BellyBestFriend

Dodaj do ulubionych

Pamietniki / Tytuł: Duża rodzina z zaskoczenia

Autor: Tova33
Przejdź do OvuFriend i przeczytaj moją historię starania się o dziecko
Wstęp

O mnie: Jestem szczęśliwą mamą po trzydziestce. Mam dwoje dzieci: 15-letnią córkę i 9-miesięcznego synka. Teraz oczekuję trzeciego dziecięcia, które już teraz zrobiło niezłą rewolucję w naszym domu. Od roku jestem szczęśliwą mężatką.

Moja ciąża: Jest zaskoczeniem.

Chciałabym być mamą: wyrozumiałą, dobrą, mądrą, ale też konsekwentną i cierpliwą. Chciałabym aby moje dzieci zawsze wiedziały, że mają we mnie oparcie i że bardzo je kocham.

Moje emocje: Panika

7 grudnia 2016, 23:02

5tc + 6

Miałam nie wracać, a wróciłam.
Miałam nie pisać, a napiszę.
W końcu gdzieś te emocje muszę wyrzucić. Więc jeśli ktoś jest ciekawy tych moich wypocin to zapraszam.

Ciąża z zaskoczenia... Tak mi się skojarzyło z programem w tv. Ale jakoś inaczej tego ująć nie potrafię.

No bo tak...
Po ciąży z synkiem karmiłam piersią. Wredna @ przyszła po pół roku. Coś mi się tam w głowie majaczyło, że fajnie byłoby jeszcze jedno dziecko. Ale... To tylko takie zdawałoby się nierealne marzenia. Bo:
1. Mąż aprobaty nie wyraził - wręcz przeciwnie. To człowiek mocno stąpający po ziemi, świadomy, że z sytuacją materialną i z pracą może być różnie. Mnie to oczywiście nie przekonywało - taka między nami różnica.
2. Brak warunków mieszkaniowych - no to akurat z ust męża mnie przekonało.
3. Wydzwaniali po mnie z pracy bym już wróciła. Obiecali awans i podwyżkę. (Hahaha - w końcu docenili mnie jak im zginęłam z pola widzenia na macierzyńskim). Chcieli nawet bym skróciła urlop. Nie powiem ucieszyło mnie to, bo zaproponowali mi pracę o jakiej zawsze marzyłam. A nawet gdybym kiedyś została zwolniona to z takim CV chyba wszędzie by mnie przyjęli. Więc niemal cieszyłam się jak dziecko.
4. No jak tu ogarnąć dzieci rok po roku? Już chyba z bliźniakami łatwiej, bo każde na podobnym etapie rozwoju. A pomocy znikąd.

No jednak tutaj sprawa zadziała się sama. Jak to się mówi - chyba rozśmieszyłam Boga tymi swoimi planami, bo On tu dla mnie wymyślił co innego. Zwłaszcza, że to poczęcie uważam prawie za niepokalane, bo to ile razy my mieliśmy z mężem do czynienia w tym cyklu, to naprawdę jakiś cud. I akurat wszystko wskazuje na to, że trafiliśmy w owulację. Mój mąż to też ciekawy człowiek jest. Dzieci nie chce, ale wnioskuję, że chyba nie wie z czego się biorą. Po tej ciąży chyba muszę sama zabrać się za antykoncepcję ;-)

Właściwie to się nie spodziewałam i nawet do końca nie wiedziałam kiedy powinnam mieć @. Prowadziłam wykres na różowej stronie ale bardzo nieregularny. Kiedy mi się już wydawało, że czas na małpę zrobiłam test, ale owulacyjny. Coś tam kiedyś czytałam, że taki też może wykryć ciążę, albo rozregulowane hormony. Ale ja byłam pewna, że nie zobaczę tej drugiej kreski, która się jednak pojawiła. no i wtedy to dopiero był mętlik w głowie. Pomyślałam, że jednak po tej ciąży mam wszystko rozregulowane i dalej czekałam na @. I się nie doczekałam. Na szczęście.
17dpo zrobiłam już test ciążowy, bo coś mi nie grało. Miałam spory PMS i już sama nie mogłam ze sobą wytrzymać. Czepiałam się męża o wszystko a potem wyrzucałam sobie jaka jestem nie dobra. Nie uwierzyłam w to co zobaczyłam:
95faa67195f79914med.jpg

