Dzień Taty - promocja!

W dniu Ojca życzymy Waszym drugim połowom dużo szczęścia, poczucia spełnienia i radości z bycia Tatą!

Z tej okazji przygotowaliśmy dla Was prezent.

Wykup abonament z dostępem Premium do Twojego Kalendarza Ciąży od teraz do końca miesiąca, a otrzymasz od nas prezent!

Przy zakupie abonamentu Premium na:

3 miesiące – otrzymasz 1 miesiąc w prezencie

8 miesiący – otrzymasz 45 dni w prezencie

Promocja trwa do 30.06.2017.

Wykup abonament Zamknij
BellyBestFriend

Dodaj do ulubionych

Pamietniki / Tytuł: Kociątko kici kici ;)

Autor: Zelma
4 października 2016, 08:19

Właśnie przeszedł 5 kroczków. SAM!!!

Z innych osiągnięć:
wczoraj mówię - musimy umyć fasolkę! A Pucuł na to: hyc i zaczął pakować fasolkę na klapę od zmywarki ;))

A teraz piszczy i się wyrywa - meee meeeee! (= jaaa też chcę komputer!!!)

9 komentarzy (pokaż)
5 października 2016, 00:01

I mogłabym o tym dniu nic więcej nie napisać. Ale nie byłby to obraz całkowity. Mój dzielny Synek rano przedrepał 2x po 5 kroczków. Potem zasnął na drzemkę...

...potem wybudził się po 30 minutach i już spać nie chciał. Opanowałam wewnętrzne >WTF jak to pół godziny, przecież nic jeszcze nie zrobiłam!< A przynajmniej wydawało mi się, że opanowałam. Ale jednak nie... Szydło wyszło z worka przy obieraniu fasolki, a potem wieszaniu prania. Zabrakło mi cierpliwości do Witolda po raz milion pińcset sto dziwińćset wyciągający z miski obraną fasolkę i mieszający ją z nieobraną. Zabrakło mi cierpliwości do Witolda pchającego się na balkon (pikuś) i wyrzucającego ziemię z doniczek. Na świeżo po raz trzeci zmieciony balkon. Podniosłam głos. Wsadziłam karnie do pudełka (tego, w którym kilka dni temu tak radośnie galopował po mieszkaniu). Dopuściłam do płaczu, łez.

Wstyd mi bardzo. Czy może nie tyle wstyd bo... to jednak takie ludzkie, nikt z nas nie jest ideałem i nikt z nas nie ma nerwów ze stali. Ale wstyd mi za moją bezsilność, za złość skierowaną w stronę Witolda, choć powinnam na siebie spojrzeć. W końcu to ja jestem matką, starsza, doświadczona. "Powiedziałam NIE - rozumiesz?' Nie rozumie. Myślę, że nie rozumie. Dlaczego jednego dnia może wyjść na balkon i bawić się ziemią... a drugiego dnia zostaje złapany za fraki i wyeksmitowany z 'placu zabaw'. Dlaczego mamie nie podoba się to co przed chwilą było fajne. I dlaczego, skoro WIEM, że Witold zainteresuje się tym co robię - mimo wszystko ustawiam miskę z fasolką w jego zasięgu.

A on co? Rozpłakał się, raz czy dwa. Trochę też ze złości - bo co to za nowe porządki. Ale... nie to było 'najgorsze'. Najgorszy był ten moment, gdy jeszcze z łzami lśniącymi na rzęsach i niewytartym nosem podszedł do suszarki z ubraniami, spojrzał swoją metodą 'od dołu' - i uśmiechnął się tym swoim promiennym uśmiechem - Mamo! Ale dobrze, że jesteś. Wtedy właśnie poczułam się jak ktoś kto otrzymuje więcej, niż na to sobie zasłużył. JAk w tej modlitwie... Boże spraw bym był takim człowiekiem za jakiego ma mnie mój pies...

***
Uwielbiam, gdy Witek się dzieli lub coś mi daje. Dzieli się jedzeniem. Coś je... a po chwili wyciąga łapkę z tym kawalkiem w moją stronę i wielce jest zadowolony, gdy mi ten kawałek włoży do ust. Karmi mnie, jak ja karmię jego. Taka wzajemna troska. I podobnie - kiedy zdobywa świat i zdobędzie coś szczególnie ciekawego - wystawia swoją łapkę i patrzy z uśmiechem... 'to dla Ciebie'.

***
- Ty to masz szczęście, że masz taką fajną mamę [to co powiedziane]
[to co przemilczane?] nie to co ja - ja tyle szczęścia nie miałem [???]

2 komentarze (pokaż)
5 października 2016, 09:50

Wykrakałam sobie tę porę roku jako stan umysłu.

Niedziela - piękna pogoda - a u mnie jesień, zmęczenie i brak sił
Poniedziałek - deszcz i plucha - u mnie wiosna, wręcz lato
Wtorek - pięknie i słonecznie - u mnie gradobicie
Środa - patrzę za okno, a tam, pardon za określenie, ujnia z grzybnią, leje, zimno mokro nieprzyjemnie... a u mnie... tara ra ram tam tam wesoły maj w duszy gra.

Jutro ma być słonecznie... hmmm... nie wiem czy powinnam się cieszyć...

