BellyBestFriend
Dodaj do ulubionych

Pamietniki / Tytuł: Czasami człowiek musi, inaczej się udusi.. 4 IVF i naturalsik

Autor: Reni
28 grudnia 2018, 17:45

35+3 tc
oj dawno nie pisałam, ale nie wiem co pisać

czas leci nieubłaganie szybko i to już lada chwila po niedzieli chytryke.gif
byłam na usg III trymetru, ale niestety znowu na nfz, więc znowu nic nie widziałam, a zdjęcia są formatu 2x3 cm :-/
no nic, najważniejsze, że wszystko jest ok
z cukrzycą nie mam większych problemów :-) mam już nie badać codziennie cukru, tylko co kilka dni i jak jem coś nowego, do poradni diabetologicznej mam się zgłosić 6 tygodni po porodzie. Dostałam już skierowanie na przyszłe badania.

Duperelek dokazuje, wierci się, przemieszcza. Czasami odczuwam to jak wijącego się robaka pod skórą, a czasami boli. Szczególnie jak idzie kop między żebra.
Eh wzruszam się co chwila jak daje mały czadu.
Nawet nie sądziłam, że to będzie takie piękne, mimo, że upierdliwe uczucie bycia w ciąży.

10 lat czekania na ten mały cud i taka nagroda. 0ulan.gif

Mam już wszystko poprane, wóz stoi. Nie mam jeszcze łóżeczka i wanienki.

Wczoraj byłam na pierwszym ktg. W szpitalu gdzie rodzę czas oczekiwania kilka godzin grrr.gif
pojechałam prywatnie.
Podczas zapisu mały nie ruszał się, chyba spał i zapis był bez sensu. Położna kazała mi iść coś zjeść i jeśli nie będzie poprawy jechać do swojego szpitala.
Na szczęście po zjedzeniu mały zaczął się ruszać.

Wieczorem zadzwonili z kliniki, żebym przyjechała jeszcze raz, bo lekarz z którym położna skonsultowała mój wynik zalecił powtórzenie tak dla świętego spokoju. Lekko sie zdenerwowałam.
Pojechałam dzisiaj zaopatrzona w jedzenie i przed samym ktg podjadłam. Mały galopował :-) i wszystko ok.
Postanowiłam, że po Nowym Roku idę na prywatne usg 3D. Raz, że nie mogę się doczekać żeby zobaczyć szczeniaczka, dwa że chcę dowiedzieć się czy wszystko z nim w porządku.
Zawsze to nowe źródło flircik.gif


Wiadomość wyedytowana przez autora 28 grudnia 2018, 17:48

2 komentarze (pokaż)
28 grudnia 2018, 17:56

A może już się spakować??
omg156.gif

2 komentarze (pokaż)
8 stycznia, 19:19

No to mamy 38tc

jak kiedyś w oczekiwaniu na @, tak teraz sprawdzam czy w gaciach czopa nie ma
Oesu zawsze coś.
Całe życie z okiem w gaciach chytryke.gif


a i byłam na 3D, ale niestety niewiele było widać, bo szczenie jest już spore (2606g) i ma ciasno
trochę za późno podjęłam decyzję
szkoda

5 komentarzy (pokaż)
10 stycznia, 12:09

Szczyt budyniu ciążowego
Przyjechać do szpitala na wizytę na oddział ginekologiczny, spotykać starszego sąsiada, pogadać chwilę i...zapytać a Pan sam czy z żoną?

lol069.gif

Mina jego bezcenna
Popatrzył na mnie jak na dziwną i niepewnie mówi: No jak?..z żoooną, przecież to ginekologia hahaa2.gif

1 komentarz (pokaż)
16 stycznia, 20:56

Byłam dzisiaj u gina i na ktg

No i idziemy rodzić 23.01 Peureux04.gif
Mam już skierowanie. Będziemy wywoływać.
Po badaniu szyjki stwierdzam, że skoro to tak mega bolało, to zaczynam pękać przed sn.

zaczęło robić się poważnie 2dziura.gif


Wiadomość wyedytowana przez autora 16 stycznia, 20:57

3 komentarze (pokaż)
23 stycznia, 13:42

No i dupa.
Nawet poród musi być z przeszkodami.
W szpitalu nie ma miejsc.
Czekam aż moj gin pojawi się w szpitalu. Ma się zorientować co i jak i zadzwonić kiedy mam jechać.

