... spróbujemy jeszcze raz. Alleluja - ruszamy, a rękawice nadal na rękach. (Zostały do końca spacerku!). Czmych czmych, piekarnia - więc kupuję bułki na dziś/jutro. Odbieram kartę - i spacerkiem do domu, psiego-witoldowego raju część druga. 4,6km ;)

Jak człowiek jest wyspany to i świat się do niego uśmiecha, karma wraca czy jak to tam. Przed ścieżką rowerową przepuszczam rowerzystkę - a ta macha mi dłonią i woła: 'dzięki!'. Dosłownie za 30 sekund czekam na przejściu dla pieszych - zatrzymuje się auto i mnie przepuszcza. Uśmiecham się szeroko. Wit uśmiechnięty szeroko cały czas, oczopląsu mało nie dostanie od psów. Jeden z nich się odrobinę zbliża, ucinam sobie z włascicielem pogawędkę - o takie tam, ładny dzień, tak lubi psy... gadka-szmatka, ale jakoś tak miło.

Pędzimy do domu - docieramy o 8:30. Szybka decyzja - olać kaszkę, udostępniam mlekodajnię, wstawiam pranie, Witold spać (zasypia sam, naprawdę sam - tzn. od 2 dni po rytuale nie siedżę już przy łóżeczku tylko wychodzę z pokoju. Nie protestuje!).

Drzemka nr 1! Czyli moje pierwsze okienko na działanie. W myślach dalszy plan działań - zupa od wczoraj jest, dorobie naleśniki, będzie git! Siadam do kompa - 10 minut na hiszpański (odświeżam sobie, dosłownie po kilka minut, ale co-dzien-nie). Potem papierkowo-finansowo czyli rachunki, rozliczenia. No jestem maniakiem excela i wszystkie domowe finanse lubię mieć w exceliku. Tyle, że czasu na to teraz nie mam, 2 miesiące leżało odłogiem, dopiero teraz trochę nadgoniłam. Zerkam na zegarek - drzemka od 9 więc max do 10:30. Między 10 a 11 ma przyjść pani po kilka naklejek z Biedry. Nazbierałam ile chciałam, więc tych kilka co mi zostało po prostu wydaję. 10:30 - dzwięk domofonu budzi Witolda idealnie. Budzi się w dobrym nastroju, znów zaczynamy dzień.

Naklejki oddane, do 2 śniadania jeszcze chwila - wieszamy zatem pranie. Otwieram pralkę, podstawiam miskę i liczę na to, że Wit będzie w nastroju do zabawy - wyciągnijmy wszystko z pralki. Jest! Szarpie się z ubraniami, niektóre nawet lądują w misce. Inne na podłodze - trudno. Zerkając jednym okiem na Wita ładuję brudne naczynia do zmywarki, wyjmuję składniki na naleśniki. Zrobię tez surówkę marchewki - postanawiam w porywie kulinarnego szału. Tymczasem jednak ładuję pranie z podłogi do miski i proszę Witka o asystę przy wieszaniu. Człapiemy do suszarki. Witold łaskawy - nie dość, że nie ściąga dziś powieszonego... to jeszcze kilka rzeczy mi podał. Frajdę ma z tego wielką, zwłaszcza jak przy każdej podanej rzeczy dziękuję mu za pomoc.

