BellyBestFriend
Dodaj do ulubionych

Pamietniki / Tytuł: Na huśtawce

Autor: gosia81
9 czerwca, 20:22

Dalej nic nie wiem - czekałam do 15.30 aż nie wytrzymałam i zadzwoniłam do agencji z pytaniem czy rozstrzygnęli kwestię rekrutacji, a oni na to, że proszą o cierpliwość, bo mają jeszcze jedną kandydatkę umówioną na rozmowę w pon. o 11.00, więc komisja podejmie decyzję najwcześniej około 13.00 w poniedziałek.

Ja się wykończę nerwowo. Liczę jednak na to, że to "dobry znak" mieć rozmowę o pracę w swoje urodziny. Aczkolwiek odnoszę wrażenie, że mój pesel wpływa ujemnie na odporność na stres... Nie mogę się zabrać za nic przy czym trzeba myśleć, wychodzi mi tylko prosta nawykowa robota... Ech...

1 komentarz (pokaż)
13 czerwca, 00:07

Nic z tego - nie dostałam pracy, dostała ją ta osoba, która dziś była na rozmowie. Podobno miała większe doświadczenie.

Mam dosyć. Dół jak Rów Mariański. Ale też wkurw po prostu.

Jestem równocześnie małpą jeżdżącą na rowerze, treserem i lwem, klaunem i trapezistką. Ale na koniec tego cyrku i tak słyszę: ach, gdyby jeszcze pani żonglowała piłką jak ta młoda foczka, to może może przedstawienie trwało by dalej...

Nawet nie wiem, w którą stronę się teraz obrócić, gdzie szukać pracy.
I jeszcze te wnerwiające symptomy @.

Postanowiłam, że dosyć mam cyklicznego schizowania. Zapisałam się do gina po tabsy. Żeby tylko ta @ wreszcie eksplodowała...

0 komentarzy (pokaż)
13 czerwca, 09:05

Przyszła @. Wydaje mi się, że to ostatni cykl na Ovufriend. Chcę od gina tabsy anty - wizyta za miesiąc. Nie trzymam mnie tu już właściwie nic - znajome w większości doczekały się upragnionych dzieci i teraz "emigrowały" tam gdzie i ja, czyli w strefę "bez starań). Aktualizacja serwisu w ostatnich dniach dała mi do myślenia - mierzenie temp. i nanoszenie notatek tak weszło mi w nawyk, że w sumie przez to każdego dnia rozmyślam "co by było gdyby". Na dłuższą metę nie da się tak żyć. Trzeba zatrzasnąć te wrota raz na zawsze.

Jestem strasznie rozgoryczona tym co się wydarza w moim życiu "zawodowym". Nie chcę, aby pamiętnik był zapisem drogi pełnej porażek, a nie wierzę w happy end. I dlatego też, nie mam weny na pisanie.

Plan minimum jest taki, by przeżyć i nie popaść w długi. Ja do września (dopóki Miś się nie zaaklimatyzuje w przedszkolu), będę brała zlecenia dorywcze do domu i będę szukała pracy "na poziomie". Jeszcze w wakacje podaruję dzieciom swój czas "na wychowawczym". Zapewne później wykreślę doktorat z CV i zejdę o pułap niżej. Może jesienią mąż wyjedzie za granicę na 3-4 mies. by podreperować nasz budżet. Nie wiem. Nic nie wiem.

Klnę tylko bezgłośnie.