2 komentarze (pokaż)
24 stycznia, 08:13

Wczoraj wieczorem przyjęli mnie. Zero akcji. Dzisiaj mają mnie przygotować
A poród jutro
Mają mi balonik założyć

6 komentarzy (pokaż)
29 stycznia, 18:47

Sorry, że zamilkłam, ale od tyg prawie nie śpię.
Jestem nadal w szpitalu.
Jutro chyba wyjdziemy. Napisze z kompa wtedy więcej.

25.01.2019 historyczna data. W encyklopedii na pewno o tym będzie.

25.01.2019 o godz. 13:50 narodził się najpiękniejszy, najmądrzejszy, najcenniejszy dziedzic moich genów.
Ludzkie szczenię miało 59 cm i 3750 gram zacnej wagi.
Łożyska nie zjadłam.
Na porodówce miałam kosę z ginami i położnymi, bo się mądrzyli.
A przecież jak mówię, że nie mam siły to mówię! Tak?


Wiadomość wyedytowana przez autora 29 stycznia, 18:56

16 komentarzy (pokaż)
3 lutego, 22:41

Ciąża zakończona 25 stycznia 2019


Wiadomość wyedytowana przez autora 3 lutego, 22:46

3 komentarze (pokaż)
26 lutego, 22:13

Oesu..po kilku podejściach udało mi się opisać poród.
trochę się zeszło
Mały ma chyba wbudowany sensor ruchu i tylko czeka kiedy odpalę kompa.


Ja nie wiem skąd facetki biorą siły i czas na wszystko inne co nie jest związane z małym ssakiem, który nawet teraz skiełczy domagając się matkowej uwagi ;-)
Może uda mi się zbudować zdania, a jak nie, to przynajmniej na raty spróbuję napisać.

Dawno, dawno temu..w sumie nie, bo 23.01.2019 w środę zgodnie ze skierowaniem miałam zgłosić się do szpitala na wywołanie porodu.
Niestety okazało się, że przyjęcia zostały wstrzymane. Mają komplet. animaatjes-wtf-1361367.gif

I co teraz?
Zadzwoniłam do mojego gina z pytaniem co mam robić. Jeździć szukać miejsca w innych szpitalach czy czekać?
Polecił zaczekać. Miał się zorientować w sytuacji i dać znać. Wróciłam do domu. czekam.gif
Po południu zadzwonił, że zwolniły się miejsca i żeby przyjechać wieczorem, żeby się nie okazało, że rano znowu nie będzie miejsca.
Wieczorem pojechaliśmy na IP. Na dyżurze był mój lekarz vittoriabuono.gif
Zrobił usg, ktg i przyjął mnie na oddział patologii ciąży. Uff
Według USG mały miał 3400-3500 g.
Zadecydował, że następnego dnia w czwartek przygotują mnie do porodu zakładając cewnik folleya z balonikiem, bo rozwarcia prawie brak (jakiś marny 1cm), a poród wywołamy w piątek.
W pokoju byłyśmy we 3. Jedna miała raptem 16 lat. Cały czas rozmawiała z matką przez telefon lub żarła się ze swoim nieletnim wybrankiem. Booosz. Jęczała, skiełczała. Nie dało się tego słuchać.
O 4 nad ranem dostała nakaz zamknięcia. Laska miała sraczkę i skurcze. Zapomniała, że chyba jest na porodówce, bo wisiała non stop na telefonie i matce relacje zdawała, całkowicie zdziwiona, że ma skurcze. Nie mogłyśmy jej już znieść i wezwałyśmy położną. Położna opieprzyła dziewczynę, że nie zgłasza, że ma skurcze i że nie liczy jak często się pojawiają.
Rano trzecia dziewczyna pojechała na cesarkę, a ja zostałam z małolatą. Przyjechała do niej matka i nareszcie dała mi spokój.
Po porannym obchodzie i badaniach zabrano ją do izolatki…z podejrzeniem Rota. Noż kurła tego mi tylko brakowało.
Za chwilę wpadła położna z informacją, że i mnie przenoszą do innego pokoju, bo ten musi być zdezynfekowany. Na szczęście w nowym pokoju byłam już sama i mogłam delektować się ciszą przed porodem.
Zrobiono mi kolejne usg. Założono cewnik folleya z balonikiem i dopiero się zaczęło. Szczerze.. nieprzyjemne uczucie. Później przez kilka godzin czułam silne bóle, jak przed okresem. Cewnik tak mnie wkurzał, a raczej te rurki wiszące z wedżajny. Cały czas miałam wrażenie, że wyleci za wcześnie. O losie .. że ja nie wiedziałam, że to nie jest takie proste hahaa2.gif