Pranie powieszone, idę robić 2. śniadanie. Kawałek jabłka kroję w kostkę i kładę na talerzyk Witka. Stawiam na stole i pędzę kończyć kaszkę. Wracam szybciej niż wyszłam - i widzę to czego się spodziewam - Wit wdrapał się na krzesło, stoi i radośnie wcina jablko. Zdejmuję delikwenta z krzesła (Żeby nie było - sam je sobie odsunął od stołu bo zasuwamy, żeby... nie - nie zeby nie wchodził bo patrz punkt 1 - i tak odsunie i wlezie. Ale trochę go to spowalnia). Zdejmuję z krzesła, sadzm na krzesełku, przypinam, podsuwam do stołu, podsuwam talerz. Pędzę po kaszkę i talerz dla mnie: bułka, masło, metka - zestaw do samodzielnego złozenia przy stole. Dobrze, że herbaty nie piję... nie miałabym kiedy zrobić, ani kiedy wypić. Wit wcina jabłko, so far so gut. Kaszka - nie (taa nie mogło być za dobrze). Ale - na Twoją bułkę to miałbym chęć. Ale z masłem!!! Ok. Robię sobie kanapkę, nawet udaje mi się ugryźć. Wit wyciąga rękę w stronę pomiora... a ja po raz kolejny daję się 'nabrać'. No pewnie - spróbuj sobie, czemu nie. Po chwili widzę jak Wit z całych sił ściska pomidora a jego płynna zawartość ląduje na polarowych ogrodniczkach od spania. Czemu ich nie zdjęłam po drzemce albo chociaż nie założyłam śliniaka? Hmmm to dobre pytanie! W pierwszym odruchu próbuję ratować sytuację, ale... po chwili wzruszam tylko ramionami myśląc: trudno. może chodziać bodziaka nie zapaprze? Wzruszenie ramionami zbiega się w czasie z drugim gryzem mojej kanapki. I tak to sobie jemy to śniadanie. We dwójkę i przy stole! Ruszam do ataku z kaszką i tym razem jest ok. Względnie. Bo po 5 łyżce widzę ojawy zainteresowania łyżką. Chwyta łyżkę, oczywiście pełną i przez chwilę trwają negocjacje co do tego gdzie wyląduje kaszka. Oczywiście - tam gdzie pomidor. Ratuję się tajną bronią - kubek z kaszka ma nadrukowane psy. Dzięki temu łapie zainteresowanie na kolenych kilka łyżek. Trochę kaszki zostaje, ale już mu daruję (dorzucę do ciasta na naleśniki - myslę chytrze).

Wit zaczyna się już na dobre wiercić i kręcić, zdejmuję go z krzesełka (błąd), szybko zdejmuję uświniony polarek i z radością stwierdzam, że bodziak ujdzie. Ujdzie bo jeden rękaw trochę oberwał pomidorem, ale... ujdzie ;) Witold na podłodze, resztki śniadania na stole... Stawiam mu talerzyk z resztą jabłka na kanapie - żeby mógł dostać, gdy ja będę kończyć moją kanapkę. (błąd) Przez 3 sekundy jest spokój... A potem normalnie jakbym z hydrą walczyła. Albo bumerankiem. Idę do kuchni po wigotną ścierkę, wracam - Wit na krześle. Zdejmuję, zasuwam, wycieram fotelik, Wit zsuwa talerz z jabłkiem na podłogę, rozsypuje kostki jabłka wokół siebie. Zwracam mu uwagę, patrzy na mnie pilnie. Wynoszę wilgotną ścierkę do kuchni i obiecuję sobie solennie, że fotelik będę myła tylko RAZ dziennie - wieczorem. Częściej naprawdę nie ma sensu. Czy też - może ma, ale chciałabym w życiu robić coś jeszcze oprócz wiecznego przecierania fotelika. Wracam z kuchni, Wit na krześlie przy stole. Zdejmuję, zasuwam, wynoszę ze stołu najniebezpieczniejsze rzeczy (nóż, widelek, szklanka z resztą wody). Wracam, zdejmuję Witka z krzesła, zasuwam. Rezygnuję z drugiej połowy bułki. Ubieram Witkowi spodnie i skarpety, ogarniam bałagan z podłogi (jabłuszko). Ubierając spodenki Witka przypominam sobie o moim innym genialnym postanowieniu - żeby wrócić do podziału spodnie domowe/spodnie wyjściowe. Wyjściowe nie są naprawdę wyjściowe. Wyjściowe to po prostu 'inne niż dresowe'.