Mężowaty dziś obchodzi imieniny. Właściwie to nie obchodzi jakoś wyraźnie. Ale na dobry początek dnia dostał wypasione kanapki i do tego kawałek sernika z owocami ;)

Ja natomiast wczoraj w ramach ogarniania się wyskoczyłam wieczorem na depilację. To fizycznie. A dla oddechu psychicznego w sobotę wybieram się na kurs materiałoznawstwa. Nie planowałam, ale... jakoś tak sam się pojawił i stwierdziłam, że na coś takiego miałabym chęć. Sobota 10-14, chłopaki sobie beze mnie poradzą ;)

No... a teraz tyłek w troki bo Pucek śpi więc trzeba korzystać i dopinać ile się da przed wyjazdem. A wyjazd 22.10. Tak się to pięknie (hy hy przypadkiem...) złożyło, że tygodniowy wyjazd obejmie i urodziny Pucka i naszą rocznicę ślubu. Cieszę się ;)

1 komentarz (pokaż)
5 października 2016, 20:51

- Dźiu!!!
- Reh reh reh reh...
- Dźiu!!!
- Reh reh reh reh...
- Dźiu!!!
- Reh reh reh reh...

Czyli domowa sielanka - Tata kąpie Pucuła, a mama siedzi na kanapie i słucha odgłosów kąpieli.
Z okazji imienin Taty była wieczorem mała wyżerka. Pucek załapał się na 2 krewetki. I ogórka. I bagietkę.

3 komentarze (pokaż)
7 października 2016, 12:45

10 kroczków! Szczoteczka Aquafresh ma w tym swój udział. Wit uczepił się szczoteczki... i poszedł. Był tak tą szczoteczką zajęty, że wręcz... nie zauważył, że poszedł ;) A matuli udalo się ten wyczyn nagrać. Tzn. - drugą jego odsłonę. Bo najpierw przeszedł raz. A potem jak matka zobaczyła co się kroi to złapała w dłoń sprzę nagrywający i już na luzaka czekała. No... także tak.

...albo Witek taki po mamie zdyscyplinowany. Bo jak doktor gin mówiła, że jeszcze nie rodzę i jeszcze się spotkamy - to nie rodziłam. Jak powiedziała, że już się w tej ciąży nie spotkamy - tu bum i rachu ciachu. A z Witem dziś idę do pani doktor fizjo... Zalecenie było, żeby się pojawić następnym razem jak Witold zacznie dreptać. No to się Wit dostosował i podreptał.

Z innych ciekawostek - pogoda dziś całkiem spoko... i zelmowaty nastrój także całkiem spoko. Wreszcie się zgrało ;)

3 komentarze (pokaż)
8 października 2016, 17:37

Koszty kleszcza

Podobno każdy ma 'swojego mola co go gryzie'. Mam i ja. Mól ów zowie się kleszczem. A bardziej precyzyjnie - krętkiem boreliozy, bo akurat po prawdzie to kleszcz jest tylko wykorzystywany jako transport. Trzy lata minęły od ukąszenia, a dwa i kwartał od testu stwierdzającego, że jestem 'czysta'. Było... (nie)minęło. Dzisiaj dowiedziałam się, że... jestem przewlekle chora. A przynajmniej tak do mojej 'przygody' z boreliozą odniósł się ubezpieczyciel. Nigdy nie myślałam o sobie w ten sposób. I... nadal tak nie myślę (choć... w zasadzie to prawda). Żyję normalnie. Czuję się dobrze. A jednak pewne koszty kleszcza ponoszę:

* profilaktyczne badanie LTT - raz na rok, drogie w pierun,
* krwiodawstwo? Pani Anno, formalnie ze względu na przebytą boreliozę nie dyskwalifikują. Ale na Pani miejscu zrezygnowałbym jednak...

No i... ubezpieczenie podróżne. Zaproponowano mi wyższą składkę (dodatkowe 25zł przy tygodniowym wyjeździe) - na wypadek nagłego/ostrego zaostrzenia choroby przewlekłej. Eghmm.., podziękowałam, nie skorzystałam z tej dodatkowej opcji.

To było wczoraj.
A dziś na zakupach byłam. No... pierwszych takich zakupach chyba od urodzenia Witka. Ja, sama, + centrum handlowe, chyba ze 3h. Efekt? Kupiłam spodnie przeciwdeszczowe dla Witka (i jeszcze skarpety i pajac...). I buty dla męża - do przymierzenia i zostawienia lub zwrotu. Sobie nic nie kupiłam, a w szczególności nie kupiłam stroju kąpielowego, po który przede wszystkim pojechałam. Oł yeah... zakupy...

2 komentarze (pokaż)
9 października 2016, 03:54

Paradoks...

czasem pod wieczór czekam na 20. - żeby Pucek poszedł spać, żeby mieć 5 minut dla siebie. I te 5 minut mija... i tak jakoś... niby fajnie, ale czeka się już poranka bo znowu będzie porcja uśmiechów. I w ogóle - BĘDZIE.

A w nocy dziś siedzę... bo łatam spodnie mężowatego. Powinnam iść spać... ale chciałabym mu przyjemność sprawić. Acz... chyba nie zdążę do poranka. To chyba jednak spaciu!