Leżałam na szczęście sama, więc mogłam sobie w spokoju pocierpieć i postękać z bólu. ;-)
f7c1641aa857.jpg

Nadszedł piątek Peureux04.gif
Noc upłynęła mi w miarę spokojnie. Cewnik trochę przeszkadzał, ale już nie bolało..na razie.
Rano wpadła położna zrobić ktg i przypomnieć, że mam być gotowa na 7:30.
Przed ósmą przyszła i zabrała na porodówkę.
a5d75e10c115.jpg
scared19.gif

I się zaczęło..
Zadzwoniłam do męża, że jestem już na sali i może przyjeżdżać. Oczywiście mówiłam mu, że na spokojnie może jechać czyli zjeść śniadanie czy napić się kawy. Tu się pewnie zejdzie, bo najpierw kroplówka nawadniająca, bo miałam zakaz jedzenia od północy, tak na wszelki wypadek jakby trzeba było zrobić cesarkę. Do czasu pojawienia się bólu z krzyża moje myśli krążyły wokół jedzenia i picia.
Przy okazji załapałam się na obchód na porodówce. Kilka par oczu zajrzało mi do wedżajny. mysli_1.gif
Miałam jeszcze cewnik, więc lekarz postanowił od razu wyjąć. Boooosz co za ból..a gdzie poród.
Trafiłam na lekarza, który miał łapy jak bochny chleba i to on postanowił sprawdzić rozwarcie. Tylko jak się mają jego 4 palce do moich??? Czy to jest miarodajne? Kurłaaa jak to boało. Jeszcze bardziej niż ten pieprzony balonik.
bf02383627b4.jpg
Pojawił się też mój lekarz prowadzący zapytać się jak się czujesz..a wie pan doktor jak w spa. ;-) Powiedziałam, że zmieniłam zdanie i nie chcę naturalnego porodu. Skoro balonik bolał i badanie rozwarcia, to nie chcę wiedzieć co będzie podczas parcia. Poprosiłam, żeby jakby co nie czekać z cesarką i od razu znieczulenie. Lekarz zaczął się śmiać i mówi, że idzie zgłosi to znieczulenie.

Mój mąż dotarł już po obchodzie ;-) Wpadł jak po ogień. A tu jeszcze oksytocyny nie podłączyli.
Biedak nic nie zjadł, nie pił i jeszcze w korku stał.