Zerkam na zegarek - 11:30. Nie jest źle, nie jest źle - do obiadu 2h, można coś porobić. Na dwór nie idziemy - byliśmy rano, a po południu jeszcze wyjdziemy. No to... w zasadzie to 1,5h bo pół godziny na zrobienie obiadu odpada. To może tę marchewkę od razu. Rach ciach - trę 2 marchewy (nie cierpie trzeć, ale lubię surówkę z marchewki. Domową - bo kupna zazwyczaj jakoś tak sztucznie mi smakuje). Rozmyślam czy skoro 'czego to ludzie nie wymyślą' to nie wymyślili czasem jakiejś maszyny do tarcia marchewki. Próbuję zrobić notatkę mentalną - spytać eghm w wolnej eghm chwili wujka Google. Trę siedząc na kanapie - żeby Wit widział. Wit wcale nie happy - chce się dostać na kanapę i zobaczyć z bliska. Wspina się, piszczy i robi nieszczęśliwe miny. Trochę daje się udobruchać kawałkiem marchewy, ale nie nie za bardzo i nie za długo. Marchewa starta, wynoszę do kuchni i sprzątam cały majdan śniadaniowy. Chwila dla Witolda - oglądamy Bal Słówek. Podoba mu się. Próbuje oczywiście ponaciskać wszystkie klawisze laptopa, ale biorę go na kolana i odpuszcza. Wtula się we mnie, ogląda bajkę (i tylko od czasu do czasu jedna czy druga ręka bezwiednie wyrwą się do laptopa. Tym razem matka błędu nie popełnia, nabrać się nie daje - udaje nam się obejrzeć bajkę bez przerywników, wyrywania itepe itede.

Po bajce Wit wędruje na podłogę (pudło z zabawkami), a ja postanawiam zrobić coś konstruktywnego. Stół. Zagracony stół postanawiam uprządkować. Wit się bawi... jakiś czas zabawkami... a następnie dopada szufladę z chusteczkami. Jedna z paczek ma pecha - zestaje unicestwiona przez chusteczkowego pogromcę. Spodziewam się, że będzie chciał zjeść trochę papieru. Nie je, nie je, nie je... hmmm Wit - co masz w buzi?

CDN - I to by było tyle jeśli chodzi o drugą drzemkę. No tak 1h 15 minut. Książkowo...

3 komentarze (pokaż)
24 listopada 2016, 19:31

Matka polka - druga odsłona.

Zachciało mi się jeden dzień opisać... bo to tak szybko się zmienia i umyka. Więc ten jeden jeden - niech zostanie.

Sprzątam stół a Wit zajmuje się sobą. Taa... na przykład bezbłędnie identyfikuje które książki są z biblioteki. Te interesują go oczywiście najbardziej. Ja jeszcze oprócz stołu mocuję sie chwilę z osłonką na zawias drzwi, ale ni diabła, coś przeskoczyło i nie da się zamontować. Czyli jednak trzeba tego jakiegoś regulatora od okien zawezwać. I tak mieliśmy do regulacji ogólnej. Kolejna notatka mentalna, kolejny punkt na to do liście. Ok. Czas się z obiadem sprężać - przenosimy się do kuchni. Wit idzie prosto do szuflady z kuchennymi akcesoriami... i konsekwentnie wyrzuca wszystko na podłogę. Ale tylko chwilę bo zaraz orientuje się, że coś się dzieje na wyższym poziomie. Piszczy niezadowolony - wie, że COŚ się dzieje na blatach, ale nie widzi co. Usiłuje się wspinać, uwiesza się na moich spodniach - byle zobaczyć co TAM się dzieje. Siadam więc z miską na podłodze (błąd) i mieszam ciasto na naleśniki. SEKUNDA nieuwagi... i już łapka Witolda ląduje w misce. Grrr... znowu! Znowu dałam się nabrać. Jako nauczona życiem matka powinnam się z tą miską z blatu nie ruszać, ignorując pretensje Witolda. No ale... znowu dałam się nabrać - ciekawy świata jest, niech sobie popatrzy... Wycieram łapki, miska na blat. Wit trochę się obraża i 'opuszcza lokal'.