1 komentarz (pokaż)
9 października 2016, 20:06

Dzień dziś ciężkawy - nastrojowo, chyba przez pogodę. Cała nasza trójka senna/marudna/mało cierpliwa. Spacer owszem bardzo mily, jesienny, ale tak faktycznie dopiero późnym popołudniem nastroje wyraźnie się poprawiły (pomogły w tym: duża kawa, duża czekolada i Kremisie).

Witold po raz pierwszy otworzył dziś samodzielnie lodówkę. ( A potem po raz drugi, trzeci i czwarty)

Rozmawialiśmy dziś z mężowatym o żłobku/klubiku w niepełnym wymiarze godzin. Mamy w tym temacie zgodność czyli:
- do końca roku na pewno nie, w przyszłym tak, ale bez pośpiechu
- w tym roku robię research czyli orientuję się gdzie, za ile, jakie warunki, jaki czas oczekiwania itp.
- konkretny czas będzie trochę zależał jeszcze od komunikatywności Witka oraz liczby drzemek.

Spodnie mężowatego nie prawie skończone ;) W międzyczasie uszyłam szalik-komin dla Pucka i od razu dziś przetestowany na spacerze.

2 komentarze (pokaż)
16 października 2016, 21:05

mowlak

To ostatni tydzień Pucka jako niemowlak ;) Dzisiaj, w obecności cioci Asi, zastanawialiśmy się nad etymologią.
Tak mi się skojarzyło, że niemowlak > nie+mowlak > nie + move czy taki, który... się nie rusza ;)
Mąż podchwycił - mowlak!, mowlak!

A tymczasem:
niemowlę = małe dziecko nie umiejące jeszcze mówić; etymologia: pol. nie + mówić

A nasz mowlak tymczasem... chłonie. Chłonie wszystko dookoła, obserwuje, naśladuje. Coraz więcej rozumie - różnych poleceń/wskazówek. Widzi związki przyczynowo-skutkowe. Trudno sprecyzować co dokładnie rozumie, ale coraz więcej takich sytuacji, gdy ewidentnie rozumie. Widać coraz więcej rzeczy robionych z intencją (piłka wkładana do torby, przyciski wszelkiego rodzaju - żeby coś się zadziało, wyjmowanie, wkładanie, przesuwanie). No i dzióbka czasem robi - taką rybkę/kaczuszkę ustami i tak przy tym wygląda... że się człowiekowi serce topi. Poza tym... uwielbia stopy. Stopy w skarpetkach (najlepiej kolorowych) albo stopy bez skarpetek. Stopy ruszające się. Chcira sie przy tym bardzo, 'poluje' na palce ;)

A ja... a ja czuję w sobie jakąś taką wdzięczność do losu, za to, że dane mi jest doświadczać macierzyństwa. W weekend spotkałam się z 3 koleżankami - w moim/podobnym wieku. Żadna z nich nie ma dzieci. Chciałabym napisać 'jeszcze', ale choć w życiu wszystko może się zdarzyć to niewiadomo czy macierzyństwo im się zdarzy. I nie chciałabym pisać w takim duchu, że 'każdy powinien itp.', nie chcę nawet w to wchodzić bo różne przyczyny. Ale patrząc na nie pomyślałam o sobie samej. O tym właśnie, że to jednak wielkie szczęście, że dane jest mi tego doświadczać - że mi to nie umknęło, że nie przegapiłam, że nie odłożyłam na kiedyś-tam, że przyszedł na to moment. A w tych zabieganych czasach to co kiedyś było naturalne, oczywiste teraz wcale nie jest. Czy może - nadal jest tylko jakoś tak cichcem umyka.

4 komentarze (pokaż)
19 października 2016, 11:45

Pewne są tylko zmiany. Wczoraj pobudka o 5, dzisiaj dzień pokaszaniony - pobudka o 2 (eee???) dałam pierś (eee???) kolejna pobudka o 4, powalczyliśmy do 5, dałam pierś - i buch spał prawie do 8. Spanie do 8 to całkiem miła odmiana... ALE... cały rytm dnia poszedł się w piętkę gonić. Jak wstał ok. 8 to na drzemkę o 9 za wcześnie. Odczekałam do 10, ale nadal źle. Padł o 11 (po wcześniejszej awanturze). Wstanie pewnie między 12 a 13, obiad... i znowu zonk bo kolejna drzemka na pewno nie będzie o 14. Niby nic takiego, elastycznym trza być, ALE ja jednak bardzo potrzebuję w miarę stałego schematu, żeby tę całą rzeczywistość domową ogarniać. A tu jak zwykle zgadywanka - co to może być?
- zjadł za małą kolację?
- skok? / niespanie związane z chodzeniem?
- zęby?
- przestawia się z dwóch drzemek na jedną?
- reisefieber - wyczuł, że w sobotę wylot mamy wcześnie rano i ćwiczy wstawania?
- bo tak!? ;)

No nic, skoro śpi to lecę ogarniać rzeczywistość.
====
18.10 Maurzyce, niebieskie chaty, kolejne małe marzenie spełnione ;) Mimo podłej pogody. Plus Anulin + pizza.