8 komentarzy (pokaż)
16 czerwca, 11:42

Ok zostaję ;) Ale przede wszystkim dla Was i dla pamiętnika, który powinien być bardziej o rodzinie, aniżeli o moich kolejnych porażkach. Potrzebna mi ta autocenzura, bo informowanie o kolejnych rozmowach rekrutacyjnych, które nie przynoszą pozytywnych efektów, jest po prostu przygnębiające. Jak wydarzy się coś pozytywnego w kwestii zawodowej, to z pewnością się o tym dowiecie ;D

13 czerwca mąż zdał egzamin teoretyczny i przeszedł do części praktycznej nauki. Nie wiem czy już o tym pisałam, że zmienia zawód, czyli szkoli się na kierowcę autobusu. Od 14 czerwca do 5 lipca będzie miał codziennie naukę jazdy, nawet wczoraj w Boże Ciało ćwiczył na placu, bo chce jak najszybciej przejść do fazy egzaminu i kwalifikacji zawodowej. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem to w sierpniu mógłby zacząć już pracę. Mamy trzy upatrzone lokalne firmy, które potrzebują kierowców ;) Trzymajcie za niego &&

Update: mąż mi powiedział, że jeszcze musi zrobić kwalifikację na przewóz osób, co zajmie cały miesiąc i oznacza osobne egzaminy i testy w Krakowie. Tak więc praca najwcześniej od września i to przy dobrych wiatrach... Ta biurokracja w tym kraju jest chora! Jedyny plus jest taki, że Fundacja powinna sfinansować całą zmianę zawodu, nie tylko nabycie uprawnień. Oby tak było!!!


Wiadomość wyedytowana przez autora 16 czerwca, 16:15

2 komentarze (pokaż)
18 czerwca, 12:16

Przygotowuję się do kolejnej rozmowy o pracę (kursy, kursy i jeszcze raz kursy), robię zlecenie na lewo (czyli projekt strony internetowej), uczę się angielskiego (oglądam Twin Peaks po angielsku z angielskimi napisami ;) i nachodzi mnie taka myśl: czy realizacja moich marzeń zależy od pieniędzy?

Niestety częściowo tak. Główne pozycje na liście zadań, które chciałabym zrealizować i spis tego, co chcę osiągnąć w życiu, zaczyna się od słów: jeśli będziemy mieć pieniądze to...

Głupia sprawa, po prostu chciałabym zabrać dzieci nad morze na kilka dni w wakacje.
Chciałabym zabrać męża na romantyczną kolację i pierwszy raz w życiu skosztować małży, homara lub sushi.

Na chwilę robi mi się przykro i nerwowo przełykam ślinę. Ale za chwilę przypominam sobie, że tyle nam się w życiu udało: zdrowe i mądre dzieci, własny dom, wzajemna miłość i małżeństwo, troskliwi rodzice, otwarte umysły... Muszę jakoś wyluzować w kwestii kasy, choć nie jest to łatwe, gdy tej kasy po prostu brakuje.


Wiadomość wyedytowana przez autora 18 czerwca, 12:07

3 komentarze (pokaż)
21 czerwca, 13:07

W poniedziałek byłam na rozmowie o pracę. Poszłam tam kompletnie wyluzowana, bo mąż mnie nastawił odpowiednio mówiąc: pier*** to, będzie co ma być.

No i tak się wyluzowałam, że hej. Zupełnie swobodnie do tego podeszłam, zwłaszcza jak usłyszałam warunki finansowe i listę wymagań... zaczęło mi być wszystko jedno. Nie wiem czy to podziałało, czy coś innego, ale wczoraj tuż po 8 rano dostałam telefon, że chcą mnie już zaraz najlepiej tego samego dnia. Byłam zaskoczona, bo mieli dzwonić z decyzją dopiero w piątek. Nie byłam przygotowana - wiecie robota na lewo, umówione jakieś wizyty lekarskie, dentysta, w piątek zakończenie roku, kurs męża itp. Sajgon. I odwlekłam rozpoczęcie pracy - start w najbliższy poniedziałek o 8.00.