Słyszę odgłos drzwi - powędrował do naszej sypialni. Szmer szuflady - oho czli demolka idzie dalej. Moja ocena sytuacji jest słuszna... po chwili Wit z triumfalnym uśmiechem przynosi mi do kuchni mój własny biustonosz. Rzuca łup na podłogę i wraca polować dalej. Ignoruję wszystkie przedmioty leżące na podłodze - skupiam się na zupie i naleśnikach. Wit pojawia się w drzwiach - miele w buzi chusteczkę. Odrobina celulozy mu nie zaszkodzi... ale sprężam się bo gotów całą paczkę zjeść. Odmierzam porcję zupy dla Wita, ze swojej rezygnuję (zjem jak pójdzie spać). Siadamy do stołu, Wit w fotelik. Dostaje naleśnika w łapki, a dzięki zajętym łapkom konsumuje zupę. Do naleśnika miał być mus śliwkowy, ale skoro tak wyszło, że Wit zakąsza naleśnikami zupę to już mus śliwkowy jemu daruję. Więcej dla mnie! Bo ja, w przerwach między szuflowaniem Wita, łapię po kawałku naleśnika i łyżce musu i wcinam. Czuję się trochę jak... ubogi krewny liczący na resztki z pańskiego stołu ;) Zupę Wit wcina dość chętnie (moją przeze mnie ugotowaną!)... ale i tu przychodzi znudzenie. I widze ten błysk w oku. Tak to działa: najpierw słabsze otwieranie paszczy, a potem nagle paszcza szeroko otwarta i diabelski błysk w oku. I wiem co to oznacza - jak tylko wsadzę łyżeczkę w paszczę - zagryzie ją Witold ciesząc się nieziemsko - jaki to mi numer wyciął! Obiad mimo wszystko dosyć sprawnie i bez większych szkód. Lecimy myć zęby (mała awantura bo ze wszystkich szczoteczek to szczoteczka mamy jest najfajniejsza i na nią Wit regularnie poluje). Zęby umyte - pora spać.

Kładę spać, okienko zamknięte, miśki dobranoc, kołysanka, szeptanki. Jeszcze wystawia ze 2-3 razy łapkę przez szczeble. Taka nasza nowa zabawa - on wystawia, a ja mam polować. Jak 'upoluję' to Wit szybko cofa łapkę.. i rechocze uradowany. W ogóle wszelkie gry typu 'goń-mnie strasz-mnie' są aktualnie na topie. Wychodzę z pokoju... rozglądam się ostrożnie po polu bitwy. Zgarniam kuchenne utensylia do szuflady (nie, nie myję. Może powinnam, ale... i tak zaraz będą na podłodze). Zgarniam elementy mojej bielizny, rozwłóczone przez Witolda i chowam do szuflad. Zgarniam zabawki. Godzina czasu do dyspozycji, co by tu... może wpis? Kiedy piszę o surówce... przypomina mi się, że ona nadal czeka w lodówce - zapomniałam o niej... A kiedy o 15:15 Witold się budzi, w moim talerzu jest mniej więcej tyle samo zupy co nalałam. Chwytam jeszcze naleśnika - i idę. Dzieeeeń dobry. Oho - tym razem Wit wcale nie jest zadowolony, że się obudził. "Świat jest zły".

Wietrzę mieszkanie, szykuję się do wyjścia (kwity medyczne, spodnie 'wyjściowe'). Ogarniam kuchnię. Bawię się z Witoldem. O 16 mały wcinacz wcina słoiczek. Na krzesełku, tym razem łapki zajmują się zdejmowaniem plastykowych kółek z oparć fotelika. Zdjąć - i chlast na podłogę, a Ty matka ganiaj i podnoś. Nie jest to może stricte uczenie Witolda przyjemności z jedzenia, ale przynajmniej ja siedzę względnie w jednym miejscu i nie ganiam go po całym mieszkaniu. He he he... tak pomyślałam? No to proszę - po zjedzeniu 2/3 słoiczka Wit się niecierpliwi i wygina na krzesełku. Resztę słoiczka kończy ganiając po pokoju. Ehhh....