Wiadomość wyedytowana przez autora 22 listopada 2016, 22:36

4 komentarze (pokaż)
20 października 2016, 09:46

Ostatecznie jedna drzemka 11-12:30 i do wieczora nic. Próbowaliśmy jeszcze drugą drzemkę 15:30 i 16:30, ale olał nas totalnie ;) No to jedzonko, potrójny kaszkaj... i śpi... od 19:15. Ciekawe jaka nocka będzie ;)

Nocka była - ciekawa.
23 miauknięcie, sz-sz i dalej spanie.
2 - pobudka... przytulić się chciał... a ja doszłam do wniosku, że może Witek zwyczajnie marznie. On po przytuleniu już chciał wracać do spania, a ja zaczęlam po omacku szukać śpiworka z długimi rękawami. Więc się trochę wybudził, jeszcze pielucha przy okazji. Witek też zwęszył okazję i się załapał na kp. Kolejna pobudka 5:40 - już na dzienne wstawanie. Niby wcześnie, niby oczy na zapałki, ale jedna myśl mnie pociesza - że tym sposobem jest dziś szansa na powrót do rytmu dnia (od 9 drzemkuje, zasnął błyskawicznie).

Z tym rytmem dnia... no cóż, jakby mi ktoś jeszcze kilka miesięcy temu powiedział, że stanę się zwolenniczka rytmu dnia to bym chyba mocno temu komuś w czoło popukała. Ale, ale... w życiu pewne sa tylko zmiany, tylko krowa nie zmienia poglądów i takie tam. Rytm dnia (=stałe pory drzemek i stałe pory posiłków) wprowadziliśmy zaledwie ze 2 miesiące temu. Przy czym to *stałe* to pojęcie względne. Stały jest schemat a w praktyce mniej lub bardziej się go trzymamy - w zależności od okoliczności, tego co danego dnia zaplanowane itp. Więc to nie jest jakiś sztywny gorset z minutnikiem w ręku, bardziej jakiś stały punkt (gwiazda polarna czy latarnia), wokół którego można się orientować.

Myślę, że ten rytm służy Witkowi, ale zwyczajnie i po prostu - ja go potrzebuję. Daje mi on odrobinę przewidywalności, ale też spokoju. Mniej- więcej wiem czego się spodziewać więc łatwiej mi cokolwiek zaplanować. Oczywiście są takie dni jak wczoraj czy przedwczoraj, gdy z jakiegoś powodu cały misterny plan idzie... się gonić. Ale wtedy tym bardziej doceniam te dni, które idą z rytmem.

2 komentarze (pokaż)
20 października 2016, 09:53

Fascynacje Witolda

* STOPY
Stopy niezmiennie są fascynujące. Stopy taty wystające z kanapy to już w szczególności. Podchodzi do kanapy, wciska się między wystające stopy, ustawia się przy nich jak w twierdzy - jedna stopa pod jednym ramieniem, druga pod drugim, Wit plecami do kanapy, przodem do świata i z wyrazem twarzy - ha! jestem w twierdzy i co mi zrobicie?

* BIDET + WODA
Co to było za szaleństwo! Nie do opisania, dobrze że jest filmik. Woda jest fantastyczna - można łapać, chlapać. Można kran odkręcać i zakręcać. Można wodę w garść złapać i podać mamie lub babci.
We wtorek, zainspirowani bidetowymi wyczynami Witolda, śpiewaliśmy z mężem w samochodzie przerobiony nieco utwór Michaela Jacksona. Beat it! W naszej wersji brzmiało: Biiiii-det, biii-det, just biiidet!
https://www.youtube.com/watch?v=oRdxUFDoQe0

1 komentarz (pokaż)
21 października 2016, 13:53

Nos i język

Gdzie jest mój nos? - pytam wczoraj z przyzwyczajenia, a Witold... wczepia mi paluszki i ostre paznokietki w nos. Hmmm... Przypadek

Gdzie jest mój nos? - pytam za jakiś czas. TO SAMO. Hmmmmmmmm....

Gdzie jest mój nos? - pytam dziś rano.

To samo. Nos boli, serce rośnie. Komunikacja weszła na wyższy poziom.

No... prawie... ;) Kiedy spytałam później: Gdzie jest oko? - też oberwalam w nos

====SUPLEMENT
Bo ten język nie miał być jako język=mowa tylko język tak dosłownie: Pucek nauczył się wystawiać język i przejeżdżać nim po górnej wardze. Z zawadiackim uśmieszkiem z serii: ha! widzisz! potrafię!


Wiadomość wyedytowana przez autora 21 października 2016, 22:23

3 komentarze (pokaż)
21 października 2016, 22:22

Reisefieber

Walizka - spakowana, nawet się dopina. Pieluchy na cały wyjazd, słoiczki tylko na pierwsze dni, potem się zobaczy lokalne.
Pobudka... 4:30. Mąż nawet się ucieszył - w kontekście ostatnich pobudek Pucka przed 6 rano cieszy się na możliwość zamiany ról i wybudzenia syna ze słodkiego snu.

A ja? Z jednej strony - cieszę się bardzo - na wode, na słońce, na widoki, na Pucka galopującego po plaży albo moczącego tyłek w basenie.
Z drugiej strony - cały czas gdzieś tam w tyle głowy taka wątpliwość - czy dobrze robię, że to nie klasyczne urodziny? Gdyby o sam wyjazd chodziło - nie miałabym wątpliwości. Bardziej o to, że rzecz nie w przełożeniu urodzin, a w ogóle - w niewyprawianiu ich. Tricky, tricky...