Następnego dnia powtórzyłam test – zobaczyłam to samo – także pozytyw. I panika.
Ja właściwie nie tragizuję. Przecież właściwie marzyłam o dziecku. W gorszym szoku jest chyba mój małż. Marudzi (bo taka jego natura), że będzie ciężko, ale mimo wszystko mam wrażenie, że się cieszy. Choć oczywiście ma swoje obawy. Ja też zresztą mam. Bylibyśmy szaleńcami jak byśmy ich nie mieli. A jak to będzie z dwójką rok po roku? Czy kasy starczy? Czy sił nam starczy? Czy ja dam radę donosić zdrowo tę ciążę? Ech i tak można by wymieniać.
Na pocieszenie, tego samego dnia w którym robiłam test, dostałam odpowiedź ze spółdzielni w sprawie zamiany mieszkania. Jakiś czas temu składałam tam wniosek. Zostaliśmy zakwalifikowani do takiej zamiany i już jeden problem być może wkrótce się rozwiąże – metraż. To byłoby dobrze, bo nie lubię tego mieszkania w którym obecnie mieszkamy. Jest takie ciemne i zimne. No i małe.
Dzięki temu trochę optymistyczniej spojrzeliśmy w przyszłość.
Ale pozostaje teraz kilka spraw, które mnie jednak nadal dręczą.
Na początku października robiłam krzywą cukrową i insulinową. Cukier wyszedł ok ale insulina za wysoka. Lekarz przepisał metforminę znowu orzekają stan przedcukrzycowy, insulinooporność. Żadna mi to nowość specjalnie. Ale w ciąży nie mogę tego brać... I jak to wobec tego będzie ze mną? Czeka mnie cukrzyca ciążowa?

Do tego epi. Już jakiś czas temu wróciłam do tabletek sprzed ciąży bo one były dla mnie najlepsze, ale za to mogą powodować wady wrodzone u dziecka. I te tabletki brałam podczas poczęcia i później. Odstawiłam po pozytywnym teście. Teraz znowu biorę to co w ciąży. Tak se wymyśliłam. Wiem nie powinnam. Ale co zrobić jak mój neurolog dopiero w styczniu? Zresztą już bardzo dobrze znam te schematy. Jestem pewna, że nic innego lekarz mi nie powie. Strach jednak zawsze jest, bo te leki co teraz biorę to też szkodzą tylko może trochę mniej. Martwię się czy będzie wszystko dobrze z Maleństwem. Musi być dobrze.

A poza tym u nas życie wygląda co dzień tak samo. Córka dojrzewa, synek się rozwija. Trochę raczkuje ale więcej się czołga. Chciałby już stawać tylko sam nie potrafi. Przesłodki z niego dzieciaczek. Jest bardzo grzeczny. Przesypia całe noce już od trzeciego miesiąca życia. Do tego w ciągu dnia dwa razy sobie utnie drzemkę po godzince. I sam zasypia w łóżeczku, bez noszenia, usypiania. Pięknie je, dziś nawet szpinak wsunął. Minę miał nie tęgą ale zjadł. Pięknie przybiera na wadze. I wzrostem i wagą mieścimy się na 75 centylu. Ma już 6 zębów ale cały czas się ślini i spodziewam się zobaczyć następne w paszczy. Lubimy bawić się w raczka- nieboraczka, w kominiarza. Śpiewamy piosenkę o ogórku zmieniając tekst na brokułka. Pocieszny ten nasz Synek. Super by było mieć drugiego takiego grzecznego. I dobrze by było żeby nie chorował, bo nam się zdarzyło już zapalenie płuc i ucha. Oby nic więcej.
Ale najważniejsze żeby Maleństwo ogólnie było zdrowe. A z resztą to my już sobie poradzimy.
13.12 mam USG i wg moich obliczeń powinno bić już serduszko. Oczywiście nie mogę się doczekać.
Potem jeśli wszystko będzie ok – czeka mnie rozmowa z Prezesową. Ale jej zrobię prezent na święta...
No a potem to już tylko święta. Przyjeżdża moja mama z Londynu i też już nie mogę się doczekać.

A... I jeszcze jedno...
Tak nawiązując do tytułu mojego nowego pamiętnika - zdałam sobie sprawę, że stajemy się dużą rodziną, bo trójka dzieci to już nie przelewki. A fakt, że u nas w rodzinie rodzą się bliźniaki nie daje mi spać po nocach. Byle do 13.12


Wiadomość wyedytowana przez autora 7 grudnia 2016, 23:56

7 komentarzy (pokaż)
8 grudnia 2016, 10:01

6tc +0
Dzisiejszy poranny test. Szczerze się zdziwiłam gdy zobaczyłam nadal pozytyw...

9b3daaee826b0e48med.jpg

Czas to przyjąć w końcu do wiadomości.
A my tymczasem zbieramy się do lekarza, bo mały dostał jakiejś wysypki na brzuszku, z którą walczę od tygodnia z marnymi efektami. Oby to nie żadna alergia.


Wiadomość wyedytowana przez autora 8 grudnia 2016, 09:59

8 komentarzy (pokaż)
15 grudnia 2016, 14:10

7tc+0

Drugi dzień od wizyty a ja wciąż nie mogę się zebrać by napisać posta.

A więc tak:

Wszystko się dzieje naprawdę, bo w ciąży faktycznie jestem. Widziałam tego mojego lokatora i nawet podobny do Michałka z tego okresu hehe. Serduszko mu bije i na tym etapie jest wszystko ok jak stwierdził lekarz. Małe ma 5mm, a serduszko szaleje 153u/min. A prezentuje się tak:

c47687c3c44805c9med.jpg

Dostałam skierowania na badania, ale jako, że byłam prywatnie to poczekam jeszcze z ich zrobieniem do wizyty na NFZ, która ma 3.01. To będzie już 10-ty tydzień leciał. Czy to nie za późno? Lekarz mówił, że im szybciej tym lepiej, ale jak wiadomo, sugeruje swoje prywatne laboratorium, bo przecież z tego jest kasa.