Sprzątam, moje zęby, jego pielucha, szykujemy się do wyjścia. Miałam iść pieszo, ale czasu na styk więc podjeżdżam metrem. Mąż jadący z pracy przejmuje Witka, a ja idę załatwiać moje szczepienia. Teraz sobie siedzę, zaszczepiona i odczekując 'chwilkę' uzupełniam wpis.

Wnioski z wizyty:
- wzw a i b > z głowy, załatwione... acz serial iście brazylijski to u mnie był.
- mmr i ospa > szczepić. Co do ryzyka dla innych osób (ciąża/osłabiona odporność) - raczej nie trzeba aż takich środków ostrożności. Czyli chyba jednak w grudniu jeszcze te MMR machniemy. Acz jeszcze sobie ulotkę tego Priorixa poczytam...
- meningo B > z tym by się pani nie spieszyła tzn. spokojnie zrobić najpierw te wszystkie inne, porozkładać w czasie
- meningo C > pani doktor jako matka - dla swoich dzieci wybrała szczep 4walentną nimenrix

No... i tak to mamy 19:20. Mój wolny wieczór - i co? chce mi się ruszać - na zakupy albo do kafejki na coś dobrego? Nie chce mi się. Plan - wybrać płytki do łazienki na działce. Marzą mi się piękne meksykańskie kafelki, ale... no cóż, ceny z kosmosu. Więc szukam czegoś z rozsądniejszą ceną. Hiszpańskie/andaluzyjskie klimaty. Ot - taki to wolny wieczór mnie czeka ;)

I tak patrząc z boku - chyba mi wpis marudny wyszedł. A tymczasem, choć własnie ziewam, miły to dzień był. ;) Ehhhh jak ja tę moją małą lepkoręką ośmiornicę kocham! ;)

3 komentarze (pokaż)
30 listopada 2016, 22:19

A więc dziś, ostatniego listopadowego dnia, wykonałam skok do wody. Odważyłam się - wielkie poczucie ulgi. Płynę, ale dopiero rozglądam się - gdzie jest brzeg? I który to jest ten właściwy. Bitwa wygrana - oby tylko nie było to pyrrusowe zwycięstwo... Ale na razie - kładę się na plecy i odpoczywam na falach. Uuuuufffff....

1 komentarz (pokaż)
1 grudnia 2016, 15:51

Wczoraj wieczorem, jakby mało było wrażeń - przyszła małpa. Nie powiem - ucieszyłam się nawet. Tyle, że nieplanowany nocleg u teściowej to nie jest ten najwłaściwszy moment. A umówmy się - skoro od 15.01.2015 nie miałam miesiączki to mogłam się odzwyczaić od noszenia ze sobą wyposażenia na tę okoliczność. No... także ten - szybki przegląd torebki - taaa... jakąś marną wkładkę zlokalizowałam. Szybki przegląd łazienki - nic z tego. Myśl, myśl, myśl... eureka! Wyczmychnęłam z łazienki... podwędziłam Witkowi (czystą!) pieluchę i tak to się wyposażyłam. Dobrze, że w spodniach bojówkach byłam to się aż tak nie odznaczało... Taka sytuacja, jak to mówią.

Poza tym...
Przedwczoraj śniły mi się zęby. A konkretnie, że u Witka pojawiły się dodatkowe dolne jedynki. Wyrosły mu jakby dodatkowe, za tymi, które już ma. Tak, że w sumie miał 4 dolne jedynki, po dwie, jedna za drugą. Śniło mi się to przedwczoraj w nocy.