Ale... tymczasem, zgodnie z radą mojej mamy - odkładamy wszystkie troski i zmartwienia na bok. Na tydzień. Czas na wakacje!

3 komentarze (pokaż)
22 października 2016, 13:41

Jest pięknie, wszystko tak jak chciałam lub lepiej. Teraz potrójna drzemka a później ruszamy na podbój okolicy.

0 komentarzy (pokaż)
25 października 2016, 15:47

Nie sądziłam, że pierwsze urodziny mojego syna będą dla mnie tak stresującym momentem. Niestety były. Na szczęście tylko dla mnie - i przez to także dla pucułowego taty. Pucuł natomiast bardzo mile spędził dzień. Spacer (Pucuł drzemiący i wylegujący się w wózku jak turecki pasza), potem wieeelka piaskownica = plaża, chwila w wodzie (i ryk przy wyjęciu, ale wiatr był, więc nie ryzykowaliśmy przewiania). Potem znów drzemka a słoneczku, wreszcie odrobina dorosłego ciasta i zrabowanych kilka frytek. I długa kąpiel w wannie - z pianą, tatą i bąbelkami.
Cały dzień bardzo przyjemny... a wieczorem zeszło ze mnie powietrze, aż popłakałam... bo ten wyjazd to taka trochę ucieczka. Ucieczka przed tym, żeby nie robić urodzin na miejscu, żeby w ten sposób odsunąć w czasie jeszcze o tę chwilę bałagan, który powstanie. Bo powstać - powstanie i wcale nie będzie miło. W tej sytuacji nie ma dobrego rozwiązania - tak powiedział wczoraj mąż, i niestety ma rację. W tej chwili trochę udajemy, że problem nie istnieje - bo tak jest wygodniej. Ale problem się przez to ani nie rozwiązuje, ani nie znika. Jak z wizytą u dentysty - wiesz, że jest konieczna... a jakoś się nie palisz do wizyty.

W moim przypadku trochę sinusoida - jakieś 2-3 miesiące temu bardzo mnie temat męczył (problemy ze snem, kiepski nastrój... nawet w wynikach endo chyba wyszło bo TSH skoczyło w górę...) Później starałam się temat odsunąć, odpuścić, zając innymi sprawami. Nawet jakoś to w miarę wychodziło bo tak zwanych innych spraw faktycznie było sporo. Ale... nie no, nie nie nie - nie potrafię udawać, że wszystko gra - jesli tak nie jest. Nie potrafię, a przynajmniej bardzo dużo mnie kosztuje, wymienianie gadek-szmatek z osobą, która równocześnie ogranicza moją wolność stosując szantaż emocjonalny. A ja za dużo mam w sobie empatii... Ale trudno - trzeba po powrocie pewne kroki podjąć.

Ale tymczasem - jesteśmy razem i jakoś sobie ze wszystkim razem poradzimy. To najważniejsze.

2 komentarze (pokaż)
25 października 2016, 16:17

- Beeeeek - rozległo się z kanapy
- ??? - patrzy pytająco mąż
- Bek to był. Na szczęście tylko bek, nie come back - wyjaśniła tacie mama poczynania Pucuła ;)


Kilka refleksji wyjazdowych - żeby sobie na przyszłość do nich wrócić
- all inclusive to nie jest formuła dla nas. Owszem - biorąc pod uwagę planowanie na ostatnią chwilę oraz fakt, że to pierwszy taki dalszy wyjazd z Puckiem - sprawdza się ok. Ale na następne wyjazdy już raczej bez tej otoczki typu animacje-hej-hoł-ewrybody-joga-a-teraz-hurtem-wszyscy-na-kolację. Wystarczy nam nocleg ze śniadaniem, a najlepiej nocleg z małym aneksem kuchennym
- o zakwaterowaniu mówiąc - niska zabudowa to jest to. Żadne tam wielopiętrowe hotele-bryły.
- woda musi być, basen to czy plaża, Pucuł wodnym stworem jest.
- październik (vel piździernik) nie jest zły, ale ranki i wieczory już chłodne, wiater też nie ciepły >> wrzesień byłby lepszy
- pieluchy i słoiki > niby można upolowac na miejscu, ale jednak lepiej w miarę możliwości zabrać swój zapas na cały pobyt i mieć święty spokój (do nastęnego wyjazdu już pewnie słoiczki nie będą potrzebne, przynajmniej Puckowi).
- położenie - lepiej jednak w choćby małym miasteczku (z którego zawsze można wyspacerować) niż w oddali
- ubranka i ubrania. No cóż - w przypadku dorosłych - w razie wątpliwości/braku miejsca - odłożyć ;) Może kiepska ze mnie sexi mama, ale i tak chodzę trzeci dzień w tych samych spodenkach... bo leżały w szafie pół roku, a przed wyjazdem je na nowo odkryłam. A że jeszcze mają nogawki na zamek (długie/krótkie) to już w ogóle. Tylko koszulki zmieniam ;) Natomiast w przypadku ubranek dziecięcych... w piździerniku brać różne i dużo ;) Myślałam, ze biorę za dużo... a tu wcale a wcale za dużo nie jest. Pucek szalejący na plaży/na trawie/na placu zabaw/przy posiłku... załatwi każdą ilość. I moczeniu ich wodą to już w ogóle nie wspominam. I to nie, że przy basenie czy na plaży, nie nie. "Pucułku - a teraz umyjemy rączki..." CHLAP CHLAP CHLAP!