Zapisałam się także na badania prenatalne. Tam gdzie będę miała je wykonywane maja taka dziwną zasadę: wpisują na termin dokładnie pod koniec 14 tygodnia, a nie w takiej kolejności jak kto się zgłasza. Lekarz wyliczył mi wg USG, że ciąża jest o tydzień młodsza. Wg tego wyliczenia na USG prenatalne pójdę 13tc+6, niby to jeszcze można (taki ostateczny termin), ale wg OM to będzie już 14tc+6 i zastanawiam się czy to jednak nie za późno. Jak będą mi pobierać krew 11.01. to muszę o to zapytać. Ale zasada głupia moim zdaniem.

Co tam jeszcze...
Chyba nic więcej napisać nie zdążę, bo właśnie mój Księciunio wstał... Idę go powitać :-)


Wiadomość wyedytowana przez autora 15 grudnia 2016, 14:15

5 komentarzy (pokaż)
29 grudnia 2016, 21:34

9tc+0

Święta minęły szybko jak co roku zresztą, ale może to i dobrze, bo w tym roku były koszmarne niestety dla mnie, dla nas. Ciąg dalszy problemów ze starszą córką, które tak szybko się nie zakończą. Właściwie nie wiem na dzień dzisiejszy czy się w ogóle zakończą, bo z dnia na dzień jest coraz gorzej, ale tak jak teraz jeszcze nie było. I to żadne moje czarnowidztwo czy pesymizm. Takie są fakty. A ja jestem załamana. I strasznie mi smutno, że nie mogę się cieszyć w pełni tą ciążą tak jak poprzednią. Zresztą wtedy też pełna radość trwała krótko, bo problemy narastały. A stres mi szkodzi. Te 9 miesięcy tak ogromnie ważnych dla zdrowia tego Małego dziecka, a ja nie mogę nawet tyle podarować mu spokoju...
Koszmar jakiś.

Michałek przechodzi chyba jakiś milowy krok w rozwoju.
W ciągu zaledwie jednego dnia nauczył się raczkować bo dotąd to właściwie głównie pełzał, odpychał się rączkami. Jednocześnie zaczął wstawać. Przy czym się da to się wspina, po meblach, po krześle, po nodze od stołu, po tacie, po schodach... Właśnie... I to najgorsze. Potrafi wejść parę schodków w górę i jaki wtedy jest zadowolony... A upadek może być bardzo bolesny... Zresztą smak upadku to on już poczuł nie raz. Się dziwię, że nie ma guzów i siniaków. Jest strasznie żywym i ruchliwym dzieckiem. Wcześniej był grubaskiem i wszystkie umiejętności motoryczne zyskiwał z trudem. Ale teraz gdy trochę schudł poruszając się coraz więcej jest też sprawniejszy i szybszy. Nadążyć za nim nie można.
Dziś np dorwał się do mojej szuflady z rajstopami i zanim zdążyłam zauważyć wszystkie porozrzucał po pokoju, a jedne w folii nieodpakowane sam sobie rozpakował.
Choinka wciąż ma nowe dekoracje. Ściąga bombki, łańcuchy, ciągnie lampki... Do Kolędy nie ma szans by się ostała, bo mamy dopiero 22.01.

A ja?
Czuję się właściwie nie najgorzej. Dokuczają mi nudności właściwie codziennie, wzdęcia, zaparcia, ale nie jest to aż takie nie do wytrzymania. Zresztą jak się ma pełne ręce roboty co dzień to nie ma czasu myśleć o tym. Zdecydowanie czuję się podobnie jak w ciąży z Michałkiem. Z córką czułam się lepiej. Dlatego mam przypuszczenia, że Małe będzie chłopcem, ale jak będzie, dowiemy się niedługo.
Staram się chodzić regularnie na siłownię. I choć waga stoi w miejscu to siłownia jest mi potrzebna ponieważ bardzo dobrze się po niej czuję. Mogę dzięki temu odreagować choćby ten stres, bo napić się wina nie mogę :-/ Ech drugi Sylwester bez mojego ulubionego szampana... Szag by to...
Za tydzień niecały wizyta u lekarza. Ciekawe jak tam urosło to Małe. No i wtedy porównam wiek ciąży z USG do terminu badań prenatalnych. Będę dzwonić do nich jak okaże się, że dali mi zbyt późny termin badań prenatalnych.
O ciąży wie już właściwie cała rodzina. Zaskoczenie duże, ale jakiejś wielkiej radości jak przy Michałku nie odnotowałam. Wszyscy raczej przyjęli to na zasadzie: oszaleli czy co? Takie mam wrażenie. Może to i nawet dobrze. Michałka pożąda cała rodzina. Na spotkaniach rodzinnych przechodzi z rąk do rąk. Widziałam już jak trzy osoby jednocześnie go karmiły łyżeczką. Jest jak mały celebryta... Prezentów dostał na święta mnóstwo nawet od dalszych cioć czy wujków od których bym się nie spodziewała. Męczy mnie to trochę, bo już czuję, że będą mi go próbowali rozpuścić. No a już najgorzej jest z Teściową. Ona oszalała na jego punkcie i niestety przez to pogorszyły się nasze stosunki, bo trochę za dużo i za bardzo chce robić po swojemu. To niby dobrze, że wszyscy go kochają, ale... nawet taka miłość może mieć swoje minusy. Może za Małym nie będą już tak szaleć wszyscy. Oby tylko wszystko było dobrze...