I nadjeszła ta chwila gdzie podłączyli mi oxy
picgifs-nope-3651837.gif
Kazano mi wstać z łóżka i jak najwięcej się ruszać. Chodzić, bujać się na piłce, czy przy drabinkach. Co tam chcę i jak mi wygodnie, byleby się ruszać.
No to usiadłam na piłce. Trzymałam się łóżka…i kurde pojawiły się skurcze.
ale, że już.. że tak szybko
wtf052.gif
No i się porządnie zaczęło. Ból był nie do zniesienia.
Co chwilę zaglądała moja położna prowadząca. Na szczęście mój mąż liczył skurcze i okazało się, że szybko zaczęły się co 2,3 minuty!
Nie zdążyłam nawet pomyśleć o tym, że się boję i czy długo będę rodzić, a już się zaczęło.
Ból był ogromny.
Przyszła na chwilę anestezjolog z położnymi. Dali mi jakieś papiery do wypełnienia (kilka kartek). Skurcze szły jeden za drugim, te z krzyża. Jak tu papiery wypełniać jak długopisu nie można utrzymać. Anestezja zaczeła się denerwować, że dokumenty powinnam wypełnić przed oxy, bo teraz tracimy cenny czas, a bez mojego podpisu nie może zrobić wkłucia.
Po kilku minutach udało się wypełnić papiery, ale anestezje gdzieś wcieło.
Przy kolejnym skurczu zaczęłam krzyczeć „dajcie mi to jebane znieczulenie, bo nie zniosę więcej tego bólu. GDZIE ONA JeST!, GDZIE TA ANESTEZJOLOG”
Pojawiła się za jakiś czas. Wyprosiła męża na korytarz. Kazała mi usiąść na skraju łóżka i zrobić koci grzbiet w jej stronę. Nie ruszać się. JAK SIĘ NIE RUSZAĆ JAK SKURCZ IDZIE. Jak koci grzbiet na siedząco jak brzuch mi przeszkadza. Opieprzyła mnie, że skurcze ją nie interesują, że ma być koci grzbiet. Musiała położna mi pomóc. Przytrzymała mi barki, żebym mogła się jakoś wypiąć. W końcu udało się. Cewnik w kręgosłupie, jakaś rurka przez całe plecy przyczepiona na obojczyku. Można się położyć.
Podano mi w końcu znieczulenie. Nie wiem czy działało, bo i tak bolało jak diabli. Jedyne co zauważyłam nogi mi się odłączyły.
Jak już leżałam i miałam się obrócić na bok czy ugiąć nogi w kolanie mąż musiał mi pomóc, bo nie mogłam dźwignąć kopyt.
Przyszła położna, zajrzała do weżdzajny i mówi, że mamy 8 cm. Zaczynamy.
Pan doktor z łapami jak bochny chleba zalecił przebicie pęcherza płodowego. Gdzieś słyszałam, że to boli.
Poinstruował młodą panią chyba doktor, stażystkę jak to zrobić. Wsadziła paluch, nacisnęła i pyk poleciało coś mega gorącego. Zrobiło się przyjemnie, błogo. Myśl jaka mi przyszła do głowy, to że z chęcią zdrzemnęłabym się…ale nie skurcz już czekał na moje rozprężenie i przyszedł ze zdwojoną siłą.
Nagle jak pojawiło się kilka osób. Położne, lekarze, stażystki. Jak insekty powyłazili z dziur. Kazali mi się ułożyć na plecach, nogi na podpórki. I jak przyjdzie skurcz wdech, wydech, wdech i przemy.
No to pyk..
Ale czy się nie zesram??? MDR18.gif
Skurcz za skurczem, pre i pre i nie mogę, nie mam siły nie dam rady.
Zewsząd słyszę głosy, że mam przeć, aż mi się słabo zrobi, aż mi pociemnieje przed oczami. Moja położna mówi łagodnym głosem, lekarz z łapami jak bochnami chleba zachęca do parcia jak tylko przyjdzie skurcz. Po moje lewej stronie stał lekarz, którego znałam już z patologii ciąży i on też coś do mnie mówił. I gdzieś tam z tyłu siąpała wargą stara położna. Larwa jedna! Jej głos wybijał się ze wszystkich. W skrócie: że taka akcja porodowa jest do bani, że to nie ma sensu takie parcie, że zaraz znieczulenie przestanie działać. Przyznam się szczerze, że strasznie mnie rozpraszała i wkurwiała. Marzyłam, żeby się zamknęła i już chciałam jej coś powiedzieć, ale znowu przyszedł skurcz.
Lekarz po mojej lewej położył rękę na brzuchu i jak szedł skurcz mówił, że idzie i że jeden wdech, wydech i na wdechu jedziemy. Boooosz czy oni nie rozumieją, że już nie mogę, że nie mam siły.
Przyszedł skurcz, ale im o nim nie powiedziałam. Musiałam złapać oddech. Lekarz po lewej też go wyczuł, ale był taki krótki, że nie było sensu się nadwyrężać.
Zrobiło się zamieszanie. Zaczęli krzyczeć jedno przez drugie, że mam przeć. Tylko moja położna łagodnie, ale stanowczo, że na kolejnym skurczu mam przeć i nie przestawać, aż nie powie, że już można. Akurat!