No ale, zupełnie się nie cieszę. Kompletnie mi to nie pasuje, bo pensja najniższa z możliwych i niby są premie do podziału dla zespołu, ale czy je ktoś kiedyś widział na oczy, to nie wiadomo. Robota raczej podobna do poprzedniej - obsługa kont społecznościowych, marketing internetowy bla bla bla. Tylko, że inna firma i mam nadzieję inni ludzie, większy zespół. Dojazd beznadziejny, nie wiem komu i kiedy opchnę dzieci - część może dziadkowie, może jakieś przedszkole z dyżurem wakacyjnym, może mąż przesunie kurs na popołudnie? Same pytania - zero konkretów. Wiem jedno, biorę tę pracę choć jej nie chcę. Na przeczekanie, by mieć z czego płacić rachunki. Ale Bóg mi świadkiem, czuję się paskudnie. Nie wywalczyłam żadnej poprawy warunków zatrudnienia. Z deszczu pod rynnę.

Na samą myśl rzygam tym. Jedyny plus, że mężowi kurs jakoś idzie i że przez ten miesiąc po stażu udało mi się przygotować Misia na pójście do przedszkola (miesiąc bez pieluch!!!). To by było na tyle. Kurtyna ;(


Wiadomość wyedytowana przez autora 21 czerwca, 13:00

4 komentarze (pokaż)
3 lipca, 20:03

Panie Boże, ależ ta nowa praca to gówno. Wdepnęłam w niezłe szambo. I wiecie co? - nie podpisałam umowy - tragiczne warunki, wolę umowę o dzieło, a jak we wrześniu nie dadzą umowy pełnoetatowej to spadam stamtąd.

Właściwie każdego ranka mam ochotę rzucić to gówniane zajęcie. Ale kupiłam na szybko autko na dojazdy i dzieci rozparcelowałam po rodzinie. Wszystko do dupy. Chce mi się wyć.

2 komentarze (pokaż)
14 lipca, 00:09

Życie się jakoś toczy... bynajmniej nie leniwie i przewidywalnie, tylko ze stresem, ostrym tempem i z nagłymi zwrotami akcji. Jutro mam wizytę u gina żeby dostać tabsy anty - chcę je brać dopóki nie okrzepnę w jakiejś robocie na stałe... A tu zonk: dziś po wprowadzeniu danych z pomiaru porannego program OVU F. zmienił mi wyliczenie owulacji... Dlatego dodaję do wpisyu zdjęcie, które obrazuje to, co jest hipotetyczne jeszcze przez około tydzień, ale spędza mi sen z powiek już dziś.

Jestem mega zła: bo kochałam się z mężem bez zabezpieczenia, dwa dni po rzekomej owulacji (poprzednia wersja ovu), temp. była dość wysoka (36.59), a dzień owulacji jak dla mnie w ogóle z kosmosu i dziwny, bo ja mam dużo dłuższe cykle - ostatni trwał 51 dni...

No nic, nie ma co płakać - stało się i już. Trzeba tylko trzymać nerwy w ryzach do 10 dnia po owulacji, kiedy można wiarygodnie zrobić test.

Ze zmęczenia pracą i calą resztą nawet na ovu bywam z obowiązku notowania temp. Kosmos. Lot w nieznaną czasoprzestrzeń.

http://ifotos.pl/zobacz/ScreenHun_qpeswah.png


Wiadomość wyedytowana przez autora 14 lipca, 18:26

3 komentarze (pokaż)
24 lipca, 20:37

21 lipca przyszła @. Co do dnia, czyli jednak jakimś cudem udało się uniknąć ciąży, chociaż kochaliśmy się dokładnie w dzień owulacji. Nie powiem - ulżyło mi. Od tego cyklu biorę tabsy anty - dopóki nie dostanę stałej umowy pełnoetatowej nie dam rady znieść jakiejkolwiek niepewności, bo i tak już mam za dużo stresu z powodu finansów.

Ale szczerze mówiąc przeżywam jakiś rodzaj żałoby po utraconych marzeniach o licznej rodzinie. Żal mi cholernie, że po prostu nie stać nas na trzecie dziecko.