4 komentarze (pokaż)
29 grudnia 2016, 21:34

9tc+0

Święta minęły szybko jak co roku zresztą, ale może to i dobrze, bo w tym roku były koszmarne niestety dla mnie, dla nas. Ciąg dalszy problemów ze starszą córką, które tak szybko się nie zakończą. Właściwie nie wiem na dzień dzisiejszy czy się w ogóle zakończą, bo z dnia na dzień jest coraz gorzej, ale tak jak teraz jeszcze nie było. I to żadne moje czarnowidztwo czy pesymizm. Takie są fakty. A ja jestem załamana. I strasznie mi smutno, że nie mogę się cieszyć w pełni tą ciążą tak jak poprzednią. Zresztą wtedy też pełna radość trwała krótko, bo problemy narastały. A stres mi szkodzi. Te 9 miesięcy tak ogromnie ważnych dla zdrowia tego Małego dziecka, a ja nie mogę nawet tyle podarować mu spokoju...
Koszmar jakiś.

Michałek przechodzi chyba jakiś milowy krok w rozwoju.
W ciągu zaledwie jednego dnia nauczył się raczkować bo dotąd to właściwie głównie pełzał, odpychał się rączkami. Jednocześnie zaczął wstawać. Przy czym się da to się wspina, po meblach, po krześle, po nodze od stołu, po tacie, po schodach... Właśnie... I to najgorsze. Potrafi wejść parę schodków w górę i jaki wtedy jest zadowolony... A upadek może być bardzo bolesny... Zresztą smak upadku to on już poczuł nie raz. Się dziwię, że nie ma guzów i siniaków. Jest strasznie żywym i ruchliwym dzieckiem. Wcześniej był grubaskiem i wszystkie umiejętności motoryczne zyskiwał z trudem. Ale teraz gdy trochę schudł poruszając się coraz więcej jest też sprawniejszy i szybszy. Nadążyć za nim nie można.
Dziś np dorwał się do mojej szuflady z rajstopami i zanim zdążyłam zauważyć wszystkie porozrzucał po pokoju, a jedne w folii nieodpakowane sam sobie rozpakował.
Choinka wciąż ma nowe dekoracje. Ściąga bombki, łańcuchy, ciągnie lampki... Do Kolędy nie ma szans by się ostała, bo mamy dopiero 22.01.

A ja?
Czuję się właściwie nie najgorzej. Dokuczają mi nudności właściwie codziennie, wzdęcia, zaparcia, ale nie jest to aż takie nie do wytrzymania. Zresztą jak się ma pełne ręce roboty co dzień to nie ma czasu myśleć o tym. Zdecydowanie czuję się podobnie jak w ciąży z Michałkiem. Z córką czułam się lepiej. Dlatego mam przypuszczenia, że Małe będzie chłopcem, ale jak będzie, dowiemy się niedługo.
Staram się chodzić regularnie na siłownię. I choć waga stoi w miejscu to siłownia jest mi potrzebna ponieważ bardzo dobrze się po niej czuję. Mogę dzięki temu odreagować choćby ten stres, bo napić się wina nie mogę :-/ Ech drugi Sylwester bez mojego ulubionego szampana... Szag by to...
Za tydzień niecały wizyta u lekarza. Ciekawe jak tam urosło to Małe. No i wtedy porównam wiek ciąży z USG do terminu badań prenatalnych. Będę dzwonić do nich jak okaże się, że dali mi zbyt późny termin badań prenatalnych.
O ciąży wie już właściwie cała rodzina. Zaskoczenie duże, ale jakiejś wielkiej radości jak przy Michałku nie odnotowałam. Wszyscy raczej przyjęli to na zasadzie: oszaleli czy co? Takie mam wrażenie. Może to i nawet dobrze. Michałka pożąda cała rodzina. Na spotkaniach rodzinnych przechodzi z rąk do rąk. Widziałam już jak trzy osoby jednocześnie go karmiły łyżeczką. Jest jak mały celebryta... Prezentów dostał na święta mnóstwo nawet od dalszych cioć czy wujków od których bym się nie spodziewała. Męczy mnie to trochę, bo już czuję, że będą mi go próbowali rozpuścić. No a już najgorzej jest z Teściową. Ona oszalała na jego punkcie i niestety przez to pogorszyły się nasze stosunki, bo trochę za dużo i za bardzo chce robić po swojemu. To niby dobrze, że wszyscy go kochają, ale... nawet taka miłość może mieć swoje minusy. Może za Małym nie będą już tak szaleć wszyscy. Oby tylko wszystko było dobrze...