4 komentarze (pokaż)
4 listopada 2016, 10:32

Stara jak świat śpiewka - jeśli masz problem (w głowie) to ani przed nim nie uciekniesz wyjeżdżając, ani go nie rozwiążesz ignorując i przeczekiwając. Co gorsza - długie przebywanie 'z problemem' sprawia, że do pewnych rzeczy się przyzwyczajasz, ba zaczynasz je traktować jako 'normalne'.

A normalne nie są. Przyszedł czas na porządki. Nie będę ściemniać, że decyzja podjęta i teraz będzie z górki. Decyzja podjęta, ale teraz będzie pod górkę, niestety, a co za górą - niewiadomo. Ale trudno - dość dreptania w miejscu, dość udawania, że w sumie to nie jest tak źle.

Boję się. Dwóch rzeczy...
Pierwszej mniej. Powiedzenie teściowej stop. Boję się bo nie mam jeszcze w sobie tej siły. Boję się, że zadrży mi głos... albo, że ten głos w ogóle się nie pojawi. Że to co mam do zakomunikowania będzie galopować sobie po głowie, a ja będę stała jak słup soli w bezruchu. A część myśli będzie podszeptywać - eh, daj spokój, wycofaj się, w końcu to przecież nic takiego. No może i jest to szantaż emocjonalny, może osoby, które kochają - takich środków nie używają, ale... ale... może jakoś przyklepmy tę sytuację, poudawajmy jeszcze trochę, że wygodnie nam z tą kulą u nogi. W końcu łańcuch ładny, wypolerowany... Tego się boję, ale na to zbiorę - zbieram odwagę. Sharon da radę.

Sharon... chyba przyszedł na Ciebie czas! Sharon, moja tajna broń ;) Po raz pierwszy pojawiła się gdy jeszcze na studiach brałam udział w pewnym konkursie. Rozwiązanie zadania, a potem prezentacja przed drogim jury tudzież komisją konkursową i (chyba?) innymi uczestnikami. Kilka-kilkanaście osób. Niby do przejścia, ale nie chodziło mi wtedy o to, żeby zrobić to jakoś tylko żeby dać czadu i wygrać. Bo... nie chciało mi się listów motywacyjnych pisać, a zwycięzca dostawał się na miły, płatny staż. No taki ze mnie leń-kombinator był. No i tak stałam sobie na korytarzu, czekając na swoją kolej, powtarzałam w myślach co by im tam o tym moim rozwiązaniu powiedzieć... I czułam, że mi się ta szansa z rąk wymyka bo no co ja im tam niby mam powiedzieć? Rozwiązanie do kitu, szału nie ma... A jajców tyle nie mam, żeby iść po bandzie. I wtedy własnie zjawiła się Sharon. W mojej głowie. Bo pomyślałam sobie - no... skoro nie ja to może ktoś inny? Taki ktoś odrobinę odważniejszy i mniej się przejmujący. Taki co powie - idziemy! Do przodu, a co tam! Trzeba było tego kogoś jeszcze odpowiednio nazwać, jakieś charakterne imię znaleźć. Stąd się wzięła Sharon. A jak już się wzięła - to się wzięła do rzeczy. Konkretnie. Weszła, zaprezentowała rozwiązanie, miała w nosie czy ono jest dobre czy nie, zaprezentowała je tak, że zostało kupione ;) A ja nie musiałam listów motywacyjnych pisać ;)

I potem w kilku jeszcze sytuacjach pojawiła się Sharon. W takich kiedy nie miałam wystarczająco siły lub odwagi. Ona po prostu wchodziła i robiła swoje, a ja - ta zwykła ja - po prostu patrzyłam sobie z boku. Także... Sharon, pakuj walizkę! ;))

No... to to była ta pierwsza rzecz, co do której mam obawy, ale czuję coraz bardziej, że z Sharon u boku - poradzę sobie!

Druga obawa... to, czego boję się bardziej. Nadszedł czas by przeciąć supeł/przejść górę, ale nie wiem co mnie czeka za nią. Czy też pisząc wprost - boję się czy przejdziemy tę górę razem. Nie wiem czy idę sama - czy idziemy we dwoje. Dziś rozmawiamy. Patrzę przez okno, dzien pogodny, słońce, lekki wiatr. Czuję mimo wszystko spokój i nadzieję. Ale to cisza przed burzą, a burza przyjść musi. Oby przyniosła świeże powietrze i oby nie rozwalła tej łódeczki zwanej naszą rodziną. Na to teraz sił potrzebuję.

5 komentarzy (pokaż)
4 listopada 2016, 15:19

Smutasy smutasami, a tymczasem dziś naprawdę piękny jesienny dzień. Jasny, pogodny. Z tej okazji wytaszczyliśmy z Witoldem nie tylko wózek, ale też jeździdło i ruszyliśmy na podbój placyków i chodników. Co za radość!!! Można pchać pchać i nie natykać się po 5 krokach na ścianę/drzwi itp. Przeszusował mój dzielny tuptuś cały plac w każdą stronę, z wielkim uśmiechem na twarzy. I w butach. Trochę debiut bo wcześnej tylko po mieszkaniu próbowaliśmy (i nie był szczególnie zadowolony). A teraz jakoś przeżył tę obuwniczą zniewagę.