Zęby - śnią się zęby = choroba, albo i gorzej, nic dobrego... Tak mi ktoś powiedział.
Nie przejęłam się... ale otworzyłam dziś wyniki badań kleszczowych no i niestety, nie jest dobrze.
Nie wybiegam na razie zbyt mocno myślami wprzód - najpierw wizyta u doktorencjusza...
Ale... wygląda to na chichot losu, mało śmieszną powtórkę z rozrywki.
Nie mi stawiać diagnozy, ale podejrzewam, że znów antybiotyki... A starania na kołek. W dupę, że tak powiem...

Sennik
rosnące, wyrzynające się zęby – zapowiedź zmian i nieoczekiwanego rozwoju wydarzeń, spodziewaj się najlepszego
A to mi się śniło w przeddzień (przednoc) tej ważnej rozmowy z teściową. Czyli... jak się jedno poprawi to coś innego musi się dla równowagi spier papier. Dupa dupa dupa

I już kończąc zębowy temat... tak diabelnie ulotna jest pamięć. Przeczytałam prze chwilą, że u dziabuchowego Bartka właśnie 6 ząb się zameldował. Czyli idą ząb w ząb z Witkiem. I... i tak sobie własnie próbowałam przypomniec czy Witkowi najpierw wyszły jedynki górne czy dolne. I (ni w ząb!) nie pamiętam...



Wiadomość wyedytowana przez autora 1 grudnia 2016, 21:34

4 komentarze (pokaż)
3 grudnia 2016, 13:58

To ciężka praca! - rzekł mąż po 5 minutach spaceru z Puckiem. Pucek 'fruwał' w nowych butach. Buty wytrzymały i kałuże i śnieg. To będzie fajna zima. Pod choinkę dostanie Pucek sanki - pomyśleliśmy o tym samym oboje, niezależnie od siebie.

6 komentarzy (pokaż)
6 grudnia 2016, 21:39

Sądny to dziś był dzień - dopadł nas jakiś wirus tudzież po prostu się czymś struliśmy. Obudziłam się o 2 w nocy, potem o 5 - aby objąć kibel w objęcia. Kibel z uszkodzoną spłuczką dodajmy, ale mniejsza o to. Pucek w nocy mruczał, ale noc całą przespał. Rano poszedł w moje ślady i 'odesłał' kaszkę. Dwa razy. A potem jeszcze wodę.

Stery przejął el tata, nie poszedł do pracy tylko został ogarnąć cały ten bałagan ;) Na szczęście w miarę jak dzień mijał - nasze przypadłości też mijały. Ufff... Taki to ehmm prezent na mikołajki nam się trafił.

A poza tym? Nie przyzwyczaiłam się jeszcze, że Pucek skończył rok, nieśmiało nazywam go roczniakiem. A tymczasem... czternasty miesiąc mu już leci. Już nawet nie pytam kiedy...

Witek zmienił się w małego chłopczyka, zdecydowanie. Codziennie widać jakieś zmiany, coraz większą intencję w tym co robi.

Buty świetnie się w tę pogodę sprawdzają. Aż za świetnie:

--- Chlap chlap chlap... chodzę po wodzie!
--- Chlap chla chlap... za siódmym razem kałuża przestała współpracować i złapała Pucka za nogę, a Pucek klapnął tyłkiem w kałużę.
/Wtedy do akcji wkoczyła mama i zarządziła taktyczny odwrót do domu./

Poza tym na całego odpaliło mu się zainteresowanie książeczkami. Pokazuje psa, kota, misia. Uwielbia lemury ;)
Co 2-3 dni oglądamy sobie odcinek Balu Słówek (dzięki madu!) - najbardziej podoba mu się samochodzik w czołówce. Aż piszczy z radości.

Co jeszcze? Wspina się, gdzie się da - opanował kanapę. Wspina się też w kuchni po uchwytach od szuflad. Cwaniakuje na krześle (i niestety czasem 'odpada').