1 komentarz (pokaż)
3 stycznia, 12:24

9tc+5

I po wizycie.

33a5a379a023803amed.jpg

Małe ma 1,79cm i serduszko bije 148u/min. Wszystko wygląda dobrze i idzie do przodu więc kamień z serca.

ALE...

Nie byłoby normą gdybym się na tej wizycie nie zdenerwowała. A to dlatego, że bezczelność niektórych lekarzy ginekologów w naszym kraju zwala z nóg.
Ale od początku.
13 grudnia byłam na wizycie prywatnej u swojego lekarza, który prowadził moją poprzednią ciążę i będzie prowadził obecną. A poszłam prywatnie ponieważ na nfz najbliższy termin był aż na 14.02 – więc trochę późno. Lekarz wtedy stwierdził ciążę o czym już pisałam, serduszko biło. Dostałam też skierowania na badania prenatalne i badania krwi pierwszego trymestru – tyle, że wszystko miałabym robić prywatnie.
Zarejestrowałam się na dziś do innego lekarza na nfz w tej samej przychodni do której zamierzam chodzić. No i dziś na wizycie lekarz widząc kartę ciąży z gab. Prywatnego pyta mnie:
- Ale co ja miałbym dla pani zrobić, po co pani przyszła?
Trochę mnie zatkało, ale...
- Przyszłam na wizytę kontrolną, chciałabym wiedzieć czy wszystko nadal jest w porządku, czy ciąża się rozwija, no i potrzebowałabym skierowanie na badania...
- Chwileczkę, chwileczkę... Jaka ciąża? - zapytał przeglądając moje poprzednie badanie USG i jego opis – tutaj nawet nie wiadomo, że to ciąża, maszyna nie wyliczyła terminu porodu. A skierowanie na badanie to chyba pani dostała z gabinetu prywatnego...
- Owszem, dostałam, ale nie chcę płacić skoro należy mi się z NFZ, a poza tym wizyta prywatna była jednorazowa, a teraz będę chodzić do przychodni.
Zaczął machać rękami, gadać coś niezrozumiale: „ale to to...” No zapowietrzył się człowiek i w rezultacie powiedział, że mnie nie zbada. Tylko i wyłącznie dzięki wstawiennictwu położnej jednak do wizyty właściwej doszło. Babka zresztą spoko, bo jak nie widział lekarz to kiwała do mnie głową i przewracała oczyma. Biedna, z takim wałkoniem musi pracować...
Mam mnóstwo wątpliwości co do tego badania USG przeprowadzonego przez tego lekarza, bo najpierw stwierdził, że termin porodu wg USG wskazuje na 20.08. Ja rozumiem, że ciąża może być starsza, ale żeby 17 dni różnicy od terminu porodu z OM? Przyłożył się chłopina więc drugi raz i orzekł, że dziecko jest nieco większe jednak i termin porodu wg USG wychodzi 8.08. Z tym się mogę zgodzić. Ale takie badanie na chybił trafił jest trochę słabe uważam. Właściwie to cudów się po tym lekarzu nie spodziewałam. Byłam u niego raz wcześniej w poprzedniej ciąży. Nie chciał mi L4 wypisać w 7 miesiącu ciąży mimo że już od 3 miesięcy ciągłam zwolnienie. Także ten... Teraz liczyłam że dostanę chociaż skierowanie na badania. Taa... Dostałam... Na morfologię, mocz, hbs i coś tam jeszcze bez znaczenia. Stwierdził, że toxoplazmoza, cytomegalia czy hiv nie potrzebne skoro rok temu miałam robione badania. Hmm... No nie wiem... Chyba zrobię prywatnie jednak. Mój lekarz wpisał mi to na listę. Jakie jest Wasze zdanie?
No i rezultat tego taki, że ciśnienie podskoczyło mi do 137/88 i już się boję co będzie dalej. Poprzednio wysokie ciśnienie skończyło się szpitalem. Co teraz byłoby katastrofą, bo nie ma kto zająć się Michałkiem.