Ogólnie bardzo mi się moje życie ostatnio nie podoba. Gówniana robota, o której nawet się znajomym nie przyznaję, bo doprawdy nie ma czym się chwalić. Brak czasu dla domu, dzieci, swoich pasji. Wieczna gonitwa i nieustanne obliczanie w głowie na co starczy, a na co nie. Powtarzam sobie, że muszę wytrzymać jeszcze kilka miesięcy, że będzie lepiej (bo do cholery musi być lepiej, nie?), ale ucieka mi dzień za dniem, a ja babram się w jakimś badziewiu, a życie jest tylko jedno do diaska!

Chyba potrzebuję zobaczyć jakieś światełko w tunelu. Oby to było już jutro - mąż zdaje kolejny egzamin. Trzymajcie kciuki!!!

3 komentarze (pokaż)
12 września, 23:01

Strasznie dawno nie pisałam nic w tym pamiętniku. Żałuję tego wielkiego zaniedbania. Nie mam żadnego usprawiedliwienia. Niby przestałam notować, dokładnie wtedy, jak zaczęłam tę głupią pracę w Mordorze, ale brak czasu, to nie jedyny powód absencji na blogu. Dostałam czegoś na kształt wstrętu do komputera, ze szczególnym uwzględnieniem wszelkich social mediów, blogów i marketingowego chłamu, który tworzę przez 8 godzin dziennie.

Sama nie wiem.
Coś we mnie pękło i nie umiem już wrócić do tamtej wersji siebie.
A miałam być taką uważną Panią Swojego Czasu. Uważną mamą, ogarniętą gospodynią, żoną i przyjacielem mojego M. Tyle ról - tyle możliwości, by zawieść...

No więc NIE JESTEM taka i chyba nadaję z własnego uniwersum, z jakiegoś kosmosu Gośki, która własnego kształtu nie umie określić. Takie Głojsce i już.

Jakoś chyba to przeboleję. Wstanę, otrzepię się i będę iść dalej. Razem z moimi "trzema rycerzami", kotem i z psem ;)

Tak, tak właśnie - dopięłam swego i od wczoraj mamy pieska, a właściwie suczkę. Malutką Sonię wybrali w schronisku chłopcy z Tatą, kiedy ja byłam w pracy. Ja chciałam dorosłego psa, ale rozumiem, że dla dzieci ważna jest zabawa z maluchem i wychowywanie go, rośnięcie razem z nim.

A niech to, teraz dotarło do mnie ile mam tutaj do nadrobienia!!! CDN...

10 komentarzy (pokaż)
16 września, 17:12

*
Dziękuję Wam za ciepłe komentarze - nie sądziłam, że ktokolwiek jeszcze zajrzy do mojego pamiętnika! Tyle dziewczyn stąd już odfrunęło - mój wątek z babeczkami, które walczyły i wygrały z PCOS zupełnie zamarł. Śledzę z przyzwyczajenia jeszcze czasem wątek o adopcjach i o IVF. Kibicuję tym, które nadal walczą o bycie mamą. Sama jestem na tabsach anty. Myślałam, że to tylko na chwilę, ale chyba będę je brała dłużej, bo na stabilizację się nie zanosi jeszcze. Ale przyznam, że nie dałabym rady udźwignąć teraz jeszcze niepokoju związanego z pytaniem ponawianym w każdym cyklu: co by było gdyby... Chyba psychicznie rozpadłabym się na kawałeczki, więc trwam przy tabsach dopóki coś sie nie wyklaruje z pracą na stałe.

**
Dziś zanotuję skrótowo: Starszak zaczął pierwszą klasę (jest ok!), Młodszy zaczął przedszkole (poranki to całkowita klapa!), ja pracuję nadal w Mordorze od 8 do 16 za lichą kasę, ale pocieszam się, że będzie lepiej, bo dali mi jakąś tam premię i podnieśli ciut ciut podstawę. Mąż zdał wszystkie egzaminy i czeka na wyrobienie papierów do kwalifikacji, by zacząć nową pracę, jako kierowca autobusu. Póki co ogarnia dzieci i dom. Radzi sobie ;)

***
Ja nie mogę się doszukać własnego ja. Gdzieś się zgubiło, nie wiem gdzie. Dlatego wracam do pisania pamiętnika. Obiecałam sobie, że przynajmniej raz w tygodniu zasiądę do notowania nowości i przemyśleń. Umawiam się sama ze sobą, że ten pamiętnik to będzie minimum tygodnik.