Buty to jest w ogóle jakaś czarna magia... Witold ma chyba wysokie podbicie. Kupiłam uzywane 'Bartki' rozm. 22 i inne tuptusie rozm. 21. Bartki troszkę za duże, mam wrażenie że trochę 'kłapią'. Te drugie... wydawały się ok, a tymczasem dziś nie byłam w stanie włożyć w nie Witoldowej nogi. Nie wiem, przez tydzien mu urosła czy co? ;) Dziś 'kłapał' w Bartkach. Kłapał całkiem sprawnie - i w pewnej chwili wkłapał sę z tym jeździkiem w kałużę. Najkrócej nasze reakcje można podsumować tak:
- Witold: Ołłłł yeeeess..... (i już już już ma zamiar w kałuży usiąść - w końcu to WODA!)
- Ja: Ooooooo nieeee.... ( i pędzę na złamanie karku i w ostatniej chwili nie dopuszczam do kłapnięcia w kałużę).

Po jakimś czasie zmęczył się Wit chodzikiem, więc zapakowałam w wózek i podreptaliśmy na plac zabaw. Trochę tam innych tuptusiów było, więc Witold się pointegrował, a to na 2 a to na 4 łapkach. Dawno na tym placu zabaw nie byliśmy więc odkrywanie na nowo - zjeżdżalnia, wchodzenie po schodkach, huśtawka ;))

Nie robiłam dawno żadnych podsumowań, więc może w telegraficznym skrócie chociaż.
* nocki spsuły się na wyjeździe, pobudka o 3 i wstawanie 5-6. Ale mam nadzieję, że w domu przespane nocki wrócą.
Rytm dnia (mniej więcej):
6 - pobudka, kp + kaszka/śniadanie 9 drzemka, 11 drugie śniadanie 13 obiad (zupa) 14 drzemka 16 obiad (drugie) 19 kolacja + kąpiel 20 spać

* jedzenie - jeśli chodzi o bazę czyli to co Witold faktycznie je to nadal nie szaleję - mleko (głównie moje, trochę mm), kaszki i jedzenie słoiczkowe, owoce, warzywa, trochę pieczywa, jogurty. Na 'dorosłe' jedzenie jeszcze przyjdzie pora, nie spieszę się. Zwłaszcza, że jajka i mąka pszenna nadal trochę na cenzurowanym (dostaje, ale w małych ilościach).
Natomiast w zakresie próbowania - proszę bardzo, próbować (w małych ilości) pozwalam mu różnych rzeczy, także tych 'dorosłych'. Krewetkę zjadł ;) I maaaaleńskiego łyczka greckiej tradycyjnej kawy dostał, no.. tyle co wargę umoczył ;)

Lubi: jabłko (w całości gryźć, nawet ze skórką), marchewkę, arbuza, ser żółty w plasterku, pomidora (ale to akurat nie za smak a za to, że z pomidora da się wycisnąć trochę wody i rozmazać to na stole/podłodze/blacie...)
Nie lubi: groszek w całości oraz makaron w krótkich nitkach (to chyba pierwsze 2 rzecz, które zaszczycił wypluciem ;)

Jedzenie (niestety) przede wszystkim 'w biegu', ale ćwiczymy siedzenie w krzesełku do karmienia (każdego dnia po trochu).

* mobilność - idzie jak burza, po prostu idzie gdzie chce, w nosie mając meble czy inne podpórki. Pchacz jest miłym urozmaiceniem, ale obywa się bez. Na 4 łapy wraca, gdy potrzebne mu 'turbodoładowanie' np. w celu pognania za kotem ;)

* koty i psy - uwielbia!!!

* mycie zębów - jest fajne! /ale raczej we własnym wykonaniu, jak szczotę przejmuje mama to już jakby mniej/

* obcinanie paznokci - nuuuuuuudaaaaaaa! Dziś zabrał mi obcinacz i... sam próbował poobcinać ;)

* w weekend nauczył się machać ręką (papa). W zasadzie to rękoma ;) Jak to Witold - nie macha dłonią tylko całą ręką. A w zasadzie obiema równocześnie. I chichra się przy tym strasznie.

* czasem wskaże kota na obrazku albo nos (mój), ale generalnie nie afiszuje się, ani z mową ani z pokazywaniem. Może cwaniak wie, że czasem lepiej udawać, że się mniej rozumie niż się rozumie ;)


4 komentarze (pokaż)
6 listopada 2016, 05:25

[Wit - rok + 1,5 tygodnia]

4:20 rano. Nie śpię. Obudziłam się... bo... PRZYŚNIŁO MI SIĘ, że słyszę kwilenie Młodego. No koniec świata. Budzę się, gotowa zerwać się i biec... a tu... cisza.

Na froncie... ciężko. Niby zrobiłam krok naprzód, ale pewne jest tylko jedno - w tej sytuacji nie ma dobrych rozwiązań. Teoria jedno, życie swoje. To co teoretycznie lepsze - może wcale nie jest lepsze w praktyce. Dużo wątpliwości...