Wiadomość wyedytowana przez autora 3 stycznia, 13:00

7 komentarzy (pokaż)
11 stycznia, 23:26

10 tc + 6

No i zaczyna się.
Odebrałam dziś wyniki badań I trymestru. Właściwie większość mnie nie zaskoczyła. Morfologia, mocz ok. HIV, HBS, HCV, WR - wszystko ujemne. Toxoplazmoza i cytomegalia IgG dodatnie, IgM ujemne - tak samo jak w poprzedniej ciąży. Wtedy nie było się czym martwić, tym razem pewnie też nie.
I teraz tak...
Pozytywnie zaskoczyło mnie TSH, a jeszcze bardziej FT4. Obydwa w normie! FT4 niskie bo niskie, ale nie na granicy więc może obędzie się bez euthyroxu. W ciąży z Michałkiem musiałam to brać od początku. ALE... Nie wszystkie wieści były tak dobre. Niestety mam za wysoki cukier. Nicy paniki nie ma, bo wynosi 101mg/dl przy normie do 99mg/dl, ale lekarz kazał niezwłocznie zrobić test obciążenia glukozą. Tak więc posłusznie jutro rano zamierzam stawić się w laboratorium. Boję się, że to cukrzyca ciążowa. Niby da się z tym żyć, ale jak narazie to jestem przerażona. Objawia mi się wizja ciągłego głodu i mdły smak warzywek. Jako dodatek do obiadu - super, ale jako główny posiłek... Jakoś tego nie widzę. Nie rozumiem jak mi mógł wyjść cukier taki wysoki skoro przez ostatni miesiąc posłusznie dreptałam co drugi dzień na siłownię i wylewałam siódme poty. I wcale mnie nie ciągnie do słodyczy! Czasem coś tam złapię słodkiego ale ogólnie omijam. Po świętach nie przytyłam nic. I skąd taki cukier? No nic... Nie ma co sie martwic na zapas. Trzeba działać.

Taa... Tylko właśnie przypomniało mi się, że nie zakupiłam wspominanej glukozy na jutro i co teraz? Rano apteki zamknięte o 7. Jasny gwint... Przyjdzie mi jeździć po całym mieście... Co się ze mną dzieje?

2 komentarze (pokaż)
12 stycznia, 20:50

10tc + 0

No a dziś kolejne zaskoczenie. I teraz to już nic kompletnie nie rozumiem...
Rano jak postanowiłam poleciałam na tą krzywą. Po 15 były wyniki. I tak:
Glukoza na czczo - 92mg/dl (70-99)
Glukoza po 1h - 132mg/dl (<180)
Glukoza po 2h - 112mg/dl (<150)

Dla porównania podam wyniki z października kiedy to też robiłam krzywą.
Glukoza na czczo - 93mg/dl
Glukoza po 1h - 154mg/dl
Glukoza po 2h - 109mg/dl

Teoretycznie obydwa wyniki mieszczą się w normie, z tym że przy październikowym badaniu robiłam też badanie insuliny i wyszło dużo powyżej normy i z tego tytułu dostałam metforminę 1500mg/dziennie. Odkąd wiem, że jestem w ciąży odstawiłam.

No niby dobrze i tylko się cieszyć, bo już fiksowałam że mam cukrzycę, ALE nie byłabym sobą gdybym nie miała pesymistycznej rozkminy. Nie wiem skąd takie rzeczy przychodzą mi do głowy, ale w pierwszej chwili jak odebrałam wyniki to pomyślałam, że nastąpiła pomyłka i zamienili mi wyniki. Akurat razem ze mną krzywą robiła młoda dziewczyna, powiedzmy wyglądająca zdrowiej. No kurde... Takie rzeczy się zdarzają... Z tego tytułu przed wizytą u doktorka w lutym powtórzę to badanie dla świętego spokoju. Ale jestem pokręcona. Nie uwierzę póki jeszcze raz nie zobaczę.

A co do mojego pokręcenia...
Ostatnio normalnie boję się zasypiać. Śnią mi się jakieś straszne rzeczy, choć horrorów nie oglądam już dawno bo zrobiłam się jakaś strachliwa. A temat główny to śmierć. We śnie byłam już przy śmierci swoich sióstr, byłego męża i nawet córki, z tym że na końcu córka akurat zmartwychwstała... Ale najlepszy był sen kiedy poćwiartowałam nowego właściciela domku na wsi, który był kiedyś własnością mojej babci. Włożyłam do reklamówki części jego ciała i poszłam do supermarketu. Zrobiłam normalnie jakieś zakupy i stałam przy kasie denerwując się, że z torby kapie krew i ktoś mógłby coś podejrzewać... Oczywiście wszystko tak realne jakby się działo naprawdę. Zna się ktoś na senniku? Bo temat tych snów mnie trochę przeraża... Ale ogólnie wszystko ze mną ok.

A... I chyba nie pisałam, ale udało mi się przełożyć USG prenatalne na tydzień wcześniej - czyli 1.02. Faktycznie mogłoby być za późno. Pielęgniarka sama policzyła i zmieniła, bo tak na moje żądanie to by nie zmieniła bez powodu. Czyli trwa odliczanie i jeszcze 20 dni.