Będę też zgrywać zdjęcia i porządkować swoją głowę. Mam w niej niezły bajzel. Dryfuję w nieznanym kierunku, bo brak czasu na korektę kursu. A wiatry są zmienne. Czasem zalewają mnie fale życiowych niespodzianek. No, ale płynę, to znaczy utrzymuję się jakoś na powierzchni. Czasem sama nie wiem, jakim cudem?!?

Trwamy wszyscy razem ;) I to mnie najbardziej cieszy.


Wiadomość wyedytowana przez autora 16 września, 17:16

3 komentarze (pokaż)
25 września, 00:27

Tydzień temu, w niedzielny poranek, nasz mały piesek zniszczył Małemu Beja na amen. Zgryzł część lateksową, która była już od długiego czasu ohydna i dziurawa. Został sam uchwyt. I w ten dramatyczny (o tak! ;) sposób pożegnaliśmy beja - ukochanego bebeja, ciumka, smoczka...

Ulżyło mi bardzo, że wina spadła na psa, a nie na nas ;) Pozostałe egzemplarze są "zaginione", więc z rzeczy dzidziusiowych został Małemu tylko ulubiony niebieski kocyk. Pieluch też już na noc nie zakładamy - protestował, dopóki go pytałam, bo chciał mieć pieluszkę, ale gdy przestałam pytać, protesty ustały...

A poza tym to daje nam nieźle w kość - odreagowuje stres związany z chodzeniem do przedszkola i z innymi zmianami. Urządza wielkie ataki krzyku, awanturuje się okropnie, aż do utraty głosu. Takie sceny odstawia w nocy, rano, kiedy wychodzę do pracy, przy wyjściu do przedszkola, albo w ciągu dnia - powód jest nieistotny. Nie wymyśliliśmy nic prócz konsekwencji z naszej strony. Nie wiem jak przetrwamy ten bunt...

Przyznam, że strasznie żal mi Małego. Tak źle znosi te zmiany - to za dużo na jego małą główkę i nie umie sobie poradzić ze skrajnymi emocjami ;(

Ale czy jest inna droga? Inne rozwiązanie?

**

Kupiliśmy bilety lotnicze na rocznicowy (11 lat małżeństwa!!!) wyjazd do Paryża (08-13 listopada). Strasznie się cieszę, bo było to moje marzenie, wyrwać się gdzieś we dwoje. Coś zwiedzić, odpocząć, przeżyć romantyczne chwile ;) Zobaczymy jak to wyjdzie w praktyce hi hi. Póki co stresuje mnie to, jak dzieci zniosą naszą nieobecność i czy w pracy dostanę 4 dni urlopu...

I śni mi się wspólne zwiedzanie muzeów, romantyczne kolacje w plenerze nad Sekwaną z butelką wina i pleśniowym serem ;) Strasznie się cieszę, że pojedziemy tam jako rzeczywiście zakochana para. Każde z nas było już w Paryżu, ale było to 20 i 24 lata temu! Teraz na noclegi przygarną nas znajomi, więc myślę, że ten ekstrawagancki wyjazd nas nie zrujnuje finansowo, zwłaszcza że same bilety to 306 zł (z rezerwacją włącznie).

Tak więc, byle do 8 listopada ;D

2 komentarze (pokaż)
UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj

Dziękujemy za wypełnienie formularza zapisu!


Zostaniesz teraz automatycznie zalogowana do BellyBestFriend, ale Twoje konto nie zostało jeszcze aktywowane.


Przed następnym logowaniem musisz aktywować swoje konto. Aby to zrobić przejdź do swojej poczty email , kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.


Jeśli nie otrzymasz od nas wiadomości email, zajrzyj do folderu Spam.

OK