Klocki. Dostał od babci zestaw duplo, niesamowite było jak chwytał co się z tym robi.
Dzień 1 - wkładanie i wyjmowaie z pudełka
Dzień 2 - rozczepianie klocków
Dzień 3 - łączenie łatwych klocków
Wkurza się, gdy klocki nie chcą się połączyć... 3-4 próby i nieposłuszny klocek ląduje na plecami.
Tata, oaza spokoju hy hy, "Pucku, ale to nie trzeba się od razu denerwować, spokojnie, pomyśleć, nie trzeba się wkurzać" - gdy to słyszę muszę mocno zęby zaciskać, żeby się w głos nie roześmiać

Pranie - pomaga mi wieszać. To jest genialne bo nie muszę się schylać do miski tylko Pucek autenycznie podaje mi kolejne ubrania. Moje plecy to czują! Poza tym lubi wchodzi w suszarkę gdy pranie już wisi i wyszukiwać mnie wzrokiem spomiędzy ubrań. Albo czołgać się pod suszarką.

I żeby nie było, że tylko bałagan robi - wczoraj, sam z siebie, zaczął swoje książeczki układać na półeczce. Metodycznie, książka za książką. Aż miło było popatrzeć. Skąd u niego to zamiłowanie porządku? Po mnie raczej nie...

No i... mamy coś na kształt pierwszego słowa. Już od jakiegoś czasu 'taa taa' to jest wszystko co fajne. Ale od kilku dni jest takie trochę inne taa taa, bardziej tee tee czy też tiee tee > są to pojazdy mechaniczne, zwłaszcza poruszające się.

A... no i mamy małe awanturki. Dziś o telewizor - wycwanił gdzie jest przycisk włączania/wyłączania. W związku z czym dostał zakaz bawienia się tym przyciskiem. I to była ta awanturka - że do przycisku mu bronię dojścia. No ale w pewnych sprawach musi być NIE.

Hmm jak tak myślę to teraz tyle rzeczy umyka, ale nie ma czasu pisać.
W Anulinie wylewka zrobiona i płytki położone. Moje małe spełnione marzenie - płytki mozaika. Jeszcze tylko biały montaż i możemy spokojnie wyczekiwać wiosny.
Mama wróciła z 'dalekiej podróży' - w niedzielę byliśmy przywitać ją na lotnisku. Na chwilkę tylko bo po 2 dniach podróży brat od razu zawiózł ją do domu. Ucieszyła się na nasz widok... ale radość na widok Pucka nie miała sobie równych ;)
W piątek wieczorem odwiedzili nas mój brat i przyszła bratowa. Z wielką niespodzianką - pojawili się w drzwiach z tortem dla Pucka. Tortem urodzinowym, takim z jedną świeczką (bo najpierw nas nie było, a potem ich). Strasznie to miłe było. Nie był to tort specjalnie dla dzieci, ale Pucek swój kawałek dostał i z radością wielką zjadł. Sam - operując a to łyżką, a to palcami ;)
W sobotę - roczek Tymka, trójka małych dokazujących brzdąców. A w niedzielę dogrywka - już w mniejszym gronie, scrabble i szampan wypity za zdrowie tych naszych szkrabów. (Acz sądząc po tym, że i my i rodzice Tymka nazajutrz rzygaliśmy jak kotki to nam to na zdrowie za bardzo nie wyszło...)

3 komentarze (pokaż)
9 grudnia 2016, 02:27

No i dopadła zaraza także el tatę - wczoraj popołudniowa porą. W związku z czym moja wizyta u dentysty poszła się bujać.
Wit też się poczuwał i 2 razy lądował pod prysznicem. Dzisiejszy poranek pokazał jednak, że to raczej zęby, a nie wirus. Niby to dobrze... ale książę dziś całe przedpołudnie spędził na mnie (i na cycu) uwieszony. Potrzebował - ok. Ale na tym etapie karmienie raz dziennie to jest dokładnie tyle, ile dla mnie jest ok. Miejmy nadzieję, że od jutra już normalnie czyli 1x.