Sosenko - dzięki za tę Zośkę, za przypomnienie ;) Zośka czyli szpital św. Zofii w Warszawie. Pamiętam dokładnie co odpowiadałam, pytana o wrażenia zaraz po porodzie: 'Może nie jest to coś co mogłabym robić codziennie, ale zdecydowanie do przeżycia'. Teraz, kiedy minął rok... wiem dwie rzeczy: 1. tak, w zasadzie można urodzić wszędzie... 2. mimo, że można urodzić wszędzie - jakby to co ja tylko do Zośki.

Wybierając szpital - wiedziałam, że jest bardzo popularny, wręcz oblegany. Że odsyłają, że niektóre dziewczyny za wszelką cenę i takie tam. Nie miałam aż takiego, nomen omen, parcia... Acz, gdzies tam w głowie... nie brałam pod uwagę możliwości, że mi się nie uda 'dostać'. Wiara czyni cuda... a cudom trzeba pomagać. Ale nie o tym chciałam.

Chciałam o tym, że... przez ten rok wielokrotnie do mnie docierało, jak wiele szczęścia miałam. Wczoraj - gdy w wiadomościach 'grali' od rana do wieczora historię pani, która urodziła dziecko na szpitalnej podłodze, z braku miejsc (?)... To sytuacja ekstremalna. Ale czytam też inne relacje - dziewczyn z ovu/belly... I tak często ten magiczny czas, czas narodzin małego cudu... obdzierany jest z tej magiczności. Przez warunki, przez podejście, niewiedzę, zmęczenie, obojętność. Przerażają mnie opisy wywoływania porodów. Nie umiem tego ocenić obiektywnie bo u mnie nie było takiej potrzeby... ale mam wrażenie, że w tak wielu przypadkach jest to działanie na wyrost, na wszelki wypadek... nie wspominając już o wywoływaniu, żeby pasowało do grafiku, dyżuru, obłożenia porodówki. O wywoływaniu, które nic nie daje. To się tak ładnie określa - 'próba nieudana'. Kłóci się to wywoływanie z moją 'wizją' przychodzenia dziecka na świat...takie szturchanie, poganianie. Może czasem jest to niezbędne... Może?
Ale o Zośce miało być ;) Zośka, Zosieńka... dziękuję losowi, że tam właśnie się ten nasz cud wydarzył. W magicznym miejscu - choć 'zwykłym' publicznym szpitalu. To dziwne uczucie - bo choć pamiętam, że bolało, nie pamiętam bólu. To tak jakbym pamiętała fakty, ale zapomniała odczucie bólu. Może to w dużej mierze mój sposób postrzegania świata? - bo przecież i w Zośce były zapłakane koleżanki - zestresowane nową sytuacją, zagubione bo jedna położna radzi tak a inna siak, bo dziecko nie chce ssać, nie przybiera, bo bilurbina bo bo bo...
Wspominam najpiękniejszą radę jaką wtedy dostałam, od mamy mojej przyjaciółki. Żebym nie martwila się, że na początku to będą dosłownie krople pokarmu - bo ten pokarm jest tak kaloryczny, że to wystarczy. I wystarczyło. Cieszę się, że zaufałam naturze i ominął mnie rygor stymulowania, odciągania laktatorem, herbatek laktacyjnych i takiego wpatrywania się w pierś z wyrzutem, instrumentalnie - no produkuj (do jasnej cholery). Tak, miałam bolące poobgryzane brodawki... i... nie pamiętam tego. Czy też pamiętam jako fakt, nie jako uczucie. Mówią, że ludzie szczęśliwi mają pamięć kiepską i w dodatku wybiórczą. Może coś w tym jest?

Pamiętam jeszcze jak ktoś tu kiedyś na belly wkurzał się na to, że ludzie ściemniają odnośnie początków macierzyństwa. W sensie, że gdy dziecko się pojawi - jest ciężko (nocki nieprzespane, kolki, płacze, wyje i takie tam). A potem po roku 'ściemniają' - mówią, że było faktastyczznie, że nie, tam, kolki, że to, że siamto. Ale coś w tym jest - ten czas tak szybko biegnie, że wiele rzeczy się zaciera, wybiela. (Dobrze, że pisałam pamiętnik - tak wielu rzeczy nie pamiętam już).

---
A na koniec cytat, 'od czapy'... albo i nie. W wolnych chwilach (eeehhhereh reh reh reh wolna chwila, dobre sobie) nadal podczytuję serię o perypetiach komisarza Montalbano, aktualnie zbiór opowiadań "Pomarańczki komisarza Montalbano". I z jednego z tych opowiadań, cytat z zakończenia:
"- Czy to możliwe, żeby kobieta tak przewrotnie posłużyła się swoją trzeźwo myślącą głową?
- Tak, to możliwe - odpowiedział smutno Mimi Augello."

3 komentarze (pokaż)
UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj

Dziękujemy za wypełnienie formularza zapisu!


Zostaniesz teraz automatycznie zalogowana do BellyBestFriend, ale Twoje konto nie zostało jeszcze aktywowane.


Przed następnym logowaniem musisz aktywować swoje konto. Aby to zrobić przejdź do swojej poczty email , kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.


Jeśli nie otrzymasz od nas wiadomości email, zajrzyj do folderu Spam.

OK