Tamta larwa nadaje w tle. W końcu się z nimi pokłóciłam „że jak mówię, że nie mam siły, to nie mam!”
Dzięki Bogu był ze mną mój mąż, który podczas całego porodu był ze mną. Dociskał mi głowę podczas skurczu. Instruował spokojnie co mam robić (tzn. powtarzał słowa lekarzy, ale jego głos był łagodny i na nim się skupiłam). zen.gif Mega mnie uspokajał.
To on mówił, że już widzi główkę i przy ostatnim skurczu mówił, że mam przeć, że nie przestawać, że już, ze prawie, że już idzie, że widzi. BORZE SZUMIĄCY skąd on miał tyle siły i zaparcia!? Że miał odwagę zaglądać między nogi, że nawet wypływające wody płodowe razem z krwią go nie obrzydziły.
I poszedł ostatni skurcz i nagle poczułam coś czego nie zapomnę nigdy. To było najgorsze! Nacięto mnie. Nie wiem czy to nie był gorszy ból niż sam poród. Czułam się jakby mi ktoś po mózgu przejechał błyszczącym ostrzem skalpela.. Lekarz po lewej krzyczał, że mam nie przestawać, bo ma dziecko w kanale rodnym i nie ma żartów. Na skurczu pomógł małemu wyjść wypychając go pięścią za pupę. (Miałam potem na brzuchu dlugie krwiaki. Zastanawiałam się od czego to, czy przed porodem nie zauważyłam, że mnie mój pies odrapał?. Potem mąż mi powiedział, że to kostki lekarza odbite po tym jak wypychał małego.)
Parłam, aż mi oddechu zabrakło, zaczęło ciemnieć przed oczami, ale mąż mój mówił, że już widzi małego i że zaraz koniec. Udało się. Przyjście szczenięcia na świat przyniosło ulgę, nie tylko fizyczną.
Położono mi małego na brzuchu, ale ja byłam tak pogrążona w bólu (po nacięciu), że do końca nie załapałam, że o to jest on.
Nadal trzymałam się za nogi i syczałam z bólu..bo polali krocze środkiem odkażającym. Moja położna powiedziała, że jeszcze tylko łożysko. I tu przypomniało mi się, że to jeszcze nie koniec, że urodzenie łożyska też do przyjemnych nie należy, że może mega boleć.
Położna z uśmiechem mówi, że ma dobrą wiadomość. Łożysko jest już w wedżanie, więc już nie muszę się męczyć. Pyk i poszło.
Zapomniałam mężowi powiedzieć, że łożysko też jest ważne i jest oglądane, ważone. hahaa2.gif
Położna wzięła łożysko na tackę i zaczęła oglądać.
Mój mąż nie wiele myśląc mówi do niej „a czego pani tam szuka??” wait.gif
Hahah
Pamiętam, że jak dali mi małego na brzuch i go objęłam to było najpiękniejsze uczucie w życiu. Mały, mokry wilgotny człowiek. Małe szczenie, zwinięte w kłębuszek. Trzymałam go za pupkę i głaskałam po główce. I jego pierwszy oddech. Piękne uczucie. Płakaliśmy z mężem nie wierząc, że to już po wszystkim. Po 10 latach starań (w tym 4 ivf) jest z nami. Prawdziwy z krwi i kości. Nasz mały cud.
Zła jestem tylko na to, że położyli mi małego na koszulę nocną zamiast na brzuch czy pierś. Gdzie skóra do skóry??
Przyszła neonatolog po małego. Zapytała czy mąż ma iść z nią czy zostać ze mną. Oczywiście kazałam iść z małym. Mówię idź i pilnuj, żeby go nam nie podmienili hahaa2.gif
Dzięki temu mam fotkę bezpośrednio po porodzie.
W czasie kiedy młodego zbadano, zmierzono i zważono, zszyto moje krocze. Okazało się, że oprócz cięcia krocza popękałam też w wedżanie  i tam też musieli założyć szwy. Modliłam się o koniec. Polewanie środkiem odkażającym pali żywym ogniem.
Podczas porodu człowiekowi jest tak wszystko jedno, że tyle osób łazi, zagląda, że drzwi są nie zamknięte, a leżałam naprzeciwko recepcji i klatki schodowej. Szkoda, że personel szpitala nie pomyślał, że jednak to jest bardzo intymna sprawa i nikt obcy nie powinien oglądać mnie w takiej niekomfortowej pozycji.
Przyszła neonatolog i powiedziała, że mały zdrowy 10 pkt 3750 g i 59 cm! (Miał być mniejszy!)
Za jakiś czas wrócił mąż, przywieźli młodego i kazali przystawić do piersi. Mąż do tej starej położnej a gdzie skóra do skóry?? 2 godziny powinniśmy tak mieć dziecko. Stara larwa tylko odburknęła, że no przecież jest skóra do skóry. Usta dziecka do piersi mamy. Już na starcie okazało się, że przystawienie do piersi nie jest takie proste. Jak się potem okaże szkoda, że nie miałam w tym temacie wsparcia!