===
Ze spraw tak zwanych innych... muszę niestety bardziej zdecydowanie zadbać o swój tak zwany czas wolny. O moje święte środy czyli, że to mój czas z definicji. Nie do cotygodniowego potwierdzania. Niby takie proste... a jednak takie trudne do realizacji w praktyce. A pan mąż tymczasem z wyegzekwowaniem swojego czasu na trening nie ma problemów. Do korekty.

I druga sprawa inna... znowu, jak nie wezmę za fraki to nic się w temacie nie zmieni. Niby rozumiem, mąż nie ma motywacji. Ale... ani słowem nie nawiązać do tematu... jakoś tak dziwnie się z tym czuję. Gdyby było na odwrót to bym o to jako o pierwszą sprawę spytała...

Zdecydowania więcej Zelmo, rozpierania się łokciami. Mniej pytania, więcej decyzyjności. A gdybym tak dorosła?

4 komentarze (pokaż)
10 grudnia 2016, 21:39

Listopad w rozkwicie możnaby rzec... jakby się chciało jakoś delikatnie określić to, co się aktualnie za oknem dzieje. Najlepiej to by było zakopać się w kocyk na kanapie, w jedną rękę książkę, w drugą kubek z herbatą. Taką przysłowiową bo zasadniczo herbaty nie piję.

No ale ruszyłam dziś te moje 4 litery, co prawda dopiero za trzecim podejściem i dzięki poganianiu ze strony męża (Ty dzisiaj nie chciałaś z rana odpocząć poza domem? Może jednak chcesz sobie wyjść?). No nie chciało mi się okropnie w tę pogodę, ale jakoś się zmobilizowałam - i hyc. Na dwór wyszłam nieco zdezorientowana - cóż by tu teraz począć? ;) Kusiło, żeby się gdzieś zaszyć z laptopem na kawę, ale 1. właśnie dlatego że kusiło to laptopa ze sobą nie zabrałam. 2. - Pomyślałam sobie szybko - co mogę zrobić teraz sama, czego z Witoldem nie zrobię. Nawet w czasie drzemki. No i olśniło mnie, że może by się przydało nowe buty zimowe kupić. Bo co prawda mam w czym chodzić, ale umówmy się - lekkie buty trekkingowe naprawdę nie na każdą okazję się nadają. I tak to tym sposobem ruszyłam upolować buty. Bez większego przekonania - bo przecież co można kupić w ciągu 1,5h? Jak się jest niezdecydowaną Zelmą i potrzebuje się czasu do namysłu i obejścia kilku sklepów dla pewności, że te spotkane buty to są właśnie te, które chcę kupić i że w sąsiednim sklepie nie znajdę lepszych.

Tymczasem - udało się ;) Buty kupiłam w sklepie nr 4 ;) Przy czym w 2 z tych 3 wcześniejszych nawet nic nie mierzyłam. A tu hyc, noga w but i już wiedziałam, że znalazłam godnych następców moich zimowych kozaków, które kategorycznie odmówiły współpracy. Tzn odmówiły w zeszłym sezonie już, ale jakoś tak zleciało... Także tak, dobrze jest ;)

Na froncie zębowo Witoldowym:
tata twierdzi, że idą górne 3, co dojrzał
mama twierdzi, że idzie dolna lewa 3, co wymacała palcem nakładając żel

1 komentarz (pokaż)
11 grudnia 2016, 16:01

Ciąża zakończona 11 grudnia 2016

0 komentarzy (pokaż)
UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj

Dziękujemy za wypełnienie formularza zapisu!


Zostaniesz teraz automatycznie zalogowana do BellyBestFriend, ale Twoje konto nie zostało jeszcze aktywowane.


Przed następnym logowaniem musisz aktywować swoje konto. Aby to zrobić przejdź do swojej poczty email , kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.


Jeśli nie otrzymasz od nas wiadomości email, zajrzyj do folderu Spam.

OK