Dziś dzień koszmarny jak dla mnie. Spałam parę godzin, bo rano to badanie, a poza tym Michałek się budził w nocy chyba co pół godziny jak tylko się położyłam spać. W południe jeszcze musiałam się przejechać do innego miasta prawie 200km łącznie, a teraz padam na twarz... W dodatku mamy jakąś awarię centralnego ogrzewania, która jest naprawiana, ale póki co w domu jest zimno. Chcąc nie chcąc musiałam Michałka oddać na noc do teściowej coby nie zachorował. Zresztą pomyślałam, że dzięki temu będę mogła porządnie się wyspać, bo ostatnimi czasy z tym snem to u mnie ciężko a S. chodzi do pracy. To nie pierwszy raz jak śpi u teściowej, ale za każdym razem kiedy już się zdarzy to serce mnie boli z tęsknoty. Nie minęło mi i chyba nigdy nie minie. Nie lubię gdy go przytula i próbuje pokazać, że jest lepsza niż ja. A najbardziej kiedy robi po swojemu zamiast słuchać tego co ja mówię. Niby przytakuje, że niby szanuje moje zdanie, ale jestem pewna, że gdy nie widzę robi po swojemu. Z S. dawno temu ustaliliśmy, że będziemy tak wychowywać Michałka by nie bał się ludzi, szczególnie rodziny. By przebywał z nimi. Byśmy mogli go czasem zostawić by gdzieś wyjść np, albo gdy będziemy chorzy. I tak jak nie mam nic przeciwko temu by zajmowała się Michałkiem kuzynka S. czy też moja siostra, tak krew mnie zalewa jak jest u teściowej. Wcześniej miałyśmy dużo lepsze relacje, ale odkąd narodził się synek jest dużo gorzej. Oszalała na jego punkcie i nie ma w tym żadnego rozsądku. Próbuje go rozpieszczać, a ja ciągle walczę. A S? Niewiele z tego rozumie. Heh... Tłumaczy mamę, że jest babcią i cieszy się z wnuka. Niby tam parę razy zwrócił jej uwagę, że się nie stosuje do naszych zasad, ale i tak nie zawsze to wystarcza. Raz jest lepiej raz gorzej. W końcu jednak jak się czara przeleje to trzeba będzie się pokłócić i wtedy S. będzie miał twardy orzech do zgryzienia - ja czy mamusia? Chyba boi się tego dlatego czasem upomina mamę swoją. Oby nie doszło do wojny.
No i wylała się moja żółć. Tego chyba było mi trzeba. Teraz korzystam z wolnej chaty i.... idę spać!

4 komentarze (pokaż)
18 stycznia, 21:00

11tc+6

No i cukrzyca stała się rzeczywistością. Właściwie rzeczywistością jest już od jakiegoś czasu ale dopiero teraz to do mnie dotarło. Lepiej późno niż później w myśl ostatnio lecącego filmu w tv.

Ale od początku.
Niby cieszyłam się z dobrych wyników krzywej cukrowej, ale jak pisała mkraxx w komentarzu pod poprzednim wpisem stwierdziła że wcale nie są takie dobre. No to ja dla świętego spokoju wysłałam smsa do gina z wynikami co by się wypowiedział. No i szoku doznałam jak przeczytałam w odpowiedzi: "Wg wyników badań ma Pani cukrzycę ciążową. Proszę przed wizytą u mnie skonsultować się z diabetologiem." Ale skąd, jak, gdzie i po co? Można sobie tylko wyobrazić jak byłam wkurzona.
A byłam.

Ale jeszcze zostawała szansa, że jednak diabetolog stwierdzi, że cukrzycy jednak nie ma.

Dziś byłam w Centrum Diabetologii. Spędziłam tam nieco ponad 4 godziny i do tej pory nie mogę otrząsnąć się z szoku. Zanim ktokolwiek obejrzał moje wyniki badań wszyscy już byli pewni, że mam cukrzycę. Po wyglądzie czy jak? Wzięli mnie do jednego gabinetu, drugiego. Mierzyli, ważyli, liczyli BMI, potem ciśnienie, cukier, coś tam jeszcze. Wręczyli mi glukometr ze stertą informacji co gdzie jak i z czym, po czym oczywiście zapomniałam o wszystkim na momencie. Dalej? Dietetyczka i pogadanka jakąś godzinkę o tym co można co nie. Głowa mi pękała od tych indeksów, wymienników węglowodanowych i innych fachowych pojęć. Może i bym miała więcej pytań na te wszystkie tematy, ale oczywiście w głowie jedna wielka pustka. Przypomniało mi się jak dojechałam do domu.

Sama wizyta u Pani doktor dość długa, szczegółowa. Wyniki krzywej nie takie złe, ale duża oporność insulinowa, której nie można zbagatelizować. Do tego informacja w postaci bonusu: po tygodniu na wizycie sprawdzimy jakie efekty dała dieta, ale raczej na pewno konieczna będzie insulina... Ej ej... Nie tak szybko. Jaka insulina? Już ja zrobię wszystko by tej insuliny nie było i zdziwi się lekarka, że tak szybko wystawiła na mnie wyrok.

Oczywiście rozumiem, że konieczność koniecznością. Oszukiwać nie zamierzam, bo byłabym idiotką, ale postaram się z całych sił zastosować jak najlepiej do diety, aby uniknąć insuliny. Jeśli się nie uda to trudno. Będę musiała pogodzić się z rzeczywistością insuliny.