PODSUMOWUJĄC:
I faza porodu trwała 3 godz
II faza ..31 minut
w sumie zeszłam na porodówkę po 8 rano, a przed 14 było już po wszystkim. :-)

Leżeliśmy na sali 2 godziny po czym przewieźli nas na oddział poporodowy.

Okazało się, że tego dnia nie było wypisów, bo mają epidemię żółtaczki i brakuje im lamp do naświetlania. Wylądowaliśmy z maluchem na korytarzu. Przy szybie remontowanej windy, przy recepcji i klatce schodowej. Centralnie w przejściu. Zamiast szafki dostałam krzesło, żeby mieć na czym postawić kubek z piciem czy obiad czy śniadanko. 9940b37cfa05.jpg
Żaaaart jakiś. Krzesło tapicerowane, więc bez szans żeby coś postawić.
d1d2564c540f.jpg
Mąż poszedł poprosić o przeniesienie do innej części korytarza. Babsko, z którą się pokłócił powiedziało, że tu postawiłam i tu będzie stało. Jak się okazało była to zwykła salowa, która wiecznie była na wkurwie i nikt jej nie lubił.
Ostatecznie przesunęli mnie kawałek do drugiej części korytarza. Światło zgasili dopiero po 24! Leżałam z małym centralnie pod jarzeniówkami. Wierzyć się nie chce, że nikt na to nie zwraca uwagi. Dziecko ledwo się urodziło i w takich warunkach musi zacząć swoje życie. Następnej nocy zgłosiłyśmy, żeby wcześniej zgaszono światło. Niestety leżałam naprzeciwko starej windy (takiej co trzeba mocno pieprznąć drzwiami i zasunąć kratę, żeby móc pojechać), więc przez większość nocy napieprzano drzwiami. Niestety o chwili spokoju czy intymności nie było mowy. O wietrzeniu krocza czy piersi nie było mowy, bo wiecznie ktoś chodził po korytarzu.
Po 2 dniach zaczęły się wypisy, więc w końcu dostaliśmy łóżko w pokoju 3 osobowym.
Przez pierwsze dwa dni próbowałam karmić piersią. Niestety nie bardzo mi to szło. Mały zorał mi brodawki. Denerwował się, bo nie mógł uchwycić. Mało jadł. Próbowałam szukać pomocy u położnych, ale słyszałam tylko, że on po porodzie odsypia i „przystawiać, przystawiać”.
Bałam się, że za mało je. Waga jego spadała, a bilirubina rosła. No ale ..przystawiać przystawiać.
Po 4 dniach waga spadła o 12% i żółtaczka się rozwinęła. Zdecydowaliśmy się na dokarmianie MM i lampy.
f1324f149d24.jpg
Podczas wieczornego obchodu położne badając małego zauważyły, że jest bardzo czerwony, wręcz rozpalony. Okazało się, że poprzednia zmiana ustawiła za wysoką temperaturę w stosunku do wagi dziecka! Noż kurła! Prawie zgrillowały mi dzieciaka!
Z laktacją nadal lipa. Dostałam kapturek na brodawkę i dalej kazano mi przystawiać małego. Szkoda tylko, że nikt mi tego nie pokazał. Na wklęsłe brodawki zalecono laktator i „przystawiać, przystawiać”
Ale kiedy jak nie ma kiedy usiąść i się odciąć od wszystkiego. Laktator unieruchamia na co najmniej pół godziny,a mały cały czas potrzebował mojej uwagi. Pod tymi lampami był niespokojny i wiecznie płakał.
Szwy..ani usiąść, ani się załatwić. Nawet prysznic bolał. Chwila kiedy się ich pozbyłam była zbawieniem, chociaż jeszcze długo długo po piekło. Ukojenie przynosiły kąpiele w Tantum Rosa.
I ten ból kręgosłupa. Miejsce po wkłuciu bolało. Nie mogłam się schylać i czasami miałam jakby blokadę, że nie mogłam podnieść małego. Anestezjolog mówiła, że efekty uboczne mogą być i do miesiąca.
Codziennie był obchód ginekologiczny gdzie na Sali na miejscu zaglądano nam w krocza oraz obchód pediatryczny gdzie oglądano malucha. Wyszło, że ma złamany obojczyk. grrr.gif
Mały z racji tego, że miałam cukrzycę ciążową miał różne dodatkowe badania. Wszystkie były ok.
Po prawie tygodniu wypisano nas do domu.