Na razie sama dieta jest dla mnie jakimś koszmarem. Próbowałam coś skomponować po powrocie do domu i to co mi się udało to niestety wcale się tym nie najadłam. A wiem, że głodna być nie powinnam. Może po prostu jestem przyzwyczajona do większych ilości jedzenia i dlatego co najmniej na początku będzie mi trudno. Pocieszenie takie, że cukier w normie, bo teraz szaleję z glukometrem po każdym posiłku co by dorwać te rzeczy, które u mnie najbardziej podnoszą cukier.

No nic. Na dziś tyle, bo ten co powinien już dawno spać szaleje w łóżeczku i spać ani myśli. Czas działać.

4 komentarze (pokaż)
18 stycznia, 21:00

11tc+6

No i cukrzyca stała się rzeczywistością. Właściwie rzeczywistością jest już od jakiegoś czasu ale dopiero teraz to do mnie dotarło. Lepiej późno niż później w myśl ostatnio lecącego filmu w tv.

Ale od początku.
Niby cieszyłam się z dobrych wyników krzywej cukrowej, ale jak pisała mkraxx w komentarzu pod poprzednim wpisem stwierdziła że wcale nie są takie dobre. No to ja dla świętego spokoju wysłałam smsa do gina z wynikami co by się wypowiedział. No i szoku doznałam jak przeczytałam w odpowiedzi: "Wg wyników badań ma Pani cukrzycę ciążową. Proszę przed wizytą u mnie skonsultować się z diabetologiem." Ale skąd, jak, gdzie i po co? Można sobie tylko wyobrazić jak byłam wkurzona.
A byłam.

Ale jeszcze zostawała szansa, że jednak diabetolog stwierdzi, że cukrzycy jednak nie ma.

Dziś byłam w Centrum Diabetologii. Spędziłam tam nieco ponad 4 godziny i do tej pory nie mogę otrząsnąć się z szoku. Zanim ktokolwiek obejrzał moje wyniki badań wszyscy już byli pewni, że mam cukrzycę. Po wyglądzie czy jak? Wzięli mnie do jednego gabinetu, drugiego. Mierzyli, ważyli, liczyli BMI, potem ciśnienie, cukier, coś tam jeszcze. Wręczyli mi glukometr ze stertą informacji co gdzie jak i z czym, po czym oczywiście zapomniałam o wszystkim na momencie. Dalej? Dietetyczka i pogadanka jakąś godzinkę o tym co można co nie. Głowa mi pękała od tych indeksów, wymienników węglowodanowych i innych fachowych pojęć. Może i bym miała więcej pytań na te wszystkie tematy, ale oczywiście w głowie jedna wielka pustka. Przypomniało mi się jak dojechałam do domu.

Sama wizyta u Pani doktor dość długa, szczegółowa. Wyniki krzywej nie takie złe, ale duża oporność insulinowa, której nie można zbagatelizować. Do tego informacja w postaci bonusu: po tygodniu na wizycie sprawdzimy jakie efekty dała dieta, ale raczej na pewno konieczna będzie insulina... Ej ej... Nie tak szybko. Jaka insulina? Już ja zrobię wszystko by tej insuliny nie było i zdziwi się lekarka, że tak szybko wystawiła na mnie wyrok.

Oczywiście rozumiem, że konieczność koniecznością. Oszukiwać nie zamierzam, bo byłabym idiotką, ale postaram się z całych sił zastosować jak najlepiej do diety, aby uniknąć insuliny. Jeśli się nie uda to trudno. Będę musiała pogodzić się z rzeczywistością insuliny.

Na razie sama dieta jest dla mnie jakimś koszmarem. Próbowałam coś skomponować po powrocie do domu i to co mi się udało to niestety wcale się tym nie najadłam. A wiem, że głodna być nie powinnam. Może po prostu jestem przyzwyczajona do większych ilości jedzenia i dlatego co najmniej na początku będzie mi trudno. Pocieszenie takie, że cukier w normie, bo teraz szaleję z glukometrem po każdym posiłku co by dorwać te rzeczy, które u mnie najbardziej podnoszą cukier.

No nic. Na dziś tyle, bo ten co powinien już dawno spać szaleje w łóżeczku i spać ani myśli. Czas działać.

6 komentarzy (pokaż)
UTWÓRZ KONTO

Twoje dane są u nas bezpieczne. Nigdy nie udostępnimy nikomu Twojego adresu e-mail ani bez Twojego pozwolenia nie będziemy wysyłać do Ciebie wiadomości. My również nie lubimy spamu!

Twój adres e-mail: 
OK Anuluj

Dziękujemy za wypełnienie formularza zapisu!


Zostaniesz teraz automatycznie zalogowana do BellyBestFriend, ale Twoje konto nie zostało jeszcze aktywowane.


Przed następnym logowaniem musisz aktywować swoje konto. Aby to zrobić przejdź do swojej poczty email , kliknij na link aktywacyjny, który do Ciebie wysłaliśmy.


Jeśli nie otrzymasz od nas wiadomości email, zajrzyj do folderu Spam.

OK