Edit: nigdy nie zapomnę kolacji po porodzie.
Nigdy bym tego do ust nie wzięła, ale bylam tak głodna, że i nogę od stołu ogryzłabym ;-)
Podano nam coś w rodzaju paprykarzu (tam chyba powinna być ryba) i 3 kromki starego chleba. No no wypas. Na tym laktacja na pewno ruszy


Wiadomość wyedytowana przez autora 27 lutego, 16:45

1 komentarz (pokaż)
26 lutego, 22:31

W domu próbowałam karmić piersią. Laktatora nie miałam czasu podłączyć, no może późnym wieczorem jak mąż mógł przejąć małego.
Niestety mleka było co raz mniej i ostatecznie po prawie godzinie odciągania wyszło niecałe kilka ml
976d136b132f.jpg

Było mi bardzo przykro. Na początku nie mogłam sobie z tym poradzić. Miałam do siebie żal, że nie podołałam, że nie dałam dziecku najlepszej rzeczy. Na każdym kroku wszyscy tylko mowią o karmieniu piersią, wręcz terroryzują. Wszędzie gdzie się nie spojrzę są reklamy karmienia piersią.
Mój mąż nie mógł sobie z tym poradzić. Napierał wręcz, żebym się nie poddawała i próbowała. Po pewnym czasie widząc mój smutek, frustrację i na koniec załamanie nerwowe sam doszedł do wniosku, żebym przestała się katować. Trudno. Nie przeskoczymy tego.
Teraz z czasem jak już się z tym pogodziłam, że lecimy z MM jest mi lepiej. Mały jest najedzony, przybiera na wadze.
Kocham go na zabój, ale też mam czasami dosyć.

Wczoraj minął miesiąc od narodzin mojego syna. Jestem zmęczona, ale też szczęśliwa.
Zastanawia mnie czy można dziecku zmienić oprogramowanie? Ten tryb wampira nie bardzo mi się podoba ;-) O 20 zaczyna swój koncert i tak leci do 24 czy 1. Drze się co chwila. Wypluwa smoka i drze się, żeby mu go dać. Dostanie 2 sek ciszy i jeb smokiem. W sumie to chce go, więc podaj mnie go matko moja. Do łóżeczka nie da się odłożyć, więc śpi w wózku lub ze mną. Ma dni kiedy się piekli, że nie chce ze mną, chce w wózku i odwrotnie. Doprowaadza mnie do ostateczności tym niezdecydowaniem. Może mnie zlinczujecie, ale serio zmęczenie daje mi się we znaki.
Tryb zombie też u mnie działa, ale do czasu. Zdarza mi się, że zasypiam na stojąco mieszając herbatę.
Ustaliłam z mężem, że w piątki on śpi z małym, a ja zamykam się w sypialni. Wkładam zatyczki do uszu i choćby się paliło "ZAKAZ WSTĘPU". I powiem Wam, że to jest super opcja. Wstaję w sobotę wypoczęta. A mój mąż po 1 nocy umęczony jak po wojnie
picgifs-wut-confused-9909146.gif

no ale jakby nie było uczymy się siebie
Powoli rozpoznajemy co oznaczają poszczególne "krzyki"
Naszym przyjacielem stał się termoforek z pestek wiśni i suszarka na youtubie

Obojczyk się ładnie zagoił. :-)
Oby do przodu


Wiadomość wyedytowana przez autora 26 lutego, 23:56

8 komentarzy (pokaż)
UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj
Dziękujemy za dołączenie do BellyBestFriend!

Wysłaliśmy do Ciebie wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Aby aktywować konto przejdź do swojej poczty email , a następnie kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.

Jeśli nie widzisz naszej wiadomości, zajrzyj proszę do folderu Spam.

OK (15)